Twoja historia potoczyłaby się inaczej, gdyby nie twój ojciec.
- Był zapalonym żeglarzem, ale w stanie wojennym nie mógł pływać, bo bardzo trudno było o pozwolenie na wyjście z portu. Szukał alternatywy, znalazł windsurfing, który w latach 80. był w Europie bardzo popularny. Z kolegami uszyli sobie żagle, zbudowali deski. Kiedy mój brat i ja się urodziliśmy, ojciec "wrzucił" nas do swojego świata. Każdą wolną chwilę spędzał nad wodą, a my, siłą rzeczy, razem z nim. Nie pamiętam nawet, kiedy stanąłem na desce po raz pierwszy, od początku była to część mnie, i już mając 6-7 lat, wystartowałem w lokalnych regatach na jeziorze Gardno. Pływanie to w ogóle fajny styl życia dla rodziny. Kiedy my pływaliśmy, to mama z moją małą siostrą bawiły się na plaży.
Czyli rodzice stawiali na twój sportowy rozwój od początku?
- Nie. Niestety na pierwszym miejscu zawsze była szkoła (śmiech) .
Niestety?
- Znam historie rodzin, w których od początku liczyła się tylko kariera sportowa dziecka. Wszystko było temu podporządkowane. U mnie nikomu to nawet do głowy nie przyszło. Pewnie dlatego, że nie mamy takich tradycji, w rodzinie nie było zawodowych sportowców. Szkoła była zawsze na pierwszym miejscu. Do tego stopnia, że kiedy zbliżała się matura, a ostatni rok startowałem jako młodzieżowiec, to praktycznie nie mogłem trenować. Miałem się uczyć.
Może to i dobrze?
- Teraz myślę, że dobrze, bo ciągle czuję niedosyt pływania. Gdybym trenował wcześniej całymi dniami, to może bym się wypalił? Znam wielu takich zawodników. Kiedy poszedłem na studia, stanąłem przed wyborem: albo zaczynam trenować na 100 proc. i stawiam na sport, albo studiuję.
Zawiesiłem studia, bo zbyt ciągnęło mnie do sportu. Ta decyzja zmieniła całe moje życie. Do tej pory funkcjonowałem w jakiejś strukturze - była nauka, w wolnym czasie jeździłem nad morze i wracałem, by się uczyć. Kiedy przeszedłem na zawodowstwo, okazało się, że mam większą swobodę, ale też muszę bardziej się motywować. Wcześniej wyjazdy były dla mnie świętem, teraz stały się codziennością, ciężką pracą.
Narzekasz?
- Zdecydowanie nie! Próbuję tylko wytłumaczyć, że windsurfing to specyficzny sport. Nie ma tutaj klubów ani struktury organizacyjnej. Treningi musisz sobie organizować sam. Nie jest tak, że: wstajesz, idziesz na trening, wracasz, jesz obiad, grasz w PlayStation, idziesz na kolejny trening. Trening jest najważniejszy - to prawda, ale oprócz tego musisz być swoim trenerem, specjalistą od sprzętu i od logistyki. Rzuciłem się na głęboką wodę. Ze świata, w którym wymagano ode mnie określonych rzeczy, trafiłem w miejsce, gdzie o wszystkim muszę decydować sam.
To było trzy lata temu, miałeś 20 lat. Traktowano cię wtedy poważnie?
- Na początku było trudno. Chcesz zrobić coś fajnego, a ktoś przykleja ci łatkę młodego chłopaka w kolorowych szortach, który cały dzień spędza na plaży. Rozumiem, że to pierwsze skojarzenie, ale staram się to zmieniać i powoli się udaje. Bardzo wierzę, że z blond włosów, kolorowych szortów i plażowego stylu życia można zrobić marketingowy atut, a przecież w siłowni spędzam tyle samo czasu, jeśli nie więcej, co sportowcy innych dyscyplin. Ważne jest też, żeby współpracować z ludźmi, którzy dobrze cię reprezentują. Zupełnie inaczej dyrektor marketingu potencjalnego sponsora spojrzy na maila: Dzień dobry, nazywam się XY, mam 23 lata niż Dzień dobry, nazywam się AB, reprezentuję XY, zawodowego windsurfera To skomplikowana sprawa, ale krok po kroku uczę się, jak się do tego zabrać.
Jak wygląda teraz twoje życie?
- Treningi rozpoczynają się od stycznia i trwają do połowy kwietnia. Przez ostatnie trzy lata spędzałem ten czas na Teneryfie. Nie jestem tam sam, trenuję z kolegami z Pucharu Świata. Jest też trener, który ustawia trasę i nadzoruje wyścigi. Testujemy i ustawiamy sprzęt do sezonu. Ostatnio zacząłem pracować z instruktorem od przygotowania fizycznego, bo odpowiednia masa i siła są kluczowe. Chodzi o to, żeby jak najwięcej mocy z żagla przełożyć na prędkość deski. Wydaje się, że mniejszy zawodnik wybierze sobie mniejszy żagiel, ale dzięki dobrym proporcjom będzie płynął z taką samą proporcją jak ktoś większy. Kiedy ścigasz się w osiem osób, w powietrzu tworzą się turbulencje, i jeżeli cała siódemka wokół ciebie ma żagle o metr większe niż twój, to po prostu zabierają ci wiatr. Nie ma znaczenia, jak lekki będziesz.
W tym roku sezon startów zacząłem Pucharem Europy we Włoszech. Potem była Korea Południowa, trzy dni w domu, Azory, Costa Brava, trzy dni w domu, kolejny wyjazd i tak do października. Teraz mam miesiąc przerwy, czyli po prostu treningi i w listopadzie ostatnie zawody w Nowej Kaledonii. Potem miesiąc "przerwy" i zaczyna się nowy sezon. Jestem na walizkach przez 11 miesięcy w roku.
Nie masz swojego miejsca na świecie. Nie przeszkadza ci to?
- Na razie nie, ale czasami jest ciężko. Cały ten sport opiera się na samomotywacji. Każdy z nas zna ją oczywiście ze swojego życia. Różnica jest taka, że przeciętny człowiek musi wstać rano do pracy, a ja nie mam tego zewnętrznego przymusu, bo trening organizuję sobie sam. Na razie jest dobrze, za każdym razem jak pływam, to dobrze się bawię. A kiedy nawet jest ciężko, to czuję, że posuwam się do przodu, bo przetestowałem kilkanaście nowych ustawień i jestem o 3 proc. szybszy niż wczoraj. Trzeba sobie znajdować małe cele, które w tym całym zamieszaniu pchają cię do przodu. Na razie staram się startować jak najwięcej i w tym roku chyba tak wyszło, że nie ma drugiego windsurfera na świecie, który brałby udział w tylu zawodach co ja.
Pewnie w kolejnym roku coś zmienię, bo okazało się to nie do końca produktywne - ciągłe podróże, słabe jedzenie. Zacząłem sezon, ważąc 91 kg, a teraz ważę 86. Waga jest kluczowa, bo prawie bezpośrednio przekłada się na prędkość. Trzeba jakoś znaleźć balans między zdobywaniem doświadczenia a szukaniem najlepszej formy fizycznej. Te ciągłe starty dają mi też siłę mentalną - nie pękam, nawet gdy jestem zmęczony.
To ciekawa sytuacja - przez prawie cały rok jedynymi osobami, z którymi możesz wejść w głębsze relacje, są twoi rywale.
- To bardzo dziwna relacja. Startuję głównie w slalomie. To konkurencja, w której nie ma zasad, dochodzi do kontaktu fizycznego, czasem szarpaniny i ostrej wymiany zdań. Wszyscy się szanują, ale siłą rzeczy tworzą się grupy. Przez cały rok zawodnicy mieszkają na zawodach w tych samych hotelach. Pierwsza szesnastka światowego rankingu ma to zapewnione przez organizatora. Mieszkasz raczej z tą samą osobą albo dwoma-trzema stałymi kolegami przez cały sezon. Czasami chłopaki z Wysp Kanaryjskich chodzą spać o 3 w nocy, a ja wolę o 22-23. Ktoś chrapie. Ktoś je lepiej, a ktoś gorzej. Wolisz być z tym, kto je lepiej, bo "przeciąga cię" na stronę dobrych nawyków.
Naturalną rzeczą jest, że trzymasz się z ludźmi ze swojego kraju. Francuzów w PWA World Tour jest 15. Ja jestem sam. Na początku próbowałem zadawać się ze wszystkimi, być częścią grupy, która w dużej mierze składała się z moich idoli z dzieciństwa, ale potem zacząłem wybierać. Lubisz kogoś, ale okazuje się cynikiem i szuka tylko negatywnych rzeczy, a to źle wpływa na twoje nastawienie, więc zaczynasz go unikać.
To ciągłe podróżowanie... Nie masz go dosyć?
- Pewne rzeczy są irytujące, np. ciągnięcie ze sobą 200 kilogramów sprzętu po lotniskach dookoła świata. W 90 proc. miejsc pod sam terminal mogą podjeżdżać tylko taksówki, więc wrzucasz sprzęt na dwa wózki na najbliższym parkingu i najpierw z jednym idziesz w stronę terminalu. Nic nie mieści się w drzwiach, więc musisz wszystko zdjąć z wózka, przeciągnąć po podłodze, zapakować z powrotem na wózek, znaleźć odprawę i wrócić po drugi wózek. Potem użerasz się z ochroną, bo zostawiłeś pierwszą część bez opieki pod miejscem odprawy, a przecież to mogła być bomba. Następnie przez 30-60 minut rozmawiasz z panią z odprawy, jej przełożoną i przełożoną przełożonej. Ustalają, co zrobić z tym całym sprzętem i czy puścić mi 36-kilogramowe paczki "na ładne oczy", bo limit wynosi 32 kg. Potem już tylko musisz zapłacić średnią krajową za przewóz tego sprzętu, zaciągnąć paczki do miejsca, gdzie ponadwymiarowe bagaże są prześwietlane, zebrać stemple od celników...
Po półtorej godziny, spocony jak świnia, możesz się w końcu udać do samolotu... Jest ci gorąco, bo w końcu przez półtorej godziny biegałeś, więc marzysz, żeby zdjąć buty, co robisz ku zachwycie połowy pasażerów. I tak tracisz szansę na numer od modelki, która siedzi obok ciebie. W sumie to i tak cię to nie obchodzi, bo jedyne, o czym marzysz, to godzinkę się zdrzemnąć, bo spędziłeś noc za kółkiem, żeby przejechać ze Słupska do Warszawy i zdążyć na lot o szóstej rano. Po lądowaniu musisz jeszcze złożyć raport, bo połowa sprzętu nie doleciała, ale to już z górki (śmiech) . Oczywiście trochę przesadzam, bo nie zawsze jest tak ostro, ale podróżowanie czasem potrafi być istnym koszmarem.
Nie szkoda ci życia prywatnego, które poświęcasz na karierę?
- Po sezonie wracam do domu i funkcjonuję przez tydzień jak wszyscy. Płacę zaległe mandaty, robię porządki, naprawiam samochód i zaczyna mi brakować życia nomady. Zaczynam sprawdzać prognozy, patrzę, co dzieje się w Danii czy na Wyspach Kanaryjskich, i zastanawiam się, czyby nie pojechać tam na kilka dni. To jak narkotyk. Jasne, że brakuje mi przyjaciół, z którymi spędzałem każdy dzień w czasach liceum, i dziwnie się czuję, kiedy zapraszają mnie na wesela, parapetówki i chrzciny, a ja jestem gdzieś na lotnisku, goniąc marzenia. Taka jest cena tego, co robię. Podjąłem pewne decyzje i teraz muszę zmierzyć się z ich konsekwencjami.
Twoja rodzina nie ma żalu, że jesteś ciągle w podróży?
- Rodzina mnie wspiera, bo widzi, ile czasu i serca w to wkładam, i rozumie, że to jest właśnie to, czego chcę. Myślę, że moi bliscy zdają sobie sprawę, że gdyby zmusili mnie do powrotu na studia czy do pracy w rodzinnym biznesie, byłbym nie tylko nieszczęśliwy, ale też absolutnie nieznośny dla wszystkich dookoła. Robią to dla własnego dobra (śmiech) .
Wydaje mi się, że jestem uzależniony od robienia rzeczy, które dla przeciętnego człowieka nie są normalne, od sytuacji niestandardowych, które wnoszą do mojego życia adrenalinę. Gdy tego nie ma, czuję się chory. To jest trochę przerażające, bo kiedyś będzie trzeba zacząć prowadzić "normalne" życie... Mam nadzieję, że do tego czasu zrobię i osiągnę już absolutnie wszystko, za czym teraz gonię.
I co wtedy?
- Bardzo się bałem zostawić studia. Rodzina, nauczyciele, media - wszyscy powtarzają, że studia są konieczne. Od czasu gdy zacząłem skupiać się tylko na windsurfingu, nauczyłem się rzeczy, których żadne studia mi nie zapewnią. Dzięki podróżowaniu opanowałem dwa nowe języki obce, a dwóch kolejnych mam szansę używać na co dzień. Zacząłem projektować deski, coraz więcej wiem też o projektowaniu żagli. Nauczyłem się montować filmy , robić zdjęcia, pisać relacje, materiały prasowe i felietony. Zrozumiałem, jak działa rynek windsurfingowy, jak należy rozmawiać ze sponsorami, jaki marketing jest skuteczny i wielu innych rzeczy, których jedne studia by mi nie dały.
Jak jest z popularnością windsurfingu w Polsce?
- Jeśli porównamy zainteresowanie windsurfingiem do sportów mainstreamowych, piłki nożnej, siatkówki czy nawet słabo radzącej sobie w Polsce koszykówki, to kiepsko. Ale jeśli popatrzymy, jak wygląda sytuacja windsurfingu w Polsce, a jak na świecie, to jest nieźle. To pierwszy sport wodny, którym Polacy się tak naprawdę zainteresowali. Teraz popularność zabierają mu kitesurfing, wakeboard czy nawet surfing, ale wciąż statystyczny Polak mniej więcej wie, na czym polega pływanie na desce z żaglem.
Na czym polega windsurfingowy slalom, kategoria, w której startujesz?
- Najważniejsze zawody to Puchar Świata. Startuję w nim od trzech lat. W sumie jest 48-64 zawodników na stałe, a 16 dzięki dzikim kartom, które przyznają organizatorzy na podstawie rankingów kontynentalnych, narodowych i młodzieżowych. Zawody rozpoczynają się wyścigami ośmiu zawodników, którzy ścigają się na pięciu kilkusetmetrowych prostych, przedzielonych czterema zwrotami o 180 stopni. Czterech gości przechodzi dalej. I tak aż do ośmioosobowego finału. Wygrywa ten, kto pierwszy dopłynie do mety.
Ścigamy się na małych deskach przy mocnych wiatrach. 70 km/h to normalka. Przy takiej prędkości zawracamy i płyniemy do mety. Nikt nie chce się zderzyć i przewrócić, ale nie ma zasad, więc wszyscy ryzykują. Wystarczy mały błąd w kalkulacji i wszyscy lądują w wodzie. Na brzegu dochodzi do konfrontacji. Bójki zdarzają się rzadko, bo sędziowie je wyłapują i kary są bardzo wysokie, a przy realiach finansowych tego sportu nikogo na to nie stać (śmiech) . Poziom jest bardzo wyrównany. W zasadzie połowę zawodników na każdych zawodach stać na zwycięstwo w pojedynczym finale. A czasem pojawia się ktoś nowy, świetnie zbudowany i od razu jest szybki. Generalnie w tym sporcie trzeba być dużym, silnym jak wół i jeszcze dobrze się ruszać.
Slalom nazywany jest Formułą 1 w windsurfingu. Co to znaczy?
- Mówi się, że pływa zawodnik, a nie sprzęt. W windsurfingu to o tyle racja, że zawodnik sam ustawia sobie sprzęt. To, na jakim ścigasz się sprzęcie, stanowi 15 proc. sukcesu. Prawidłowe ustawienie to kolejne 20 proc. Zasada jest taka, że ścigamy się na sprzęcie fabrycznym, który każdy może kupić w sklepie. Ale możemy dokonywać w tym sprzęcie pewnych przeróbek. Tolerancja zmian w mierzalnych elementach wynosi 6 proc. Oprócz tego testujemy sprzęt naszych sponsorów, który trafi do sklepów w kolejnym roku.
Sprzęt dostaję na początku roku i zaczynam się bawić. W żaglu mam osiem listew, które wpływają na jego aerodynamikę. Każda listwa składa się z kilku elementów, które mogę regulować. Nie mogę tylko przeszyć żagla, zmienić kształtu materiału, ale cała reszta to moja sprawa.
To nie ma od tego specjalistów? W F1 są.
- Nikt od ciebie nie zna lepiej twojej deski. Ty spędzasz na niej najwięcej czasu. Poza tym pieniądze w windsurfingu są nieporównywalne do F1. Owszem, najlepsi mają pomocników, którzy przygotowują im sprzęt przed zawodami, ale robią to według wskazówek. Nie zdradzasz im wszystkiego, bo nie chcesz, żeby twoje tajemnice wyszły na jaw. W Formule 1 przecież też rywalizuje się nawet w jednym teamie, jak Nico Rosberg i Lewis Hamilton. A Robert Kubica? Podobno to on często decydował za mechaników.
Maciek Rutkowski (ur. 1991). Jedyny polski zawodowy windsurfer. Dwukrotny młodzieżowy mistrz świata, młodzieżowy mistrz Europy, 16. zawodnik Pucharu Świata PWA 2014 - najmłodszy zawodnik w tym gronie od 2009 roku, 11-krotny mistrz Polski. Więcej informacji na maciekrutkowski.com , Facebooku oraz Instagramie .
Dominik Szczepański . Dziennikarz "Gazety Wyborczej", Sport.pl i off.sport.pl. Najbardziej lubi pisać o górach.