"Nie uwierzysz, ile tu jest Polaków. (…) Wczoraj byłem na obiedzie u Pani Potockiej, owej ładnej żony Mieczysława. Powoli lansuję się w świat, ale tylko dukata mam w kieszeni" – pisał w liście do przyjaciela Fryderyk Chopin, podsumowując swoje pierwsze wrażenia z Francji.*
Wybitny pianista miał wówczas zaledwie dwadzieścia jeden lat, ale, co podkreślają wszyscy biografowie, był już osobowością całkowicie ukształtowaną i nie chodzi tu tylko o artystyczny geniusz. Doskonale wiedział, po co jedzie do Paryża, co chce tam osiągnąć i że droga na sam szczyt muzycznego świata wiedzie przez salony arystokracji. Mógł więc uznać za wyjątkowo fortunne zrządzenie losu, że już na samym początku swojego emigracyjnego życia spotkał ową "ładną żonę Mieczysława". Jak pisał Jarosław Iwaszkiewicz: "Potocka, spokrewniona i zaprzyjaźniona z połową francuskiej arystokracji, była możną opiekunką, chociażby nawet jej opieka rzucała na sytuację młodzieńczego muzyka dwuznaczne światło".
Delfina Potocka, z domu Komarowa, miała wówczas dwadzieścia cztery lata i od roku była w faktycznej separacji ze swoim mężem Mieczysławem, synem Szczęsnego Potockiego, niesławnego marszałka konfederacji targowickiej. Uroda żony i nieprzebrane bogactwo męża nie przyniosły temu małżeństwu szczęścia. Między 1825 a 1830 rokiem Delfina pięciokrotnie była w ciąży – trzy razy poroniła i urodziła dwie córki, które zmarły we wczesnym dzieciństwie. Młody Potocki, nie mogąc doczekać się męskiego potomka, zaczął okrutnie znęcać się nad małżonką, bijąc i poniżając ją nawet publicznie. Korzystając z zamieszania, jakie towarzyszyło wybuchowi powstania listopadowego, Delfina uciekła wraz ze swoją rodziną do Francji. Nie zrezygnowała jednak z przysługujących jej praw i zmusiła męża do wypłacania jej corocznej renty w zawrotnej sumie stu tysięcy franków1. Potocki płacił nawet po oficjalnym unieważnieniu małżeństwa, co nastąpiło dopiero w 1843 roku.
Obłędnie bogata, wciąż młoda, niesamowicie pociągająca, z wyjątkowym talentem do ars amandi – czy można się dziwić, że Delfina przez lata uchodziła za najbardziej ekscytującą kobietę w całym Paryżu? Wśród jej istotniejszych kochanków, takich, którzy byli w stanie utrzymać jej zainteresowanie na dłużej, można wymienić chociażby księcia Monfort (bratanka Napoleona), hrabiego Flahaut (syna Talleyranda), księcia Orleańskiego (syna króla Ludwika Filipa), rosyjskiego dyplomatę księcia Aleksandra Orłowa i sławnego malarza Paula Delaroche'a. Platonicznie (?) podkochiwał się w niej wielki książę Michał (brat cara Mikołaja I), a także liczni pisarze i poeci, w tym Honoré de Balzac i nasz Juliusz Słowacki.
Największą miłością Potockiej był jednak Zygmunt Krasiński. Ich tyleż szalony, co toksyczny romans trwał nieprzerwanie przez niemal dwadzieścia lat. W tym czasie trzeci z naszych wieszczów napisał do kochanki kilka tysięcy listów, na przemian wielbiąc ją jako anioła i wyklinając jako niewierną wysłannicę piekieł. Jak można przypuszczać, temu bezgranicznemu uwielbieniu dla mężatki (a potem rozwódki) ze strony wysoko ustosunkowanych mężczyzn towarzyszyła równie intensywna pogarda ze strony pań z towarzystwa, które w Delfinie Potockiej widziały "fortecę bez załogi", dowód na absolutny upadek wszelkich obyczajów2.
Znawcy biografii genialnego pianisty najczęściej określają jego relację z hrabiną jako "przyjaźń". Czy Potocka i Chopin mogli być także kochankami? Różnica klas społecznych w ówczesnych warunkach wciąż jeszcze miała ogromne znaczenie – z jednej strony mieliśmy hrabinę, z drugiej syna guwernera, potomka francuskich kołodziejów. Nieprzypadkowo rodzina Marii z Wodzińskich nie dopuściła do jej ślubu z Fryderykiem. Oficjalnie z powodu słabego zdrowia przyszłego zięcia, nieoficjalnie – w przekonaniu, że nawet znany pianista to przy szlachetnie urodzonej córce wciąż "tylko grajek".
W przypadku hipotetycznego związku Fryderyka i Delfiny nie chodziło jednak o małżeństwo, a o artystyczny romans. Szybko zyskujący uwielbienie w Paryżu pianista z pewnością mógłby nadawać się do roli romantycznego kochanka. A czy "ładna żona Mieczysława" mogła zafascynować erotycznie Chopina? Na pewno zauroczyć mogła jej błyskotliwa inteligencja, ukochanie muzyki i fenomenalny mezzosopran – zakochani artyści porównywali jej głos (zapewne ze sporą przesadą) do najlepszych śpiewaczek operowych epoki. Nieprzypadkowo zadedykował jej dwa ze swoich arcydzieł – Koncert f-moll op. 21 oraz Walc Des-dur op. 64 nr 1. Nie ma też żadnego przypadku w tym, że dysponujący perfekcyjnym słuchem Chopin na łożu śmierci "prosił panią Potocką o trzy melodie Belliniego i Rossiniego, które odśpiewała, łkając". Ostatnie wspólne chwile dwojga przyjaciół, którzy nade wszystko umiłowali muzykę, czy sentymentalne pożegnanie dawnych kochanków?
Od przyjęcia hipotetycznej możliwości do stwierdzenia ewidentnej erotycznej więzi jeszcze bardzo daleka droga. Rzecz w tym, że do momentu ujawnienia listów Pauliny Czernickiej nie było ani kategorycznych, ani nawet szczególnie przekonujących dowodów na romans Fryderyka i Delfiny. W rozplotkowanym Paryżu miłosne podboje Potockiej były szeroko komentowane, wiele z nich zresztą złośliwie (a bezpodstawnie) insynuowano. W dostępnych źródłach mało kto jednak sugerował, że związek z Chopinem wyszedł poza artystyczną protekcję czy przyjaźń.
W jednym z zachowanych autentycznych listów kompozytora możemy przeczytać: "Pani Delfina Potocka (którą wiecie, jak kocham) miała być (…) u mnie, ale parę dni temu do Nicei wyjechała". Nie należy tego wyznania jednak traktować zbyt dosłownie, ponieważ był to list do rodziny, napisany dwa lata przed śmiercią. W pozostałej epistolografii pianisty nazwisko hrabiny występuje bardzo sporadycznie. Z bezpośredniej korespondencji między naszymi bohaterami zachował się, jak sądzono, tylko jeden list Delfiny do Fryderyka, prawdopodobnie ostatni, w którym kobieta zwraca się do artysty dwukrotnie per "kochany panie Chopin". Trudno było uznać taką formę za dowód jakiejś grzesznej zażyłości, nawet jeśli tylko w przeszłości.
Przejdźmy na chwilę, dla intelektualnej uczciwości, do roli adwokata diabła. Brak innych zachowanych (czy ujawnionych) listów między hrabiną a pianistą nie przesądzał jeszcze, że takiej korespondencji nie było. Nie orzekając o ich liczbie czy charakterze, rozsądne było założenie, że Delfina i Fryderyk byli sobie bliscy i wymieniali listy. Rodziło to od razu pytanie, jaki był powód, że nie trafiły one później w ręce badaczy. Delfina Potocka pieczołowicie przechowywała chociażby niezliczone listy od Zygmunta Krasińskiego, które przed śmiercią posegregowała, częściowo ocenzurowała i przekazała spadkobiercom3. Dlaczego podobnie nie stało się z listami od Fryderyka Chopina? Czy samej hrabinie lub komuś ze spadkobierców mogło zależeć na ich całkowitym zniszczeniu bądź ukryciu, właśnie ze względu na ich jednoznacznie kompromitujący charakter?
Jako pierwszy taką hipotezę postawił biograf mistrza, Ferdynand Hoesick, który w 1912 roku enigmatycznie stwierdził: "Istnieje np. podobno duży zbiór listów Chopina do Delfiny Potockiej, (…) które jako materiał biograficzny niewątpliwie mogą być pierwszorzędnego znaczenia. Na to jednak, ażeby móc dotrzeć do tych listów, ażeby je móc odpisać, a potem ogłosić drukiem, trzeba być szczęśliwszym, aniżeli niżej podpisany, który o nie kołatał na próżno…". Co warte odnotowania, Hoesick w prywatnych rozmowach miał przywoływać pikantne fragmenty wspomnianych listów, co mogłoby sugerować, że jednak się z nimi zapoznał, ale z nieznanych powodów nie chciał czy nie mógł się na nie oficjalnie powoływać. W okresie międzywojennym o listach incydentalnie dyskutowano, dopytywał o nie u Raczyńskich wspomniany Jarosław Iwaszkiewicz, ale wszystko to toczyło się w zamkniętym, niewielkim kręgu chopinologów. Aż do pojawienia się na arenie historii Pauliny Czernickiej.
Wiele wskazuje, że pierwszym miejscem, gdzie sprawczyni całego zamieszania ujawniła swoje odpisy, nie był wspomniany na początku tego rozdziału powojenny Poznań, ale jej rodzinne, jeszcze przedwojenne Wilno. I tutaj Paulina Czernicka zaproponowała cykl odczytów w lokalnej rozgłośni Polskiego Radia, ale sprawy nie udało się sfinalizować z powodu wybuchu II wojny światowej. Odpisy fragmentów listów krążyły jednak wśród miłośników Chopina w okupowanym przez Sowietów mieście, a w lokalnej prasie ukazał się nawet artykuł na ten temat, autorstwa uznanego pianisty Stanisława Szpinalskiego.
"Po jednym z [koncertów] podeszła do Szpinalskiego jakaś niewielkiego wzrostu kobieta. Miała może ze czterdzieści lat. Przyniosła ze sobą przepisany przez siebie list Chopina do Delfiny Potockiej. Przepraszała za niewyraźne pismo, ale musiała przepisywać w nocy, przy świecach, w tajemnicy przed swoją ciotką, która te pamiątki trzymała pod kluczem w sekretarzyku. Później co jakiś czas przynosiła nam kolejne przepisane listy. (…) Byliśmy nimi zauroczeni… (…) Wciąż mam w tej sprawie mieszane uczucia, ale wydaje mi się, że to musiało zostać przepisane z autentycznych listów Chopina – jej po prostu nie byłoby stać na takie opinie i sądy" – wspominał po latach Jerzy Jasieński w rozmowie z Piotrem Szumińskim4.
Zadziwiające, że zarówno Szpinalski w 1941 roku, jak i Iwaszkiewicz w 1945 roku nie tylko odruchowo uwierzyli w autentyczność listów, ale też wsparli je autorytetem własnego nazwiska, bezzwłocznie puszczając taką informację w obieg publiczny. A wszystko mimo niemożności czy też niechęci Pauliny Czernickiej do przedstawienia im oryginałów czy chociażby fotokopii.
Ta lekkomyślność dziwi może trochę mniej, gdy uświadomimy sobie, w jak przedziwnych okolicznościach przepadały na zawsze pewne partie korespondencji Chopina, podczas gdy inne, również zaginione, za to znane z dość swobodnych odpisów, przyjmowano za wierne słowa mistrza. I tak po pogrzebie pianisty w 1849 roku siostra Fryderyka, Ludwika Jędrzejewiczowa, była tak skupiona na przemyceniu do Warszawy zanurzonego w słoju z koniakiem serca brata, że w Mysłowicach, na granicy prusko-rosyjskiej, zostawiła u spedytora dwieście listów od George Sand. Tam też dwa lata później absurdalnym przypadkiem odnalazł je Aleksander Dumas (syn), dzięki czemu wróciły one do pisarki, która te bezcenne dla biografów źródła z satysfakcją spaliła.
Więcej szczęścia miały listy, które druga siostra pianisty, Izabella Barcińska, udostępniła w 1862 roku Maurycemu Karasowskiemu. Biograf Chopina dokonał ich odpisów według XIX-wiecznych standardów, skracając je, kompilując i przepisując, nie zawsze wiernie, a czasem wręcz bez zrozumienia. Ale tylko dzięki niemu ta część korespondencji w ogóle przetrwała! Po zamachu na gubernatora Fiodora Berga we wrześniu 1863 roku, kiedy to bomby zrzucono z poddasza kamienicy zamieszkałej także przez Izabellę, carscy żołdacy spalili rodzinne pamiątki i zrzucili na bruk opiewany przez Norwida fortepian. Listy przepisane przez Karasowskiego, mimo braku oryginałów i zastrzeżeń siostry co do ich zgodności z autentykami, uznano za część dziedzictwa Chopina. Dlaczego więc z odpisami korespondencji z Delfiną Potocką miałoby być inaczej?
Przypisy:
1 Próbując przeliczyć to na obecną wartość pieniądza, moglibyśmy otrzymać kwotę nawet kilkunastu milionów złotych gwarantowanego dochodu. Co roku.
2 Nawet zakochany bez pamięci Krasiński miał momenty, gdy widział w niej "nieznośną kapryśnicę (…) podobną do don Juana w spódnicy, który już doznał wszystkiego".
3 Ich zbiorowe wydanie w trzech tomach (1930–1938) było ważnym wydarzeniem w historii polskiej literatury. Warto w tym miejscu dodać, że sam poeta stanowczo sprzeciwiał się publikacji swoich listów, a te, które sam otrzymał od Delfiny Potockiej, spalił przed śmiercią.
4 Książka Piotra Szumińskiego "Chopin i Potocka. Awantura o miłosną korespondencję" jest zdecydowanie najlepszym i w miarę aktualnym (rok wydania 2005) podsumowaniem toczącego się przez dekady sporu o autentyczność listów, stąd też właśnie ją chciałbym w pierwszej kolejności polecić bardziej zainteresowanym tematem czytelnikom.
*Publikujemy fragment książki Jakuba Kuzy "Genialnie zmyślone? Skarby, fałszerstwa, mistyfikacje", która ukazała się 9 kwietnia 2025 roku nakładem Wydawnictwa Znak.


