Biografie
Barbara Krafftówna (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Wyborcza.pl)
Barbara Krafftówna (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Wyborcza.pl)

Jest koniec 1949 roku, kiedy Gall [Iwo, reżyser teatralny, dyrektor teatrów, m.in. założyciel Teatru Wybrzeże - przyp. red.], decyzją ministra kultury, obejmuje w Łodzi dyrekcję Teatru Wojska Polskiego (dzisiaj Teatr im. Jaracza). Pani wyjechała z Gallem?

Pojechał prawie cały zespół, niektórzy zaangażowali się do innych teatrów - wszyscy od Galla byliśmy wysoko cenieni, a teatry dopiero odbudowywały się. Życie ciągle było tymczasowe, tułacze. Myszka przeniosła się do Wrocławia, bo akurat mój szwagier wrócił z Anglii i tam próbowali zbudować swoje życie od nowa. Związała się z Teatrem Żywego Słowa. Grała, reżyserowała, uczyła młodych.

Zostawiła pani gdyńskich adoratorów bez żalu?

Było, minęło, przeszło. Może to jeszcze nie były zupełne zerwania, ale przecież rozumieli, że my, aktorzy, gołodupcy, jedziemy za chlebem. Zamieszkałyśmy z mamą przy ulicy Pogonowskiego dwadzieścia cztery mieszkania dwadzieścia sześć.

W Łodzi ruszyły fabryki, były dostępne tkaniny, więc matka kontynuowała krawiectwo.

Mieliśmy w Łodzi dobry start, bo przywieźliśmy "Wiśniowy sad" , który cieszył się w Gdyni powodzeniem i zbierał świetne recenzje. Tyle że nie zdążyłam pograć, bo zdiagnozowano u mnie jakiś rodzaj cukrzycy i wysłano na trzy miesiące do sanatorium w Połczynie-Zdroju.

Barbara Krafftówna z mamą (fot. materiały prasowe Prószyński i S-ka)

Po tym wszystkim nagle odpoczywać w sanatorium? Nie oszalała tam pani, zawsze taka aktywna?

Może nie tyle oszalałam, co szalałam. A szaleć było ciekawie. Sanatorium okazało się ekstraprzeżyciem po wojnie. Byłam już samodzielną kobietą, z zawodem. Podleczyłam się i zaczęłam korzystać z wolności od pracy i nauki. Przyjechał do mnie z wizytą jeden z gdyńskich wzdychulców, z którym umawiałam się na babcinej werandzie w Kamiennej Górze. Utalentowany muzyk, przystojny, w moim typie, czyli blondyn. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym spotykać się z brunetami. W Połczynie-Zdroju mieliśmy luksusowe warunki do intymności, nadzwyczajnie romantyczny lokal. Potężne skrzydło pałacowe było nieużywane - zamykano je na jesień i zimę, bo opalenie całego budynku było niemożliwe. Tam uwiliśmy gniazdko, dogrzewając się piecykiem elektrycznym. W ciągu dnia było względnie, ale nocą lodówka. Nawet woda do herbaty i mycia zamarzała. Radziliśmy sobie, owijając się kołdrami, kocami, śpiąc w ubranku, byle tylko przetrwać do rana. Ale było to niebywale romantyczne i jestem wdzięczna losowi, że mogłam to przeżyć z amantem, w którym byłam zadurzona. Chociaż nasze drogi się rozeszły, pozostaliśmy w serdecznej przyjaźni. Z Połczyna-Zdroju było już blisko do Wrocławia, urwałam sobie trochę pobyt w sanatorium i pojechałam do siostry. Chciałam obejrzeć teatry, które wspaniale tam się rozwijały. Ciągle gdzieś biegłam. Kawiarnia, papierosek, teatr.

Miasto znałam już z wakacji 1946. Moja koleżanka wróciła z obozu i we Wrocławiu odnalazła matkę. Poprosiła, abym z nią pojechała. Powiedziano nam, że matka mieszka za Odrą, za mostem Grunwaldzkim. Ten most wyglądał jak sito. Były w nim same dziury. Przejście na drugą stronę wydało nam się niemożliwe. Byłyśmy zdruzgotane i zdenerwowane. Postanowiłyśmy jednak spróbować. Najpierw stopą sprawdzałyśmy każdą deskę, czy w ogóle można na niej stanąć. Most w każdej chwili groził zawaleniem. Nie wiem, jakim cudem nie wpadłyśmy do Odry. Ten przemarsz mam w pamięci, jakby trwał całe lata, jakby się ta droga nie kończyła. Był strach, panika, ale też olbrzymia koncentracja.

Kiedy przyjechałam do siostry, Wrocław, choć zniszczony, tętnił życiem i egzotyką.

Mnóstwo panienek spod latarni działało teraz w gruzach, więc przemianowano je na "gruzinki". Pamiętam, jak biegałam uliczkami wokół ruin. Byłam odważna, ganiając tamtędy na skróty. Któregoś razu pokazał mi się ekshibicjonista, ale nie dałam mu satysfakcji, bo nie krzyknęłam. Popatrzyłam jak na idiotę i szłam dalej, mijając i jego, i "gruzinki". Siostra mieszkała w ładnej willi na Zalesiu przy ulicy Karłowicza dziesięć. Wprowadziłam się do niej, kiedy zaangażowałam się do Teatru Polskiego. Mama przez chwilę jeszcze była z nami, ale widząc, że dłużej nie potrzebuję ochrony, wróciła do Warszawy. Zapisałam się do Studia Pantomimy Henryka Tomaszewskiego. Pantomima zawsze była ważna, pomagała mi doskonalić ruch i formę sceniczną.

We Wrocławiu zetknęłam się z Haliną Mikołajską, przyjaźniła się z moją siostrą. Miały swoje sprawy, tematy i tajemnice, w których nie uczestniczyłam.

Dlaczego uciekła pani Gallowi?

Podjęłam tę odważną decyzję z wielkim bólem. Czułam się jak wyrodne dziecko. Ale jechałam za głosem serca, we Wrocławiu w teatrze pracował pewien dyrygent, dla którego byłam wówczas w stanie rzucić wszystko. To z jego powodu zaangażowałam się do Teatru Polskiego we Wrocławiu, czego Gall nie mógł mi darować. Jego zespół już się rozpadał, ludzie wracali do swoich rodzinnych miast.

W

A miłość trwała chwilę czy dłużej?

Po wojnie ludzie kierowali się emocjami w sposób niejako ostateczny. Żeby pan to dobrze zrozumiał - wojna rozluźnia obyczaje, nie znaliśmy dnia ani godziny, minuty nawet, więc natychmiast korzystaliśmy z tego, co jest, a jeśli nam się uda, to zostajemy ze sobą do końca życia. I ta ostateczność decyzji jeszcze jakiś czas po wojnie w nas tkwiła. I kiedy już byłam gotowa zrobić dla miłości wszystko, nagle jakbym dostała obuchem w łeb. Bez wdawania się w szczegóły powiedział coś, co przestało być żartobliwe, a stało się niewypałem, ciężkim chamstwem. I w ułamku sekundy przestał dla mnie istnieć. Miłość, wirowanie w głowie skończyły się po miesiącu. Zażądałam sobie, żeby pilnował, abyśmy się nigdy nie znaleźli w jednym zespole, żeby sprawdzał, czy aby mnie nie ma na liście aktorów, bo jak znajdziemy się pod tym samym dachem, to będzie afera, która jest mu niepotrzebna, bo ma pozycję i nazwisko, więc lepiej niech mi się na horyzoncie nie ukazuje.

Ostro.

Bardzo ostro. Powiedziałam też, że gdyby gdzieś zdarzyło nam się spotkać, to ma przechodzić na drugą stronę ulicy, bo się nie odkłonię, więc też będzie afera.

I zdarzyło się wam spotkać?

Po wielu latach. Przypadkowo, na parkingu przed Operą Leśną w Sopocie. Byliśmy już siwe głowy...

Zawodowo była pani gotowa do pracy w nowym zespole?

Nie było tu tego, co u Galla stanowiło wielką wartość, czyli silnego zespołu tworzącego jeden współgrający organizm, jedno ciało, jeden oddech, jedną myśl. Musiałam być czujna. Porównałabym to do śpiewania w chórze. Musiałam dostroić siebie do zespołu, który istniał. Ale byłam już aktorką dojrzalszą, bardziej wyrobioną. Czuło się, że mam za sobą różne doświadczenia.

Które z wrocławskich spektakli były najważniejsze?

Stemplem okazały się "Śluby panieńskie" , dyplom reżyserski pani Marii Wiercińskiej. Nie ulega wątpliwości.

Szalała pani, grając Klarę?

Byłam absolutna żyleta.

Halka ważyła osiem kilo, tyle było falban z nakrochmalonego płótna. Jest próba generalna. Potężny dywan położony w ostatniej chwili. Straszliwy upał, pot leje się po plecach, po tyłku, po nogach. Koleżanka grająca Anielę mówi: Słuchaj, gram bez majtek, ty też nie wkładaj. Mówię: Nie mogę, no coś ty. Byle slipy włożę, bo głupio się czuję. - No, po cholerę ci majtki?! Ona, jako to cielę Aniela snuje się, przysiada. A ja wpadam na scenę, mówiąc monolog, ruchem tanecznym i robiąc pierwszy krok, jadę na dywanie jak na ślizgawce, na jednej nodze, druga w powietrzu. Jestem rozkraczona jak baletnica, jak rozłożony motyl, a jadę prawie na proscenium, cudem, że mnie rozpęd nie zniósł na widownię. Jaka byłam szczęśliwa, że majtek nie zdjęłam. Ale jadę i widzę, jak dech wszystkim zaparło, bo choć w ruchu, to zasuwam ze swoim monolożkiem w rytmie ślizgawki. Dopasowałam rytm do ruchu. Zatrzymałam się rozkraczona tyłkiem na podłodze, ale nie przerwałam tekstu. Gall uczył nas, że nie ma zaskoczenia na scenie. Na scenę weszła krowa? To graj z krową. Krowy nie widziałaś?

Barbara Krafftówna podczas prób przedstawienia

Innym razem w scenie z Radostem zapomniałam tekstu. Zapamiętałam dwa słowa: "skaczę" i "płaczę" i mówiłam w kółko: on płacze, ja skaczę, ja skaczę, on płacze, jak on płacze, to ja skaczę . Reszta? Dziura w mózgu. Normalnie aktor robi pauzę, szuka kontaktu z suflerem, a ja waliłam te dwa słowa, które zapełniały wystarczająco czas i rytm wiersza.

Kiedyś siedzę na scenie w swojej pięknej sukni z falbankami i nagle podchodzi do mnie kolega. A to przysiada, a to wstaje. Sztuka trwa. Rozmawiamy. Kiedy ja mówię swój monolog, nagle on staje tyłem do widowni, zasłaniając mnie, mówi: Zapnij mi rozporek, rozporek. Usłyszałam to, mówiąc swój tekst. Sparaliżowało mi ręce, a trzeba ratować kolegę, widzę jego przerażenie. A jest słynny gest kolegów przed wejściem na scenę, kiedy sprawdzają, czy rozporek zapięty. Zapiąć rozporek i przeżegnać się. Oczywiście zasunęłam ten rozporek, przytomnie mówiłam swój tekst, on zasłaniał jak mógł, sytuacja nie do opisania.

"Śluby panieńskie" okazały się sukcesem i zostały przeniesione do Warszawy, razem ze mną.

Ależ panią nosiło...

Nie miałam nic do powiedzenia. Moje przeniesienie z Wrocławia do Warszawy trzy lata później naprawdę wydawało się irracjonalne. Jak widać, wszystko było upaństwowione, łącznie z aktorami, i nawet dyrektorzy teatrów nie mieli wpływu na decyzje władz dotyczące angaży.

Teatr Polski w Warszawie miał filię, która nazywała się Teatr Nowej Warszawy (od 1955 roku Teatr Młodej Warszawy; dzisiaj w tym miejscu TR Warszawa) i chciał mnie zaangażować, więc Ministerstwo Kultury przysłało papier do Wrocławia, że jestem oddelegowana. Odwołania nie było. Wrocław musiał odpuścić, chociaż był środek sezonu i plany repertuarowe. Po prostu dyrektor dowiedział się, że Krafftówna już u niego nie pracuje. Sama poszłam przeprosić dyrektora za tę formę, choć nic tu ode mnie nie zależało. Musiałam się pojawić na rozmowie w Ministerstwie Kultury, zatrzymałam się u Haliny Mikołajskiej, która mieszkała ze swoim partnerem przy placu MDM. Byłam w złej formie fizycznej, miałam wysypkę, brałam zastrzyki. Szłam na te rozmowy zdenerwowana.

Barbara Krafftówna, studio koncertowe Polskiego Radia, 2001 rok (fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta)

Warszawa była miastem zamkniętym, były olbrzymie trudności z zakwaterowaniem. Każda osoba pojawiająca się w Warszawie, aby pracować, musiała mieć dach nad głową. Przez ten cały czas miałam jak najlepszy kontakt z Lalką [Ireną Oborską - przyp. red.]. Odwiedzała mnie w Gdyni. Kiedy mieszkałam we Wrocławiu, odezwał się do mnie jej ojciec, mówiłyśmy na niego Luńczyk, był akurat przejazdem. Zaprosiłam go do teatru. Ponieważ wiedziałam już, że będę się przenosić do Warszawy, opowiedziałam mu o swoim kłopocie. Zapewnił, że mogę u nich zamieszkać, a nawet że będę miała wikt i opierunek do pierwszych zarobionych pieniędzy. Jesteś dla nas jak druga córka - mówił. Minęło kilka tygodni, przyjechałam do Warszawy i od razu poszłam na Chałubińskiego, róg Alej Jerozolimskich. Odstawiam walizki, pukam... Drzwi się otwierają. Stoi w nich Lalka, blada, chuda, jakby długo chorowała. Zapytałam, czy zechce mnie przyjąć, czy to aktualne. Odpowiedziała: To ja pytam, czy zechcesz być ze mną, bo rodziców nie ma, są w więzieniu .

W tych okolicznościach wprowadziłam się do Lalki. Z kuchni była wydzielona duża kajuta, częściowo oszklona, żeby wpadało do niej światło dzienne. Przeznaczona dla kucharki. Zyskałam własną pakamerę.

Bałyście się?

Trudno powiedzieć. Nigdy nie wiedziałyśmy, czy funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa wejdą do mieszkania, bo przecież mieli klucze. W każdej chwili mogła być rewizja. To był czas, kiedy człowiek bał się żyć. Najtrudniejsza była zima z pięćdziesiątego drugiego na pięćdziesiąty trzeci. Szybko robiło się ciemno. Znałyśmy swój rozkład dnia. Lalka wstawała skoro świt, mówiła, że idzie do kościoła. Wstawałam o ósmej. Dużo później dowiedziałam się, że nie chodziła do kościoła, tylko musiała stawiać się rano na milicji, udowodnić, że nie uciekła, nie ukrywa się. Wiedziała, kiedy mam próbę. Jeśli wracając do domu, widziała światło w oknie, a była pewna, że mnie nie ma, to nie szła na górę.

Wiedziała, że ktoś tam jest, czegoś chce. Krążyła. Wracała tuż przed dziesiątą wieczór, kiedy dozorca zamykał bramę. Kiedyś zapomniałam zgasić światło, wychodząc z domu, a Lalka myślała, że jest rewizja. Ochrzaniła mnie potem strasznie. Byłyśmy przez los wytresowane, ostrożne. Wielokrotnie przychodzili, żeby zadać jakieś pytania albo czegoś szukać. Pamiętam rewizje, wyrzucanie z szuflad. Przychodzili o różnych porach, żeby zaskoczyć, sprawdzić. W tym całym chaosie Lalka z pomocą kolegów i ich notatek studiowała architekturę. Z czasem zaczęła dostawać prace zlecone, żeby zarobić na chleb.

W

A zawodowo to był dla pani trudny czas?

Ciekawy. Byłam bardzo dobrze przygotowana do zawodu i mocno stałam na nogach. Zespół Teatru Nowej Warszawy był znakomity, było dużo młodych, ale też wielu aktorów o znanych nazwiskach - Jarema Stępowski czy bożyszcze kobiet Tadeusz Janczar. Kiedy wyjeżdżałam z Wrocławia, wszystkie koleżanki zazdrościły mi spotkania z Janczarem, cmokały "ach, um, och" ... Z Wrocławia przyjechał też Igor Przegrodzki. Przy pracy nad spektaklem "Tor przeszkód" zetknęłam się z Jerzym Wasowskim, który pisał do niego muzykę. Żona Wasowskiego, Marysia, grała traktorzystkę, ja harcerkę. Zaprzyjaźniłyśmy się na całe życie.

W "Torze przeszkód" zetknęłam się też z Wiesiem Michnikowskim.

To w Teatrze Nowej Warszawy powstała piosenka "Zakochałem się w czwartek niechcący". Początkowo śpiewał ją Tadeusz Janczar w spektaklu "Studencka miłość" z 1955 roku, do którego piosenki pisali Wasowski i Przybora.

No, ale przede wszystkim poznałam Michała Gazdę, przyszłego męża. Na początku widywaliśmy się wyłącznie w poniedziałki, na szkoleniach ideologicznych. To były dni wolne i cały zespół obowiązkowo od ósmej rano uczestniczył w spotkaniach pod hasłem: Jak kochać Stalina. Choć wszyscy wciąż byliśmy młodzi, właściwie szczeniaki, to już świadomi wszelkich zagrożeń, obciążeni. Nie byliśmy wolni od indoktrynacji. I wszyscy chcieliśmy odbudować ojczyznę po wojnie. Wiedzieliśmy, że nikt tego za nas nie zrobi, że każdy musi odbudować "swój fragment podwórka"... Trwało odgruzowywanie, na ochotnika przystawało się w wężyku do podawania cegły. Cały kraj odbudowywał Starówkę. Warszawa to był jeszcze w wielu dzielnicach kamień na kamieniu.

Więc pierwszego dnia mojej pracy w teatrze, kiedy dyrekcja oficjalnie przedstawiała mnie zespołowi, koledzy podchodzili, przedstawiali się. Czekałam na wspaniałego, przystojnego kolesia Janczara. Pomyślałam, no, koleżanki miały rację, że ten Janczar taki przystojny. To był Michał, tylko nie dosłyszałam, jak się przedstawił. A kiedy zachorował kolega z obsady "Toru przeszkód", Michał przyszedł na zastępstwo. Ale tak naprawdę nasze pierwsze zetknięcie było świtem pierwszego maja 1953 roku, kiedy zbieraliśmy się przed teatrem, żeby pójść na pochód. Wszystkie teatry szły pod swoimi hasłami. Ja z Michałem niosłam transparent: Niech żyje Pierwszy Maja! Pochód trwał cały dzień i to był najdłuższy dzień adoracji. A siedemnastego maja zapadła decyzja o ślubie.

Dwa tygodnie później?

Tak! Wrócę do pytania, które mi pan zadał, panie Grzemiku, przy drugim spotkaniu. Czy traciłam głowę. Co pan miał na myśli, zadając mi to pytanie? Tracenie głowy czy tracenie dziewictwa?

W to bym nie brnął raczej.

Nie chodzi o brnięcie, tylko o ekspresję. Bo tracąc głowę, działa się niepoczytalnie, bezsensownie...

Dwa tygodnie... To chyba trzeba stracić głowę.

Ależ oczywiście, nie tylko głowa była stracona. Pojawiła się bezwzględna pewność. Decyzja wręcz. Najpierw ślub cywilny, a pierwszego czerwca kościelny u św. Barbary - tam, gdzie byłam chrzczona. Znokautowałam całą rodzinę, wszystkich wokół. W ogóle nie brałam pod uwagę, że komuś może się nie podobać.

Barbara Krafftówna podczas pracy nad książką (fot. materiały prasowe Prószyński i S-ka)

Ale czy ta decyzja o ślubie była wspólna?

Nie, moja.

No, tak właśnie myślałem.

Moja, moja, moja!

Czyli to pani oznajmiła mężowi? Jak zareagował?

O mało nie zemdlał. Ale los tak wszystko wyreżyserował, że nie było żadnego odwołania. Więc on mdlał, a ja go cuciłam. Efektem dodatkowym było zdewastowane mieszkanie, bo robiłam sobie kąpiel i woda się przelała z wanny, i spalony czajnik, bo robiłam Michałowi herbatę.

Któregoś rana dzwonek do drzwi. Lalka bladła, dostawała rozstroju żołądka, bo kto dzwoni o ósmej rano? Tylko UB. Biegnie do ubikacji z palpitacjami, ja też słabnę, ale pytam: Kto tam? - Piekarz . Otwieram, a to Michał. - Świeże bułeczki wam przyniosłem . Mówię: - Bój się Boga . Lalka była wściekła, powtarzała: - Zabiję, zabiję! Oczywiście nie wiedział, jaką mamy sytuację. Tak się zaczęło. Innego dnia Michał mówi: Odprowadzę cię . - Jadę do Wawra, do siostry . - To cię odprowadzę do siostry . Jechał ze mną kolejką, pożegnaliśmy się przed wejściem. Ale Myszka go zauważyła i pyta: - Kto cię odprowadzał? - Kolega . - Mogłaś go zaprosić na obiad . Mówię: To go zaproszę w następną niedzielę . Nie mógł, bo miał grać dwa spektakle w fabryce Wedla, był wtedy taki zwyczaj grania po fabrykach. Mam wychodzić, słyszę gwizdanie z podwórka, melodyjkę i nagle wpada mokry, siny, zdenerwowany. Przecież grasz - mówię.

Okazało się, że ktoś złamał rękę, spektakl odwołali, a Michał frunął wprost do mnie, do dachów aut się przyczepiał, byle zdążyć. Mówię: Usiądź, odpocznij chwilę, zrobię ci herbatę . Byłam w kuchni, kiedy usłyszałam z pokoju: Czy nie zostałabyś moją żoną? Odpowiedziałam: No, propozycja niezła, ale daj mi parę dni do namysłu. Pyta: Dobrze, ile tych dni? - Nie wiem, cztery, pięć . Mówi: Dobrze, dzisiaj mamy siedemnastego... Noooooo, jak usłyszałam siedemnastego, wypuściłam, co miałam w rękach, wpadłam do niego do pokoju i mówię: Jestem twoja, już nic nie licz, jestem twoja na zawsze. No i chłopak absolutnie odpadł. Pojechaliśmy do Wawra, poprosiłam, żeby klęknął przed matką i poprosił o moją rękę. Wpadł, jak się rzucił na kolana, obie panie były zdruzgotane...

Ale skąd taka nagła decyzja?

Wychodziłam wcześniej za mąż dwa albo trzy razy. Nie wyszłam, kiedy ujawniały się sprawy nieciekawe. Wycofywałam się nagle, a moi partnerzy nie mogli zrozumieć - jak to, takie mieli u mnie powodzenie, a daję kosza? Mówili: Ho, ho, kochana, już niejedna tak powiedziała, a potem wracała z płaczem i przeprosinami . Kiedy coś takiego słyszałam, na pewno nie było powrotu.

Raz miałam nawet wyznaczoną datę ślubu, wypożyczoną zastawę stołową i srebrne sztućce na wesele, a zerwałam. I teraz odpowiadam na pytanie, skąd tym razem pewność. Otóż jeden z moich kolegów we Wrocławiu układał horoskopy. Podałam mu datę i godzinę urodzenia. Strasznie długo obliczał. Po dwóch czy trzech tygodniach upomniałam się. Mówi: A, cholera, nie wiem, pomyliłem się, stale liczę i stale mi coś wyskakuje . Minął jakiś czas i znowu pytam, bo już mnie krew zalewa. To on, że zmienił system obliczeń i że chyba osiwieje nad moim horoskopem. Wszystko się zgadza, ale jest i choroba, i zmiana miejsca pracy . No i stale mu wyskakiwało siedemnastego maja jako ślub, zakładanie rodziny. Po czym dodał, że mnie okradną. Mówię: To gorzej, więc tym się nie zajmujmy .

Ślub był pierwszego czerwca, najszybciej jak się udało załatwić, i to tylko dlatego, że Michał był skuteczny i padał przed urzędniczkami na kolana. Tuż przed ślubem zmienił obywatelstwo na polskie, bo urodził się w Czerniowcach na Bukowinie, w Rumunii, w polskiej rodzinie. Tam zaczął też studia dramatyczne. W 1944 roku, kiedy weszli Rosjanie, został wywieziony na Syberię. Wstąpił do Wojska Polskiego, które zaczęło się formować. Mówił, że pieszo przewędrował do jakiegoś punktu zbornego i cudem wrócił z wojskiem do Polski w czterdziestym piątym. Był szkorbut, były inne choroby. Czasem opowiadał coś jak dykteryjkę, na przykład jak na Syberii wyskakiwali z ziemianki, żeby sikając, zobaczyć, jak w powietrzu zamarzają siuśki. Siła młodej fantazji, bez względu na okoliczności. Koniec wojny zaskoczył go szczęśliwie na terenie Polski.

Czuła pani w jakiś sposób, że jest złamany przez Sybir, wojnę?

Nie, ale był zdecydowanie odporny na wszystkie duperele, nie robił problemów ze spraw błahych albo tych, na które nie miał wpływu. Miał w sobie wielki urok. Był serdeczny, szlachetny i prawy.

W

Gdzie zamieszkaliście?

Wciąż mieszkałam u Lalki, a Michał u przyjaciela. Ale szykowały się wakacje. Poza Lalką nikt właściwie nie wiedział, cośmy zrobili. Nie mówiliśmy w teatrze, a zachowanie tajemnicy nie było proste, bo graliśmy w tym samym spektaklu. Wychodziliśmy z teatru oddzielnie, każde w swoją stronę, ja z kolesiami do tramwaju. Michał dosiadał do mnie dwa przystanki dalej. Cudowna zabawa w konspirację. A potem były wakacje i wczasy pracownicze nad morzem, na które zespół otrzymał przydziały.

Małżeństwa dostawały pokoje dwuosobowe. Ale ponieważ ślub był dotąd tajemnicą, miałam przydział do pokoju trzyosobowego z koleżankami, Michał dostał pokój z kolegami. Pobiegł do administracji i mówi: Poproszę o dwuosobowy, bo będę z żoną . - Michał, coś ty, kiedy, jak to? - Proszę, tu jest książeczka małżeńska . Dopiero wtedy pozmieniali nam przydziały. Ale zespołu już właściwie nie było w teatrze, więc pierwsza wiedziała tylko administracja.

Po co tajemnica?

Chcieliśmy sprawdzić, czy uda się taki fakt ukryć przed jedną z koleżanek, która zawsze wszystko wiedziała pierwsza i była w tym nie do pobicia. Udało się. Kiedy dowiedział się Czesio Wołłejko, powiedział: No i patrzcie, Michał podgaździł nam Baśkę!

Wakacje były jak miesiąc miodowy. Po powrocie mieszkałam jeszcze przez chwilę u Lalki, Michał czasem zostawał na noc. Później wystaraliśmy się o przydział mieszkania. Michał miał swój przydział, ja swój, co sprawę przyspieszyło. Młode małżeństwa miały pierwszeństwo. Dostaliśmy mieszkanie przy Inżynierskiej na Pradze - pokój z używalnością kuchni, łazienki, a drugi pokój dostała koleżanka z dorastającym synem, Elwira Turska, aktorka i reżyserka. Mieszkaliśmy tam cztery lata.

Jak tylko Halina Mikołajska dowiedziała się, że jestem w ciąży, mówi: To ja jestem matką chrzestną . Nie wiem, czy w ogóle można odmówić komuś, kto chce być chrzestnym. Przecież nie byłyśmy tak blisko.

Piotr urodził się szesnastego lipca 1955.

Przerwała pani pracę, kiedy urodził się syn?

Nie wyobrażałam sobie inaczej. Przecież on był moją najcudowniejszą rolą. Przerwałam pracę na rok. Byłam w domu, zajmowałam się dzieckiem. Byłam szczęśliwa i ani razu nie miałam poczucia, że mija mnie jakaś zawodowa okazja. Naprawdę wiele zyskałam przez ten rok bliskości z Piotrusiem, również mając możliwość spojrzenia na siebie z pewnej perspektywy, poukładania sobie w głowie wielu spraw. Zawód jest ważny, ale życie jest najważniejsze. Po roku wróciłam do pracy, Michał był więcej przy dziecku, bardzo pomagała nam mama, a później znalazłam panią Józefę, nianię, która postawiła do pionu cały dom. Przed wojną pracowała w tak zwanych dobrych domach, miała swoje zasady, wprowadziła porządek - musieliśmy z Michałem o czternastej przychodzić na obiad i nie było mowy o spóźnieniu. Ta czternasta została mi do dzisiaj. Kiedy Piotrek skończył pięć lat, zażądała, abyśmy mu kupili karnet do filharmonii na dziecięce koncerty. Musiał mieć wyprasowane koszule na cały tydzień. Dbała, żeby się rozwijał intelektualnie, przestrzegał konwenansów, wpoiła mu poczucie elegancji. Bardzo to była ciekawa osoba.

No, a w 1959 roku zamieszkaliśmy w nowej kamienicy w Centrum, gdzie mieszkam do dzisiaj. Dom w plebiscycie "Życia Warszawy" otrzymał tytuł "Mistera Warszawy". Zaprojektował go zespół słynnych "Tygrysów" modernistów - architekci Wacław Kłyszewski, Jerzy Mokrzyński i Eugeniusz Wierzbicki. Naszymi sąsiadami byli Edward Dziewoński (czyli Dudek) z Alfredą Sarnawską, świetną aktorką. Wiele wspaniałych postaci tu zamieszkało - Zdzisio Leśniak, kolega, z którym spotkałam się w Kabarecie Starszych Panów i w filmie "Upał", dyrektor filharmonii Zdzisław Śliwiński, muzycy, graficy, lekarze. Mieliśmy ze sobą kontakty zawodowe, więc jechało się razem na próbę albo z niej wracało. Z Dudkiem przecież byliśmy razem w Kabarecie Starszych Panów. Budowaliśmy razem garaże na podwórku.

Barbara Krafftówna z Kabaretem Starszych Panów (fot. materiały prasowe Prószyński i S-ka)

Naprzeciwko naszej kamienicy, w głębi, jest pałacyk, w którym było Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, bardzo aktywne, i Dudek poprosił, wręcz zarządził, żeby założyli mu telefon, a wtedy były talony na telefon, latami czekało się na przydział. No i kabel nad dachami przeciągnęli. Mówię: Dudek, to od razu załatw nam telefon towarzyski . Dzięki temu myśmy pierwsi mieli telefony.

Na czym polegał telefon towarzyski?

Dudek miał główny numer, my byliśmy "towarzysko" do niego przyłączeni. Jeśli on rozmawiał, a ja podniosłam słuchawkę, był sygnał zajętości. Odkładałam i czekałam, aż się zwolni.

Pani mąż był dobrym aktorem?

Wystarczająco dobrym. Natomiast przy moim życiorysie, przy mojej sile zawodowej i pozycji, Michał był w cieniu. W 1951 roku zagrał w pierwszym po wojnie filmie morskim "Załoga", bardzo popularnym, grali w nim Janczar, Łomnicki... Wszyscy są w nim tacy młodzi, przystojni. Michał był pokazowym egzemplarzem. Amantem. Cała reklama "Załogi" wykorzystywała jego urodę.

Małżeństwa aktorskie są trudne, pojawia się czasem zazdrość o popularność albo o granie. Istniała?

Nie, nigdy. Tym większa była wartość Michała, że nie okazywał jakiejkolwiek zazdrości. Wiedziałam, że nie ma takiej osobowości jak Łomnicki czy Holoubek. Na pewno grał za mało, żeby móc poczuć się pewnie i posiąść scenę. Był niewykorzystany, to nie ulega żadnej wątpliwości. Jednym z powodów była też jego cudowna konstrukcja psychofizyczna - był dobrym, potulnym człowiekiem, bez zdolności do przebijania się, walki o role, stawiania na swoim. Nie mogę też ukryć, że go zdominowałam. Gdyby nie było dziecka, może jego zawodowe losy potoczyłyby się inaczej. Koledzy, którzy z nim startowali, równie urodziwi, wspaniali, dostali jedną rolę, potem drugą, zostali zapamiętani. Na pewno wyhamowałam jego karierę. Trudno powiedzieć, czy przyćmiłam.

Zobacz wideo Najwięksi aktorzy Złotej Ery Hollywood

Ale nie powodowało to żadnych konfliktów?

Absolutnie. Raczej rozumiałam, że mu na karierze nie zależy. Nie miał niespełnionych ambicji ani marzeń. Wiedziałabym. Skupił się na domu. Opiekował się nami. Oczywiście była gosposia, która nam pomagała, ale Michał był w domu więcej ode mnie. Bo zdarzało mi się wyjechać na przykład na trzy miesiące na zdjęcia i tylko czasem wpadałam do Warszawy.

Lubiliście razem grać?

Tak. Bardzo. Na początku w objazdowych spektaklach, dorabiając do gaży, a potem w znanych teatrach też graliśmy razem.

Fragment rozmowy pochodzi z książki Remigiusza Grzeli "Krafftówna w krainie czarów"

Remigiusz Grzela,

Remigiusz Grzela. Urodzony w Starogardzie Gdańskim dziennikarz, pisarz, dramaturg. Autor zbiorów rozmów "Rozum spokorniał", "Hotel Europa", "Wolne", "Obecność", wywiadów-rzek "Marian Kociniak. Spełniony", "Było, więc minęło. Joanna Penson - dziewczyna z Ravensbrück, kobieta Solidarności, lekarka Wałęsy", "To, co najważniejsze. Irena Jun i Stanisław Brudny", książek reporterskich "Bagaże Franza K., czyli Podróż, której nigdy nie było" i "Wybór Ireny" (o łączniczce ŻOB-u Irenie Gelblum, która stała się włoską poetką Ireną Conti), a także powieści "Bądź moim Bogiem" i "Złodzieje koni". Barbara Krafftówna grała w jego monodramie "Błękitny diabeł" i komedii "Oczy Brigitte Bardot" (z Marianem Kociniakiem).

Barbara Krafftówna. Stworzyła jeden z najciekawszych i zapadających w pamięć portretów kobiecych w kinie - Felicję w "Jak być kochaną". Wzorcowa aktorka w dramatach Witkacego. Pierwsza odtwórczyni Gombrowiczowskiej tytułowej "Iwony, księżniczki Burgunda" i wykonawczyni słynnego walca "Embarras". Niezapomniana aktorka legendarnego Kabaretu Starszych Panów, która przeklinała Bohdana Łazukę, szarpała bas i nudziła się w czasie deszczu. W filmowej roli Honoratki swoim gorącem topiła serce nie tylko Gustlika. Prawdziwa mistrzyni teatru, piosenki i kabaretu. Genialna interpretatorka kryminałów Joanny Chmielewskiej, które często nagrywała dla radia, i głos Czerwonego Kapturka ze słynnej bajki słuchanej z winylowych płyt. Głos, którego nie można pomylić z żadnym innym. W 2016 roku obchodzi wyłącznie okrągłe jubileusze - będzie świętowała, jak sama mówi, rok dwóch bałwanków, czyli 88. rocznicę urodzin, oraz 70. rocznicę debiutu scenicznego.