Historia
Drezno po bombardowaniu (fot. Bundesarchiv, Bild 183-Z0309-310 / G. Beyer / CC-BY-SA 3.0)
Drezno po bombardowaniu (fot. Bundesarchiv, Bild 183-Z0309-310 / G. Beyer / CC-BY-SA 3.0)

Każdy wybuch czuło się, a nie tylko słyszało. Huk rezonował w klatce piersiowej. "Cały dom drżał – wspominał doktor Albert Fromme, który wraz z sąsiadami i przyjaciółmi ukrywał się w piwnicy w zachodniej części miasta. – Dzieci były bardzo wystraszone". Herr Schrell, mąż sąsiadki, której przyjęcie urodzinowe zostało przerwane w chwili ogłoszenia alarmu, stwierdził: "Nasz dom chyba został trafiony". Mylił się – ale podczas przebywania w schronie nie dało się tego stwierdzić.*

Pierwsza fala nalotu na Drezno rozpoczęła się wraz ze zrzuceniem markerów o godzinie 22.03, nieco wcześniej, niż zakładali dowódcy. Po zaledwie kilku minutach z ciemnego nieba wyłoniły się ryczące samoloty. Mieszkańcy spodziewali się zapewne, że na wzgórzach zaświecą się potężne reflektory i rozlegnie się huk dział przeciwlotniczych obsługiwanych przez nastoletnich żołnierzy. Działa jednak przeniesiono na wschód; miasto nie mogło stawić oporu. Georg Frank przebywał z rodzicami w schronie w kamienicy. Nadal był owinięty kocem, którym nakrył się do snu przed alarmem. "Z daleka słyszeliśmy przytłumiony warkot silników samolotowych. Potem rozległy się pierwsze wybuchy".

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Lancastery lecące na wysokości trzech, czterech kilometrów zrzucały dwa rodzaje ładunków: dwutonowe "wybebeszacze budynków" wypełnione materiałami wybuchowymi, następnie zaś bomby zapalające. Kiedy bombardier zwalniał uchwyt, bomba nurkowała nosem w dół. Eksplodowała, gdy tylko napotykała twardą powierzchnię. Potrafiła burzyć całe szeregi domów. Rozrywała je z ogromną siłą; fala uderzeniowa wstrząsała przelatującymi wysoko w górze samolotami. Ładunki zapalające, związane w pęczki, były o wiele podstępniejsze. Wpadały do budynków otwartych przez bomby i wzniecały pożar. Wkrótce płomienie, pożerające świeże ruiny, łączyły się ze sobą.

Miszka Danos i goście jego pożegnalnej imprezy w pensjonacie zignorowali syreny. Może była to młodzieńcza beztroska, a może po prostu zaliczyli już zbyt wiele fałszywych alarmów.

Tak czy inaczej, spotkanie trwało dalej, aż do surrealistycznego, przerażającego momentu, gdy bez zapowiedzi drzwi sypialni wyskoczyły nagle z zawiasów pchnięte siłą wybuchu i "pomału" przewróciły się na podłogę. Goście przez chwilę wpatrywali się w nie osłupiali. Pojęli, że pora zejść do piwnicy. Odległe basowe dudnienie stawało się coraz lepiej słyszalne. Ludzie w schronach czuli mdlący klaustrofobiczny lęk.

Brytyjski bombowiec Lancaster (fot. Domena publiczna)

Margot Hille siedziała z matką w miejskim schronie sto pięćdziesiąt metrów od ich kamienicy w południowo-zachodniej części miasta. Wyglądała przez okno; na chodniku i na ulicy było "jasno jak w dzień". Naraz rozległ się huk eksplozji, a potem drugi, trzeci i kolejne, coraz bliżej, za każdym razem powodujące wstrząs. Sąsiadka, Frau Fischer, zemdlała. Najpewniej miała atak serca. Nie było mowy o sprowadzeniu pomocy. Hałas narastał, a matka Margot próbowała pocieszać nieszczęsną kobietę.

Margot nie mogła wiedzieć, że jej kuzyni mieszkający bliżej centrum byli już martwi. Ich dom, opodal Ostragehege, został zrównany z ziemią na samym początku nalotu. Schron nie pomógł: w jednej chwili zostali rozczłonkowani i spaleni żywcem. O dziwo, ich matka, ukrywająca się w tej samej piwnicy, nadal żyła, lecz doznała straszliwych oparzeń uznanych później mylnie za skutek płonącego fosforu. Gdyby w tamtej piwnicy znajdowało się okno, siła eksplozji i żar rozerwałyby je na tysiące tysięcy gorących odłamków. Gisela Reichelt ukryła się w słabo oświetlonej piwnicy niedaleko dworca głównego parę minut po godzinie 22. Musiała zmierzyć się nie tylko z własnym strachem: jej matka wpadła w stupor i dziesięcioletnia dziewczynka nie wiedziała, co zrobić.

(…)

Ci, którym nic się nie stało, czuli teraz intensywne kołatanie w piersi i okrutną ciekawość: jak wygląda świat na zewnątrz? Potem pojawiał się strach. Co z rodziną w innych częściach miasta? Co z przyjaciółmi, z domem, z ukochanymi pamiątkami? Czy choćby część dobytku przetrwała nalot?

Gisela Reichelt i otaczający ją dorośli szykowali się do opuszczenia schronu w południowej części miasta. "Zdawało się, że minęła cała wieczność, nim wreszcie otwarto drzwi piwnicy. Nikt nie wiedział, czego się spodziewać. Miasto płonęło jasnym ogniem, było niewyobrażalnie gorąco". Schnorrstraße, ulica, przy której mieszkała Gisela, znajdowała się blisko dworca głównego. W oddali dziewczynka zobaczyła niskie chmury oraz rozciągającą się coraz szerzej kurtynę dymu. Niebo miało dziwnie bursztynową barwę. Gisela i jej matka ruszyły powoli w stronę swojej kamienicy. Gdy ją ujrzały, poczuły prawdziwą grozę. Dom został trafiony; ich codzienność implodowała.

Stopniowo zaczęły sobie uświadamiać, że odpadki walające się na bruku to pozostałości całego ich dobytku. Wszystko, co miały, wylądowało w rynsztoku. "Nie mogłyśmy płakać – wspominała Gisela. – Cieszyłyśmy się, że żyjemy". Po chwili jednak pomyślały o ciotce Trudel, która mieszkała w innej dzielnicy. Czy ona także wyszła cało z nalotu? Jak mogły się z nią skontaktować w środku płonącej nocy?

Ludzi ogarniał bezradny lęk o bliskich, lecz władze cywilne natychmiast, z imponującą szybkością i sprawnością, wzięły się do ujarzmiania chaosu, nie bacząc, że gauleiter gdzieś zniknął.

Ruiny opery w Dreźnie (fot. Bundesarchive Bild 183-1985-0117-031 / CC-BY-SA 3.0)

Załogi straży pożarnej czym prędzej przybywały z przedmieść i manewrowały między stertami gruzu gorącego niczym lawa, omijały kamienie, kawałki bruku, betonu, pozrywane druty tramwajowe i popękane rury, by dostać się w pobliże płomieni szalejących w Altstadt. Zbiornik z wodą na Altmarkt został zbudowany właśnie na taką ewentualność. Strażacy szybko jednak pojęli, z jak ogromnym wyzwaniem mają do czynienia. Języki ognia sięgały coraz wyżej, pożoga zaś ogarnęła ogromny obszar od rzeki aż do odległej o półtora kilometra stacji kolejowej. Jak okiem sięgnąć, wszędzie płomienie.

Nieco dalej na południowy zachód Margot Hille i jej matka wyszły z piwnicy. Główna fala samolotów nie przeleciała co prawda bezpośrednio nad obrzeżną dzielnicą, w której mieszkały, lecz i tak spadło tam nieco zabłąkanych bomb. Margot, członkini Związku Niemieckich Dziewcząt, pragnęła jak najszybciej zabrać się do pracy. Postanowiła, że przedostanie się do centrum, by udzielać rannym pierwszej pomocy. Jej matka, wpatrzona we wściekłą łunę na niebie, bała się o córkę. Uprosiła ją, żeby najpierw sprawdziły, czy ich dom wciąż stoi.

Mieszkały na trzecim piętrze kamienicy. Schodząc do schronu, dobrze się wyposażyły: miały między innymi gogle, chroniące oczy przed płomieniami lub lecącymi w powietrzu odłamkami. Założyły je, idąc po schodach. W kilku pobliskich domach wybuchły pożary, w ogniu stała też fabryka tekstyliów, lecz wydawało się, że ich kamienica nie ucierpiała. Margot spróbowała otworzyć "duży, półokrągły lufcik" na jednym z półpięter. Okazało się, że uszkodziły go wibracje, stanowiące skutek odległych grzmotów. Lufcik wyskoczył z ramy i uderzył Margot w twarz. Szyba rozprysnęła się. "Całe szczęście, że miałam na sobie gogle" – wspominała potem.

Po krótkim szoku doszła do siebie. Przekonawszy się, że mieszkanie jest w dobrym stanie, nabrała jeszcze większej determinacji, by pospieszyć do Altstadt i wypełnić swój obywatelski obowiązek. Matka powstrzymała ją; przecież Margot prawdopodobnie doznała wstrząsu mózgu z powodu tego nieszczęsnego lufcika. Gdyby ruszyła do centrum, naraziłaby się na niebezpieczeństwo. "W ten sposób uratowała mi życie" – przyznawała po latach Margot.

Frau Hille nieświadomie ocaliła też córkę przed okropnym widokiem obrażeń i śmiertelnych ran, jakich żadna z nich nie umiałaby sobie wyobrazić. Strażacy przeciskający się uliczkami Altstadt, między wysokimi budynkami, z których okien buchały jasne płomienie, co chwila natykali się na kolejne zwłoki. Ofiary zapewne nie wytrzymały psychicznie ciasnoty i narastającego gorąca w ceglanych piwnicach. Uznały – na swoją zgubę – że spróbują szczęścia na zewnątrz. Niektórzy po prostu leżeli na ziemi, jak gdyby pogrążeni we śnie. Zdawałoby się, że zmęczenie wzięło górę i postanowili się zdrzemnąć. Dookoła w zimnym powietrzu rozchodziły się pulsujące uderzenia gorąca, a wszechobecny dym niósł zapach płonącego drewna, tkanin, smoły i farby.

(…)

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pierwsza grupa dwustu czterdziestu czterech bombowców odlatywała w stronę Anglii, druga, znacznie większa formacja, rozciągnięta na długości dwustu kilometrów i składająca się z pięciuset pięćdziesięciu dwóch maszyn, zmierzała ponad srebrzystymi chmurami w stronę kontynentu.

Bombardier Miles Tripp cierpiał niewygody na pokładzie swojego lancastera. Otaczały go paski folii aluminiowej – tak zwane Window – które w odpowiednim momencie miały zostać zrzucone, by oślepić niemiecki radar. Na początku lotu wydarzył się niepokojący incydent. Bombowce startowały jeden po drugim z baz w zachodniej i południowej Anglii, wszystko było niezwykle starannie skoordynowane. Naraz Tripp spojrzał w ciemność i drgnął przerażony: ujrzał innego lancastera, który leciał prosto na nich. Krzyknął i nagle bombowiec znikł. W rzeczywistości nigdy nie istniał: Trippowi coś się przywidziało lub miał halucynacje. Lotnik poczuł ulgę, że jego interkom nie był włączony i koledzy z załogi nie dowiedzieli się o tej chwili paniki.

Amerykański Boeing B-17, 'Latająca Forteca' (fot. Domena publiczna)

I tak już za bardzo niepokoił ich inny kumpel, Harry i jego dziwne przeczucia. Śmierć była wszechobecna i nieunikniona, nic zatem dziwnego, że ludzie stawali się przesądni lub mieli nagłe wizje. Nad kanałem La Manche Tripp ujrzał wybrzeże Anglii, ledwo widoczne w świetle gwiazd. Potem skupił się na obsłudze pokładowego radaru H2S, którego fale odbijały się od ziemi, pomagając w nawigacji.

Wytężając zmysły w ciemnej kabinie lancastera, wsłuchiwał się w miarowy bas silników. Kiedy maszyna znalazła się nad terytorium nieprzyjaciela, zaczął wypatrywać pocisków przeciwlotniczych. Posprzeczał się z Rayem, kumplem z załogi, który miał za zadanie rozsypać tysiące pasków folii aluminiowej przez otwór w szybie. Zdaniem Raya Trippowi przypadły wyjątkowo łatwe obowiązki. Przeciwnie, odparł Tripp i umyślnie parodiując leniwego arystokratę, oznajmił, że wykonuje niezwykle ciężką pracę. "Junior", inny członek załogi, marzł okrutnie, bo popsuło się elektryczne ogrzewanie jego kombinezonu. Podczas czteroipółgodzinnego lotu lotnicy widzieli czasami jasne smugi pocisków przeciwlotniczych, zmierzających w stronę innych bombowców. System H2S, który wcześniej sprawiał pewne kłopoty, teraz odżył i zabrał się do wyszukiwania Drezna.

Wkrótce jednak okazało się, że wypatrzenie miasta nie będzie stanowiło problemu: złote i czerwone płomienie były widoczne z odległości sześćdziesięciu kilometrów. Tripp umościł się na ciasnym stanowisku bombardiera na przodzie samolotu i spojrzał w dół. Nie było chmur. Od miasta dzieliło ich jeszcze kilkanaście kilometrów; przed nimi, na tle czerwonej łuny, malowały się sylwetki innych lancasterów. Z wysokości przeszło trzech tysięcy metrów Tripp podziwiał "fantastyczną siatkę płomieni", która budziła skojarzenie z "krzyżówką". Patrzył na "intensywny ogień ciągnący się ulicami (…) ze wschodu na zachód i z północy na południe".

Jego zadaniem było naprowadzanie samolotu nad cel.

W tamtej chwili podjął jednak świadomą decyzję, że nie zamierza przyczyniać się do podsycania burzy ogniowej. Polecił pilotowi, by ten odbił w lewo. Gdy maszyna oddaliła się nieco od piekielnych płomieni, Tripp zrzucił ładunki wybuchowe.

Według jego późniejszej relacji miał nadzieję, że spadną na puste pole, ale jest mało prawdopodobne, że tak się stało. Najpewniej wybuchły na jakiejś spokojnej ulicy na obrzeżach Drezna i wywołały kolejne pożary. Młody lotnik pragnął postąpić po ludzku (zapewne nie on jeden; krążyły później oskarżenia, że część bomb umyślnie zrzucono nad Morzem Północnym).

Pozostaje jednak niezbitym faktem, że tamtej nocy mało która bomba nie wyrządziła żadnych szkód. Druga fala lancasterów niosła nad Drezno jeszcze więcej dwutonowych "wybebeszaczy budynków" oraz innych bomb burzących i zapalających.

Na miasto miało spaść kolejnych tysiąc osiemset ton materiałów wybuchowych. Wiele z nich trafiło w obiekty położone poza sektorem najintensywniejszych, morderczych pożarów. Piloci messerschmittów z lotniska Klotzsche czekali w gotowości, ale żadne rozkazy nie przychodziły. Dowódcy bez wątpienia zdawali sobie sprawę, że próba obrony miasta byłaby co najwyżej daremnym symbolicznym gestem.

Oczywiście załogi bombowców nie miały pojęcia o tej decyzji. W lancasterze Trippa wszystko przebiegało według szczególnego, wykańczającego nerwowo harmonogramu, który powtarzał się podczas każdej misji. Najpierw należało dotrzeć nad cel, co wiązało się z licznymi niebezpieczeństwami. Potem przychodziła pora zrzucenia bomb. Trwało to najwyżej minutę.

A później znów wracało milczące napięcie. Lotnicy bali się drogi powrotnej nad ciemnym terytorium nieprzyjaciela: w wyobraźni widzieli już czerwone ogony amunicji smugowej, białe, jasne kropki pocisków wystrzeliwanych przez myśliwce (porucznik Leslie Hay nazywał je "płonącymi cebulami"), odległe pożary w dalekich miastach, inne lancastery "złapane" przez potężne reflektory, samoloty zakwitające ognistym płomieniem. W maszynie Trippa panowała gęsta cisza. Ktoś nalewał sobie kawę z termosu, ktoś zapalał papierosa, co przez większą część lotu było zabronione.

Jeśli chodzi o samo bombardowanie, lotnicy doświadczali swego rodzaju dysocjacji. Znajdowali się tysiące metrów nad "wielką misą czerwonego światła". Byłoby rzeczą doprawdy niezwykłą, gdyby zdołali odczuwać prawdziwą empatię. Nie mogli sobie nawet wyobrazić, co dzieje się z ludźmi tam w dole.

Miles Tripp z pewnością nie dopuścił do siebie żadnej myśli o płonących drezdeńczykach. Większość lotników z pięciuset pięćdziesięciu dwóch samolotów, biorących udział w drugiej fazie ataku, widziała z góry burzę ogniową, a mimo to nadal skupiała się na wypełnianiu rozkazów. Musieli przecież wykonać misję.

Zachował się czarno-biały materiał filmowy, nagrany przez kamerę na podbrzuszu jednego z lancasterów, ukazujący płonące Drezno. Widzimy pulsujące punkty światła, które nagle jaśnieją intensywną bielą. Na naszych oczach wybuchają kolejne gigantyczne pożary. Ze wspomnień Trippa i innych wiemy jednak, że film nie oddaje najbardziej hipnotycznego elementu, a mianowicie kolorów. Bombardierzy drugiej fali na pierwszy rzut oka orientowali się, że miasto jest już skazane na zagładę, lecz i tak trzymali się rozkazów. Podoficer Harry Irons (nagrodzony później Krzyżem Wybitnej Służby Lotniczej), pełniący funkcję tylnego strzelca, tłumaczył: "Nie spodziewaliśmy się tak wielkich zniszczeń". Mało kto cierpiał z powodu wyrzutów sumienia. "Byliśmy bardzo młodzi, straciliśmy tylu kumpli" – dodawał Irons. Tysiące lotników raz po raz wykonywały rutynową pracę. Życie każdego z nich było straszliwie kruche, co tylko dodatkowo komplikowało ich emocje.

Zobacz wideo Zapytaliśmy Powstańców, co chcieliby przekazać dzisiejszej młodzieży. Oto, co odpowiedzieli

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

*Fragmenty książki "Drezno 1945. Ogień i mrok" Sinclair McKay, tłumaczenie: Jan Dzierzgowski