Historia
Przed rozpoczęciem budowy igloo Eskimosi najpierw szukają zaspy z odpowiednio ugniecionym śniegiem. (fot. Z książki 'Wielka podróż psim zaprzęgiem')
Przed rozpoczęciem budowy igloo Eskimosi najpierw szukają zaspy z odpowiednio ugniecionym śniegiem. (fot. Z książki 'Wielka podróż psim zaprzęgiem')

Oficjalna nazwa wyprawy brzmiała: "V Ekspedycja Thule, duńska ekspedycja etnograficzna do arktycznej Ameryki Północnej 1921–1924".*

Jego Królewska Mość Chrystian X uczynił ekspedycji zaszczyt, obejmując ją swoim patronatem. Komitet doradczy tworzyli: przewodniczący M. Ib Nyeboe, hurtownik Chr. Erichsen, pułkownik J.P. Koch, profesorowie O.B. Bøggild, Adolf Jensen, C.H. Ostenfeld oraz kustosz duńskiego Muzeum Narodowego Thomas Thomsen.

W roku 1910 we współpracy z Peterem Freuchenem założyłem w Grenlandii Północnej faktorię Kap York Thule. Otrzymała taką nazwę, ponieważ była najdalej na północ położoną stałą faktorią na świecie. Ze względu na to, że stanowiła praktyczną i fi nansową bazę dla moich ekspedycji, wszystkie moje wyprawy nazywane są "ekspedycjami Thule".

Wielkie znaczenie dla zrealizowania tej wielkiej podróży mieli w końcu Eskimosi polarni towarzyszący nam aż z Thule: Iggiánguaq ("Małe Gardełko") i jego żona Arna rulúnguaq ("Mała Kobietka"), Arquioq i jego żona Arnánguaq, Nasaîtordluarsuk zwany "Bosmanem" i jego żona Aqatsaq oraz bardzo wtedy młody Qâvigarssuaq Miteq ("Edredon"). Iggiánguaq zmarł na grypę, jeszcze zanim opuściliśmy południowo-zachodnią Grenlandię, ale wdowa po nim uparła się, żeby uczestniczyć w ekspedycji i razem z "Edredonem" wyruszyła ze mną w długą podróż przez Przejście Północno-Zachodnie do Alaski. Do jej obowiązków, jak również pozostałych kobiet, należało dbanie o naszą skórzaną odzież, przyrządzanie strawy, czasami także pomoc w zajmowaniu się psami podczas podróży. Mężczyźni natomiast odpowiadali za powożenie zaprzęgami, polowania i budowanie igloo, za każdym razem, gdy robiliśmy dłuższe przystanki.

Arnarulúnguaq jako pierwsza kobieta eskimoska odbyła tak długą podróż i razem z "Edredonem" byli jedynymi Eskimosami, którzy odwiedzili wszystkich swoich pobratymców.

Biorąc pod uwagę, jakiego wysiłku wymagała ta wyprawa, doprawdy trudno stwierdzić, kogo bardziej podziwiać: psy czy Eskimosów, bowiem i jedne, i drudzy w świetnej kondycji wytrzymali trzy i pół roku ogromnych trudów. Wiem na pewno, że w tej relacji trudno mi będzie wystarczająco dobitnie podkreślić, jak wiele oni wszyscy znaczyli dla mnie osobiście.

Arnanguaq, żona Arqioqa, naprawiająca odzież. Siedzi w charakterystycznej dla eskimoskich kobiet - i dla krawców w ogólności - pozycji przyjmowanej podczas szycia (fot. Z książki 'Wielka podróż psim zaprzęgiem')

(…)

Ekspedycja wyruszyła z Kopenhagi 17 czerwca 1921 roku. Jej trasa wiodła przez Grenlandię, aby zabrać grenlandzkich uczestników i niezbędne wyposażenie. Statkiem ekspedycji, zbudowanym specjalnie na jej potrzeby, był 100-tonowy szkuner "Søkongen".

Po przeprawieniu się przez Zatokę Melville’a, osławioną z powodu potężnych zwałów spiętrzonego lodu, 3 sierpnia przybyliśmy do Thule, gdzie zatrudniliśmy naszych grenlandzkich pomocników. W połowie miesiąca popłynęliśmy przez Cieśninę Hudsona, torując sobie drogę przez trudny do przebycia, gęsty pak lodowy, aż do północnego wybrzeża wyspy Southampton, skąd przez liczne wolne od lodu przesmyki dotarliśmy do niezamieszkanej wysepki w okolicach wyspy Vansittart. To miejsce uczyniliśmy naszą główną kwaterą i stąd "Søkongen", po pozostawieniu na lądzie ładunku ekspedycji, powrócił do Danii.

Kolejny miesiąc spędziliśmy na budowaniu zimowej kwatery, którą nazwaliśmy "Miechem". Nasze obserwacje wykazały, że miejsce, gdzie rozbiliśmy obóz, znajdowało się na 55°54’ szerokości geograficznej północnej i 85°50’ długości geograficznej zachodniej. Stare mapy tego regionu były jednak do tego stopnia niedokładne, że na samym początku, jeszcze przed poznaniem okolicy, w ogóle nie byliśmy w stanie oznaczyć na nich naszego umiejscowienia. Wysepkę, na której zbudowaliśmy nasz dom, nazwaliśmy Wyspą Duńczyków. Znajdowała się tutaj przyjazna dolina z otwartą na morze plażą i osłaniającymi górami w głębi, co wyglądało niczym specjalnie wydzielony fragment lądu. Na brzegu natrafiliśmy na świeże ślady niedźwiedzia, a przy nasypie skalnym spotkaliśmy zająca tak oswojonego, że podjęliśmy poważną próbę schwytania go gołymi rękami.

(…)

Odizolowanej od reszty świata skutymi lodem morzami i potężnymi, nieprzejezdnymi pustkowiami garstce ludzi zwących siebie Netsilingmiutami albo "Eskimosami foczymi" pozwolono wieść własne życie, aż do chwili obecnej zupełnie wolne od obcych wpływów. Dzielili się na kilka grup, jak: A r v i l i g j u a r m i u c i, zamieszkujący okolice Zatoki Pelly’ego i liczący trzydziestu dwóch mężczyzn i dwadzieścia dwie kobiety; Ne t s i l i n g m i u c i z półwyspu Boothia, liczący trzydziestu dziewięciu mężczyzn i dwadzieścia siedem kobiet; K û n g m i u c i znad rzeki Murchison, liczący dwudziestu dwóch mężczyzn i piętnaście kobiet; A r v e r t ô r m i u c i znad Cieśniny Bellota i North Somerset, liczący dziesięciu mężczyzn i osiem kobiet; i I l i v i l e r m i u c i z Półwyspu Adelajdy, liczący czterdziestu siedmiu mężczyzn i trzydzieści siedem kobiet.

Tych łącznie dwieście pięćdziesiąt dziewięć osób żyje w głębi lądu od połowy lipca do grudnia, utrzymując się z polowań na reny i połowu troci, natomiast przez resztę roku polują na foki na lodzie. Nazwy "Eskimosi foczy" nie otrzymali dlatego, że na zamieszkiwanym przez nich obszarze występuje dużo fok (w istocie jest to dalekie od stanu faktycznego).

Kobieta eskimoska ubrana w wyjątkowo piękny strój. Został wykonany ze skóry renifera, z naszytymi jasnymi skrawkami futra z jego brzucha i ozdobiony koralikami. Kunsztowne wykończenie odświętnej odzieży często kosztuje eskimoskie kobiety niewiarygodnie dużo pracy i podchodzą one do tego z ogromną pieczołowitością (fot. Z książki 'Wielka podróż psim zaprzęgiem') , Strzelanie z łuku jest zarówno sportem, jak i metodą łowiecką w miejscach, gdzie nie upowszechniła się jeszcze nowoczesna broń. Podczas różnych uroczystości strzela się do fi gur wyciętych ze śniegu (fot. Z książki 'Wielka podróż psim zaprzęgiem')

Zwie się ich w ten sposób, ponieważ po pierwotnym okresie zamieszkiwania wyłącznie w głębi lądu wywędrowali nad morze i w przeciwieństwie do Eskimosów renowych zaczęli polować na ssaki morskie. Uważa się, że doszło do tego stosunkowo niedawno.

Mimo że są ludem mało liczebnym, ich zbiorcze terytorium łowieckie wynosi około 12 500 kilometrów kwadratowych, co mniej więcej odpowiada potrójnemu terytorium Danii albo całemu wolnemu od lodu obszarowi Grenlandii Zachodniej.

Z tymi ludźmi żyłem wspólnie przez ponad pół roku, dzięki czemu miałem niepowtarzalną możliwość dobrego ich poznania. W tym okresie zmuszony byłem egzystować w sposób całkowicie prymitywny, w pełni dzieląc z moimi gospodarzami warunki ich bytu. Ten wspólny los, który związał nas ze sobą w życiu codziennym, umożliwił mi zadzierzgnięcie z nimi silnych więzi.

Wyjątkowość tradycji Eskimosów Netsilik bierze się stąd, że są oni ludem napływowym, który odebrał ziemię jej pierwotnym mieszkańcom. Tych ostatnich nazywa się "Tunit", podobnie jak dawno wymarłą ludność zamieszkującą nad Zatoką Hudsona. Opowiada się, że w najdawniejszych czasach osiedlanie na tych ziemiach stało się możliwe właśnie dzięki Tunitom. To oni wytropili miejsca przeprawy reniferów i pobudowali kopce na całym terenie, w ten sposób zmuszając zwierzęta, by podążały określonymi trasami, gdzie łatwo było się na nie zasadzić. Także oni odkryli ryby w strumieniach i nauczyli się je łowić ościeniami w kamiennych pułapkach i stawach.

Pierwsi mieszkańcy tych ziem mówili tym samym językiem co późniejsi, chociaż istniała różnica w dialekcie, o której wciąż pamiętają niektóre opowieści. Ukazuje się Tunitów jako wysoki, silny lud o usposobieniu tak łagodnym, że w różnych sytuacjach łatwo ulegali strachowi i brali nogi za pas. Latem i jesienią żyli w głębi lądu w podobny sposób jak Eskimosi foczy, utrzymujący się z polowania na renifery i połowu ryb.

Kajakarz u północnych wybrzeży Alaski. Kajaki alaskańskich Eskimosów nie są tak smukłe i eleganckie, jak te używane przez Grenlandczyków, ale znakomicie mkną na otwartym morzu, także w czasie najgorszych sztormów (fot. Z książki 'Wielka podróż psim zaprzęgiem')

Natomiast w przeciwieństwie do ludności obecnie zamieszkującej te tereny Tunici uwielbiali pozbawione lodu morze i na osiedla najchętniej wybierali takie miejsca, gdzie było w bród wielorybów, morsów i fok, na które polowali z kajaka. Oprócz tego wybornie się sprawdzali w polowaniach na piżmowoły i byli znakomitymi łowcami niedźwiedzi.

Netsilingmiuci żyją na obszarach, gdzie pożywienia nigdy nie ma w nadmiarze, choć także i tutaj są okresy, gdy zabija się więcej zwierzyny, niż można skonsumować na bieżąco. Dzieje się tak zwłaszcza w porze jesiennej podczas wielkich polowań na reny, niekiedy również połów troci potrafi być bardzo obfity. Jednak w porze zimowej zdarza się często, że przez wiele tygodni niemożliwe jest zdobycie żadnego pożywienia i dlatego gromadzenie zapasów to jeden z koniecznych warunków przetrwania. Z tego powodu tutejsze życie kształtuje się jako niemalże ciągła walka o byt i nierzadko dochodzi do sytuacji krytycznych wywołanych niedostatkiem i głodem. Trudno się dziwić, że przypadki kanibalizmu nie należały tutaj do rzadkości, o czym opowiadał Samik:

– Wielu z nas spożywało ludzkie mięso. Nigdy jednak nie czyniliśmy tego kierowani własnym pragnieniem, ale wyłącznie po to, aby uratować życie, gdy wyniszczeni katuszami trwającymi przez wiele dni często traciliśmy przytomność umysłu. Głód mieści w sobie strach nie do opisania, głodowi mogą towarzyszyć sny i przywidzenia lub zjawy, które potrafi ą złamać nawet najsilniejszych i skłonić ich do robienia rzeczy, które w innej sytuacji wzbudzałyby w nich odrazę.

Najjaskrawszy przejaw tej walki o byt ujawnia się w obliczonym na jak największą korzyść podejściu do narodzin dzieci. Za obyczaj zabijania nowo narodzonych dziewczynek, które nie zostały wcześniej przyrzeczone rodzinie mającej syna w przyszłości potrzebującego żony, odpowiada wyłącznie rachunek ekonomiczny. Te zabójstwa dzieci absolutnie nie wynikają z brutalności umysłu tutejszych mieszkańców bądź z niedoceniania przez nich znaczenia kobiet, wiadomo bowiem, że są one w społeczeństwie nieodzowne. Winę za to ponosi wyłącznie niezwykle ciężka walka o pożywienie, a doświadczenia wielu pokoleń dowiodły, że jeden żywiciel jest w stanie wykarmić jedynie najbardziej niezbędnych członków rodziny. Dziewczynka stanowi dla gospodarstwa domowego wyłącznie ciężar, dopóki nie zacznie przynosić jakiejś korzyści, a w chwili, gdy jest ona w stanie pomóc przy pracy, wydaje się ją za mąż i opuszcza rodzinę na zawsze. Z tej przyczyny reguluje się narodziny dzieci i jej konsekwencją jest wybór chłopców kosztem dziewczynek.

*Fragmenty książki "Wielka wyprawa psim zaprzęgiem" Knuda Rasmussena, tłumaczenie: Agata Lubowicka. Ebook do kupienia w Publio.pl>>>