Biografie
(fot. studioNE.pl)
(fot. studioNE.pl)

Jak ludzie reagują, kiedy po wysłuchaniu waszych piosenek dowiadują się, że macie 14-15 lat?

Julia Skiba: - Większość osób jest pozytywnie zaskoczona. Niektórym trudno uwierzyć, że nie tylko same gramy i śpiewamy, ale że jesteśmy też autorkami tekstów i muzyki.

Jak powstał Lor, wasz zespół?

Paulina Sumera: - Spontanicznie. Chodzimy z Julką Skibą do tej samej klasy [III klasa gimnazjum - przyp. red.]. Na lekcji plastyki oglądałyśmy obraz "Ogród szczęśliwych zmarłych" Friedricha Stowassera. Tak mnie poruszył, że po powrocie do domu znalazłam go w internecie, napisałam tekst i wysłałam Julce, a ona jeszcze tego samego dnia napisała do niego muzykę. Tak powstała pierwsza piosenka Lor "Garden" i narodził się sam zespół.

Julia S.: - Postanowiłyśmy, że znajdziemy więcej instrumentów i dobry wokal, bo obie mamy kiepski głos. Paula od jakiegoś czasu korespondowała na Facebooku z Jagodą, która gra na altówce, ale nigdy wcześniej się nie widziały; zaprosiłyśmy ją na próbę. Altówka w wykonaniu Jagody nas, niestety, nie porwała, ale kiedy Jagoda zaczęła śpiewać, to usiadłyśmy z wrażenia. Jej głos jest z jednej strony bardzo delikatny, a z drugiej porywający. Jagoda wie też, czego chce. Jeśli proponuje jakieś zmiany w linii melodycznej, albo w tonacji, to zwykle są to strzały w dziesiątkę. Jest po prostu genialna. Po Jagodzie dołączyły do nas skrzypce, które zmieniały się już trzy razy. Od niedawna jest z nami Julia Błachuta. Mamy nadzieję, że już z nami zostanie.

 

Jagoda, a jak ty pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z Julką i Pauliną?

Jagoda Kudlińska: - Dostałam od Pauliny zaproszenie na spotkanie, kiedy jechałam z mamą autobusem. Pokazałam jej wiadomość. Obie bardzo się ucieszyłyśmy, bo jakiś czas wcześniej mówiłam, że chciałabym grać w zespole. Ale chwilę potem mama zmieniła wyraz twarzy. Trochę się przestraszyła, że skoro nawiązałam tę znajomość przez Facebooka, to po drugiej stronie może wcale nie być dziewczyn. Postanowiła, że osobiście ze mną pojedzie na próbę. Dziewczyny mówią, że usiadły, jak usłyszały mój głos. Ja tak samo miałam z muzyką, którą napisała Julka. Myślałam, że to będzie coś o wiele mniej ambitnego, bo wiedziałam, że Julka miała 14 lat, ale jak usiadła do fortepianu i zaczęła grać "Garden", to się popłakałam ze wzruszenia.

Jak byście określiły rodzaj muzyki, którą gracie?

Julia S.: - Najbliżej nam chyba do folku, a przynajmniej taką mamy nadzieję. Sporo osób, słysząc, że gramy folk, kojarzy to z folklorem i ludowymi piosenkami. Z folkloru wywodzi się tak naprawdę jedynie nasza nazwa - Lor. Muzyka, którą tworzymy, nie ma z nim nic wspólnego.

Skąd się wzięła nazwa waszego zespołu?

Julia S.: - Byłam z mamą na koncercie zespołu folklorystycznego, nad sceną wisiał transparent, na którym organizatorom nie udało się zmieścić słowa "folklor" w jednej linijce, na górze było "folk", a poniżej "lor". Ponieważ folk to gatunek muzyki, której słuchamy i którą staramy się grać, zdecydowałyśmy, że nazwiemy nasz zespół po prostu Lor.

Skąd czerpiecie inspiracje do swoich utworów?

Julia S.: - Inspirujemy się głównie artystami, których słuchamy, są to m.in. Tom Rosenthal, Agnes Obel, Sóley, ale nasza przygoda z folkiem zaczęła się od Birdy. Sumera przesłała mi jej pierwszy utwór w trzeciej klasie podstawówki. Nie mogłam przestać jej słuchać. Bardzo mi się podobała jej muzyka, ale imponowała mi również jako osoba. Gdy zaczynała, miała tyle lat, ile my teraz, można więc powiedzieć, że idziemy w jej ślady.

Na zdjęciu od lewej: Paulina Sumera, Julia Skiba, Jagoda Kudlińska, Julia Błachuta (fot. studioNE.pl)

Paulina: - Na Birdy jednak nie poprzestałyśmy i zaczęłyśmy szukać w internecie podobnych wykonawców. Najbardziej nam się podobała muzyka skandynawska, głównie twórcy z Islandii. Zatraciłyśmy się w niej bez pamięci. Dosłownie. Słuchałyśmy jej w domu, na słuchawkach, w drodze do szkoły i ze szkoły... Zabierałyśmy ją ze sobą wszędzie. Mamy podobną wrażliwość i mamy nadzieję, że to słychać. Chociaż niektórym nasze utwory kojarzą się z muzyką filmową, np. nasza katechetka powiedziała, że czuje wyraźnie wpływ Yanna Tiersena.

A co na to wasi nauczyciele muzyki? Jak oni was odbierają?

Julia S.: - Moja nauczycielka fortepianu twierdzi, że jest ogromna różnica między tym, jak wykonuję utwory klasyczne, a tym, jak gram to, co sama napisałam. W Lor wkładam serce, ta muzyka jest częścią mnie, powstała w mojej głowie i myślę, że to słychać.

Julia Błachuta:

- Moi nauczyciele reagują bardzo entuzjastycznie, pokazują nas znajomym muzykom. Myślę, że podoba im się to, co tworzymy.

Bardzo melancholijny ten wasz folk. W niektórych utworach śpiewacie o śmierci. Jak to odbierają wasi rodzice?

Paulina:

- Na początku się trochę martwili, ale teraz już wiedzą, o co nam chodzi, tzn. co chcemy przekazać, więc są spokojniejsi. Dla nas te utwory nie są smutne. Słowa każdej z piosenek można odbierać wieloznacznie. Właśnie dlatego piszę po angielsku, żeby uniknąć dosłowności w interpretacji. Po polsku większość słów oznacza dokładnie to, co oznacza, w angielskim bardzo często jedno słowo ma wiele znaczeń, dzięki temu łatwiej jest uniknąć dosłowności.

Zespół Lor podczas grudniowego koncertu w krakowskiej Rotundzie (fot. studioNE.pl)

Wszystkie chodzicie do szkoły muzycznej. Od jak dawna uczycie się grać na instrumentach?

Julia S.: - Gram na pianinie od siedmiu lat. Bardzo chciałam, żeby to były skrzypce, ale mama uznała, że pianino będzie dla mnie lepsze i jestem jej za to ogromnie wdzięczna, bo gdyby nie to, to Loru by pewnie nie było. Paulina jest w szkole muzycznej od trzech lat. Zaczynała od gitary, a rok temu zaczęła swoją przygodę z pianinem.

Julia B.: - A ja gram na skrzypcach od ośmiu lat. Na egzaminie wstępnym powiedziałam, że chcę grać na perkusji, ale ktoś z komisji stwierdził, że mam dobre palce do skrzypiec i zostałam zapisana na skrzypce. Cieszę się, że tak to się potoczyło. Pokochałam ten instrument. W tej chwili, podobnie jak Jagoda, jestem w drugiej klasie Ogólnokształcącej Szkoły

Muzycznej II stopnia i po jej skończeniu zamierzam iść do liceum muzycznego.

Jagoda: - Ze mną jest trochę inaczej. Lubię szkołę muzyczną, ale myślę o tym, żeby po skończeniu trzeciej klasy wybrać się do zwykłego liceum na biol-chem.

To znaczy, że nie wiążesz swojej przyszłości z muzyką?

Jagoda: - Bardzo chciałabym, żeby moją przyszłością był Lor, ale dość mocno stąpam po ziemi i myślę, że dobrze jest mieć zawsze jakiś plan B i dodatkowe wykształcenie, na wypadek gdyby jednak coś nie wyszło. Zastanawiam się nad psychologią.

"Od początku mamy w Lor taką zasadę, że na sprawy związane z zespołem staramy się nie brać pieniędzy od rodziców, jeśli to nie jest konieczne" (fot. studioNE.pl)

A wy dziewczyny? Jakie macie plany?

Julia S.:

Nie mam żadnego planu B. Wiem, że moja przyszłość to muzyka. Nic innego nie wchodzi w grę. Jeśli nam coś nie wyjdzie z Lor - chociaż właściwie dlaczego miałoby nie wyjść? - to założymy z Pauliną kolejny zespół. Myślimy też o tym, żeby pójść w stronę biznesu muzycznego, otworzyć kiedyś własne studio nagraniowe, wytwórnię. Pomysłów jest mnóstwo. Na razie wszystkie musimy skończyć gimnazjum. W tym roku szkolnym mnie i Paulę czeka egzamin gimnazjalny, to naprawdę spory stres.

Paulina: - W moim przypadku możliwe jest też dziennikarstwo, albo coś związanego z filmem lub montażem. Wszystko zależy od tego, w jakim kierunku się rozwiną moje zainteresowania. Przed nami jeszcze długa droga, mnóstwo rzeczy może się wydarzyć.

Julia B.: - Mój plan B to nadal skrzypce. Chciałabym być skrzypaczką klasyczną. Po cichu marzę o tym, by dostać się do Julliard [nowojorska renomowana szkoła muzyczna - przyp. red.].

Kto jest waszym menedżerem?

Julia S.: - Wszystkie sprawy organizacyjne ogarniam ja z Pauliną, ale najwięcej robi Paulina. Potrafi załatwić mnóstwo rzeczy i po polsku, i po angielsku. To ona szuka kontaktów, ustala terminy, prowadzi nasz profil na Facebooku i na bieżąco odpisuje ludziom. Ja nie mam do Facebooka dostępu i nie chcę mieć.

Nie korzystasz z Facebooka?

Julia S.:

Nie, i póki co nie planuję założenia konta. Wszystkie kontakty, które są dla mnie ważne, utrzymuję w realu.

To brzmi bardzo poważnie w ustach 15-latki, w ogóle brzmicie wszystkie bardzo poważnie. Gdybyśmy nie zdradzili na początku rozmowy waszego wieku, to myślę, że wiele osób mogłoby mieć problem z jego odgadnięciem.

Julia S.: - Chodzi o to, że nie jesteśmy typowymi nastolatkami? Możliwe, ale z drugiej strony wydaje mi się, że obraz współczesnej nastolatki, która jest nastawiona na ładne  ciuchy, nowe gadżety, wesołą muzykę i ciągle siedzi na Facebooku, jest trochę naciągany. Pewnie wiele jest takich osób, ale ogromna część jest zupełnie inna. W każdym razie my się nie czujemy jakimiś outsiderami.

Wszystkie dziewczyny z zespołu Lor mieszkają i uczą się w Krakowie (fot. studioNE.pl)

Jak rodzice odbierają waszą muzyczną pasję?

Julia S.:

- Moi rodzice dobrze mnie znają, więc zdążyli zauważyć, że moim światem jest teraz Lor. Trochę ich to martwi, ale z drugiej strony widzą, że bardzo się staram pogodzić to ze szkołą i nauką. Paulina: -

Ale to nie jest tak, że my poza Lor nie widzimy świata. Teksty i muzyka mogą powstać w każdym czasie, ale nagrania realizujemy wtedy, kiedy wszystkie mamy czas. Dotąd odbywało się to w wakacje albo w ferie, więc nie robiłyśmy tego kosztem szkoły.

Rodzice wam pomagają w prowadzeniu zespołu?

Julia S.:

- Dotąd większość rzeczy załatwiałyśmy same, ale jest tego coraz więcej, poza tym zaczynają się projekty, które wymagają podpisów pełnoletnich osób, więc musimy częściej angażować rodziców. Na szczęście możemy na nich liczyć. Najbardziej zajmuje się nami tata Jagody, który na co dzień pracuje w telewizji. Doskonale wie, co robić, a czego nie, wyjaśnia nam sprawy, o których nie mamy pojęcia, bo skąd mogłybyśmy mieć? Dzięki niemu udaje nam się uniknąć wielu błędów.

Wcześniej udało wam się samodzielnie wszystko załatwiać, mimo że macie dopiero 14-15 lat?

Paulina: - Tak, chociaż na początku starałyśmy się nie pisać wprost, ile mamy lat, jeśli to nie było konieczne. Pisząc do Motion Pikczer, grupy, która realizowała nasz teledysk do "Windmill", bałyśmy się, że kiedy jej członkowie odkryją nasz wiek, nie będą chcieli robić interesów z dziećmi. Na szczęście spodobała im się nasza muzyka i nie stwarzali żadnych problemów. Przeciwnie, bardzo nam pomogli.

Ile piosenek macie na swoim koncie?

Julia S.:

- Dotąd nagrałyśmy sześć utworów, chociaż piosenek powstało więcej. Zwykle wygląda to tak: ja piszę muzykę, Paulina tekst. Potem mamy cztery próby i wchodzimy do studia na nagranie. W ten sposób w ciągu dziewięciu miesięcy nagrałyśmy sześć piosenek, a wszystkie widziałyśmy się może 25 razy. Jedynie ja z Pauliną widuję się na co dzień w szkole.

Zrealizowałyście też swój pierwszy profesjonalny teledysk do utworu "Windmill". Można go zobaczyć w sieci, ma kilkadziesiąt tysięcy odsłon. Skąd wzięłyście na niego pieniądze?

Julia S.: -

Od początku mamy w Lor taką zasadę, że na sprawy związane z zespołem staramy się nie brać pieniędzy od rodziców, jeśli to nie jest konieczne. Za studio nagrań płacimy 50 zł za godzinę. Staramy się tak zorganizować, żeby w godzinę nagrać jeden utwór. Do tego jeszcze dochodzą miksy, które kosztują podobnie. Każda z nas starała się jak najwięcej samodzielnie zarobić. Rozdawałyśmy ulotki, statystowałyśmy w TVN-ie, pomagałyśmy rodzicom w ich pracy. Jagoda latem zbierała borówki, odbył się nawet epizod ze sprzątaniem łazienek w restauracji. Finalnie trochę pieniędzy i tak nam zabrakło, więc poprosiłyśmy o nie rodziców, ale każda z nas naprawdę wiele zrobiła, żeby ten teledysk powstał.

Paulina: - Trzeba dodać, że Motion Pikczer, który go zrealizował, zrobił to za totalne minimum. Powiedzieli, że są nami oczarowani i mocno w nas wierzą. Naprawdę świetnie to wszystko wyszło.

Co planujecie w najbliższym czasie?

Julia S.: -

Ja z Pauliną chcemy skończyć gimnazjum i dostać się do liceum, dziewczyny będą kontynuować gimnazjum. Wszystkie planujemy dalszy rozwój Lor. W tej chwili priorytetem jest dla nas płyta. Jesteśmy na etapie rozmów z wytwórnią muzyczną, mamy kilka propozycji koncertów. Z jednej strony myślimy, że to dla nas ogromna szansa, a z drugiej - wiemy, że to może bardzo zmienić nasze życie, dlatego się nie śpieszymy. Na szczęście mamy czas.

Małgorzata Wach. Dziennikarka. Współpracuje z "Wysokimi Obcasami" i "Zwierciadłem", w których prezentuje sylwetki znanych i tych, których warto poznać. Pracowała m.in. w "Nowym Dniu" i "Gazecie Wyborczej". Autorka książki "Każdy ma swoje Kilimandżaro", opisującej wyprawę niepełnosprawnych osób na najwyższy szczyt Afryki. Mieszka i pisze w Krakowie.