18 lutego 1960 roku. Czwartek, dzień otwarcia zimowych igrzysk olimpijskich w Squaw Valley w Kalifornii. Jest godzina trzynasta trzydzieści i uroczystość powinna się zaczynać, ale nie może, bo brakuje słońca i Richarda Nixona.
Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych ma wygłosić formułę rozpoczynającą igrzyska, ale wciąż jedzie samochodem z Reno. Od wielu godzin sypie śnieg, podróż helikopterem jest niemożliwa, ale warunki drogowe też są fatalne. Samochody stoją zderzak w zderzak w kilometrowych korkach. Wiceprezydent jedzie pod prąd – na wszelki wypadek zamknięto wszystkie zjazdy z autostrady.
Pogoda w górach Sierra Nevada jest nieprzewidywalna, to nie Alpy. Dwa tygodnie wcześniej przyszła odwilż – dziesięć stopni powyżej zera. Łyżwiarze, którzy już przyjechali, nie mogli trenować, bo lodowiskom nie pomagało nawet sztuczne chłodzenie. Kilka dni później przez dolinę przeszły ulewne deszcze, zniszczyły dolne partie tras zjazdowych.
Teraz jednak jest dwunastostopniowy mróz. Mężczyzna w stalowoniebieskiej kurtce stoi na drabinie pięć metrów nad ziemią i łopatą próbuje zrzucić nadmiar śniegu z pokrywy znicza olimpijskiego. Na uroczystość czeka osiemnaście tysięcy ludzi, wielu z nich nie otrzepuje już nawet kurtek i płaszczy. Aby się rozgrzać, jedni się kołyszą, inni nakrywają grubymi kocami.
Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl
Śnieg pokrywa też bębny kilkudziesięciu szkolnych zespołów muzycznych z Kalifornii i Nevady, wpada do czar waltorni. Ponad trzy i pół tysiąca licealistów będzie śpiewać w chórze lub grać razem z orkiestrą Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Na razie drżą z zimna w czerwono-granatowych strojach galowych, przemakają im buty, ustniki przymarzają do warg. Niektórzy owijają sobie głowy wełnianymi szalikami i dopiero na nie nakładają wysokie czaka. Ktoś z organizatorów sugeruje, by pozwolić uczniom schronić się pod dachem Areny Blytha, ale Walt Disney, który odpowiada za oprawę uroczystości, się nie zgadza. Przygotowania trwały od wielu tygodni, w środku nie ma miejsca dla wszystkich, a młodzi muzycy poświęcili się, by tu być – nawet przyjechali za własne oszczędności. Mają stać, gdzie są. Wszystko odbędzie się zgodnie z planem.
Aluzja jest jasna*
Krótko po przybyciu Nixona chmury się rozstępują. Uroczystość zaczyna się z godzinnym opóźnieniem. Flagi Grecji, Stanów Zjednoczonych, olimpijska i ósmych zimowych igrzysk zostają wystrzelone w powietrze i łagodnie opadają na spadochronach. Nastoletni skauci wciągają na maszty flagi wszystkich trzydziestu państw.
Gra orkiestra Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. W rytm specjalnie skomponowanej Parady olimpijczyków sportowcy maszerują obok Trybuny Honoru w stronę Areny Blytha. Na początku tradycyjnie Grecja, choć akurat Greków tu nie ma, potem Argentyna i Australia.
Łyżwiarka szybka Helena Pilejczyk czeka w kolorowym tłumie z resztą polskiej ekipy. Cytrynowe kurtki Szwedów, czerwone Niemek i błękitne płaszcze Japończyków mocno kontrastują z wszechogarniającą bielą. Ona ma na sobie chabrowe spodnie narciarki, kurtkę wykończoną wełną w tym samym kolorze (na piersi biały orzełek na czerwonym tle), czapkę z daszkiem i wełnianą otoczką. Na nogach brązowe kozaki z cielęcej skórki, choć jej zdaniem wygląda to raczej na skórę konia. To jednak nieważne, strój jest przepiękny, a ona jest tutaj – wśród najlepszych zawodników z całego świata.
Przed Polakami idą Norwegowie – co chwilę odwracają się i krzyczą "Polska – Polska!". Na końcu Turcja, Związek Radziecki i gospodarze. Do gry włączają się licealiści z orkiestr szkolnych.
Przewodniczący komitetu organizacyjnego Prentis C. Hale wita uczestników: "Waszym celem bez wątpienia jest jeden z czterdziestu ośmiu złotych medali, które zostaną tu wręczone w ciągu następnych dziesięciu dni. Ale pozwolę sobie zachęcić was, byście przyjęli dodatkowy cel: poznać i porozumieć się z każdym innym mieszkańcem wioski olimpijskiej. Jeśli opuścicie Squaw Valley, znając wszystkich swoich konkurentów i rozumiejąc ich nadzieje, cele i ambicje, możecie wrócić do domu jako najlepsi na świecie ambasadorowie jedności i pokoju. Zanim podbijemy kosmos, powinniśmy poświęcić się pokonaniu bliższej przestrzeni: dystansu między narodami, rasami i religiami".
Dla wszystkich w Arenie i przed nią aluzja jest jasna. Wyścig kosmiczny między Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim trwa od dwóch i pół roku. Na razie na orbitę okołoziemską wysłano co najmniej dziesięć psów, kilka małp i królika. Jednak ani przewodniczący, ani uczestnicy igrzysk nie wiedzą, że w Związku Radzieckim właśnie kończą wybierać dwunastu kandydatów na pierwszego człowieka w kosmosie. Niespełna dwudziestosześcioletni Jurij Gagarin trafi do Gwiezdnego Miasteczka pod Moskwą za mniej niż miesiąc.
Tymczasem amerykański wiceprezydent Richard Nixon wchodzi na mównicę, by wypowiedzieć najważniejsze w tym dniu piętnaście słów. Rozbrzmiewa hymn olimpijski, flaga wznosi się na maszt. W niebo wzlatują gołębie, w dolinie rozbrzmiewa osiem wystrzałów salwy honorowej – po jednym za każde zimowe igrzyska.
Kilkanaście tysięcy ludzi spogląda w stronę zbocza Papoose Peak. Widoczność jest teraz wspaniała, świeci słońce. Nagle pojawia się dziewięć postaci. Pierwsza w prawej ręce trzyma płonącą pochodnię – to dwukrotna mistrzyni olimpijska, narciarka Andrea Mead Lawrence. Razem z nią ze wzgórza zjeżdża Gwardia Honorowa. Spiker wyjaśnia, że ogień olimpijski przybył tu z Norwegii. Tak jak przed zimowymi igrzyskami w Oslo w roku 1952 zapalono go w Morgedal, skąd pochodził Sondre Norheim, ojciec narciarstwa klasycznego. Samolotem przetransportowano go do Los Angeles, a po uroczystości na stadionie letnich igrzysk 1932 roku ruszyła sztafeta. Przez całą Kalifornię ogień niosło ponad siedemset osób, głównie młodzież. Ostatni jest panczenista, mistrz olimpijski Kenneth Henry – okrąża tor łyżwiarski, podjeżdża do Trybuny Honoru, ostrożnie wspina się po stromych drewnianych schodach, wysoko unosząc pochodnię, na szczycie odwraca się, zatrzymuje na chwilę i zapala znicz.
Czas na olimpijską modlitwę. To nowość podczas ceremonii otwarcia, bo dotąd msze organizowano przed nimi. Disney uznaje jednak, że religia jest jedną z amerykańskich wolności.
Łyżwiarka figurowa Amerykanka Carol Heiss składa przysięgę w imieniu wszystkich olimpijczyków.
Orkiestry Marynarki Wojennej i szkolne grają Gwiaździsty sztandar, hymn Stanów Zjednoczonych, śpiewa chór licealistów.
Gdy sportowcy opuszczają Arenę, w niebo wznoszą się fajerwerki, sto flag z trzykolorową gwiazdą – symbolem tych igrzysk – i dwadzieścia tysięcy kolorowych balonów. Wystrzelone zostają również flagi poszczególnych państw. Helena jest przekonana, że polska wzniosła się najwyżej.
Kilka minut po zakończeniu uroczystości niebo zaczyna się chmurzyć i znów pada śnieg. Amerykanie będą powtarzać opowieści o "cudzie w Squaw Valley". Podobno jeden z radzieckich gości chciał się dowiedzieć, jaki zaawansowany system kontroli pogody zastosowali Amerykanie, choć może to tylko złośliwe plotki.
Po uroczystości wioskę olimpijską odwiedza Richard Nixon. Gdy z żoną podjeżdża samochodem pod budynek stołówki, łyżwiarki Helena Pilejczyk i Elwira Seroczyńska oraz narciarka Józefa Pęksa-Czerniawska rozmawiają właśnie z Eugeniuszem Szczepanikiem, attaché ambasady PRL w Waszyngtonie. Na kurtkach zawodniczek wiceprezydent Stanów Zjednoczonych rozpoznaje białe orły.
– Poland? – pyta, a gdy potwierdzają, dodaje, że zna kilka polskich słów: – Niech żyje Polska. Niech żyje przyjaźń polsko-amerykańska.
Następnie zwraca się do Heleny: – Pamiętam spotkanie z Polakami w Warszawie i w sercu swoim noszę dużą sympatię dla Polaków.
Wiceprezydent USA odwiedza stołówkę, świetlicę i okolice dormitoriów, rozdaje autografy i pióra wieczne ze swoim imieniem i nazwiskiem. Zapytany, czy jeździ na nartach, odpowiada, że w latach trzydziestych jeździł na południu Kalifornii, ale niezbyt dobrze. Zawodniczkom z ekipy niemieckiej chwali się, że jego teściowa pochodzi z Hesji. Spotyka się z reprezentacją Związku Radzieckiego. Łyżwiarka szybka Lidija Skoblikowa wpina mu w połę płaszcza symbol radzieckiej drużyny, a hokeista Jurij Cicinow wręcza pamiątkową przypinkę. Nixon nie przygląda się jej, tylko pyta zawodnika, skąd pochodzi (z Moskwy), i życzy mu powodzenia. Dopiero później odkrywa, że znaczek przedstawia złotą sondę księżycową Łuna 1, którą Rosjanie wystrzelili w kosmos 2 stycznia poprzedniego roku.
W lutym 1960 roku prezydentem Stanów Zjednoczonych jest jeszcze Dwight Eisenhower. Na igrzyska nie przyjeżdża, bo ma problemy ze zdrowiem, a poza tym nie musi – kończy właśnie drugą kadencję i nie może się ubiegać o reelekcję. Co innego Nixon: pochodzi z Kalifornii, przez ostatnie cztery lata kilkakrotnie wspierał komitet organizacyjny i właśnie rozpoczyna kampanię przed jesiennymi wyborami. Zasada "nic tak nie podbija politycznego kapitału jak pokazywanie się ze zwycięzcami" działa po obu stronach żelaznej kurtyny.
Wygrywanie to dla Nixona ważny temat. Wiceprezydent często cytuje swojego trenera futbolu z czasów college’u, który mawiał, że z porażki nigdy nie można się cieszyć – trzeba być złym, nawet wściekłym z jej powodu. Można jednak być "dobrym przegranym". Good loser nie wścieka się na rywali ani na kolegów z drużyny, lecz wyłącznie na siebie. Ta życiowa mądrość przyda się politykowi już jesienią tego roku, gdy wybory prezydenckie przegra z Johnem F. Kennedym, a także – o wiele bardziej – kilkanaście lat później.
Trener jeszcze nie płacze
20 lutego 1960 roku. Jest sobota, coraz bliżej do godziny dziewiątej.
Helena Pilejczyk szykuje się do pierwszego startu – biegu na 500 metrów. Ma do wyboru dwa kostiumy. Albo wełniany sweter, rajtuzy, czapka i rękawiczki, albo elastyczny, dwuczęściowy. Ten pierwszy nie jest dobry, bo wełna stawia opór powietrzu, ale w tym drugim czuje się źle. Jest niedopasowany, ma za krótką bluzkę. Helena wybiera wełnę.
Przed startem się denerwuje, źle spała, nie może jeść. Jest wicemistrzynią świata, chce wypaść jak najlepiej, a na każdym dystansie biegnie się raz, nie ma podziału na eliminacje i finały. Wygrywa zawodniczka z najlepszym czasem. Na trasie Helena trzykrotnie się potyka, z trudem utrzymuje równowagę, zajmuje dwunaste miejsce – w połowie stawki. Elwira Seroczyńska jest szósta.
21 lutego 1960 roku. Niedziela, godzina dziewiąta. Jest osiem stopni poniżej zera, świeci słońce, wieje słaby wiatr.
Helena startuje na 1500 metrów. Choć uwielbia sprinty, wymagają większej siły fizycznej, a ona jest szczupła, teraz ma większe szanse.
W stroju wprowadza innowację – dół elastyczny, góra wełniana. Trudno, do zbyt krótkiej bluzki się nie przekona.
Gdy czeka na start, jest skoncentrowana wyłącznie na swoim występie. Znów ma tremę, w dodatku nie jest zadowolona z wczorajszego wyniku. Rozgrzewa się, czeka, aż wywołają jej nazwisko.
Nie wie, że Kłara Gusiewa, radziecka zawodniczka, która w szwedzkim Östersundzie pokonała ją na 1000 metrów, teraz zrobiła tak świetny wynik (2 minuty 28,7 sekundy), że następnym dziesięciu łyżwiarkom nie udaje się jej przegonić.
Nie wie też, że w siódmej parze Elwira Seroczyńska z czasem 2 minuty 25,7 sekundy pobiła rekord Polski, a do rekordu świata zabrakło jej tylko dwóch setnych sekundy. Teraz jest na prowadzeniu.
Helena jest dobrej myśli. Biegnie w dziewiątej parze z Lidiją Skoblikową. Rosjanka może i jest od niej osiem lat młodsza, ale w Szwecji uległa Polce na 1000 metrów. Ustawiają się na linii startu.
Strzał – ruszyły!
Lewa, prawa, lewa, prawa, pierwsza prosta, wiraż, lewa, prawa, lewa, prawa, druga prosta, wiraż, lewa, prawa, przez pierwsze sześćset metrów idą równo.
Raz, dwa, raz, dwa, Polka przyspiesza. Na wirażu, w połowie drugiego okrążenia wysuwa się na prowadzenie.
Raz, raz, raz, mknie po tafli, zostawia Rosjankę za sobą, raz, raz, raz.
Sztuczny tor jest doskonały, jednak Helena czuje, jak zaczynają ją opuszczać siły. Chyba ruszyła za szybko i za wcześnie, nie wytrzymuje tempa, które narzuciła. Raz, dwa, raz, dwa.
Rosjanka wyrównuje, wyprzedza ją i zwiększa dystans. Do mety zostało jeszcze pół okrążenia, zawodniczki dzieli dwadzieścia pięć metrów. Na ostatnim wirażu Helena zrywa się do finiszu, raz, raz, raz, zmniejsza odległość, raz, raz, raz – wpada na metę o dwie sekundy za późno.
Dała z siebie wszystko. Zwalnia i objeżdża tor. Chwilę zajmuje, nim komputer firmy IBM RAMAC 305 poda, że jej czas to 2 minuty 27,1 sekundy – lepszy od jej rekordu życiowego sprzed kilku tygodni o całe dziesięć sekund. Jeszcze nie wie, że ma brązowy medal, Elwira srebrny, a Lidija Skoblikowa wygrała z nowym rekordem świata. Trener Kalbarczyk jeszcze nie płacze z radości. Helena jeszcze przez moment nie słyszy okrzyków i oklasków, tylko bicie swojego serca, a w płuca wciąga rześkie powietrze.
W barze bez limitu
Dni po 23 lutego 1960 roku. Do startów Helena była skoncentrowana wyłącznie na aklimatyzacji i treningach. Teraz może korzystać z dobrodziejstw wioski olimpijskiej.
Od początku największe wrażenie robi na niej stołówka. To duża hala, jednocześnie może się tu posilać ponad siedemset osób. Reprezentacje poszczególnych krajów nie mają wydzielonych miejsc. Każdy siada, gdzie chce, jakby zimnej wojny nie było.
Kto zna inny język, próbuje swych sił, kto nie – rozmawia na migi. Jakoś wszyscy się dogadują. Helena szczególnie lubi Rosjanki, bo znają się ze wspólnych zgrupowań i są serdeczne (z Kłarą Gusiewą będą pisać listy jeszcze wiele lat później).
Na długich stołach ustawiono kosze – w nich figi, ananasy, pomarańcze, banany i rodzynki. Członkom polskiej ekipy trudno uwierzyć, że mogą jeść tyle owoców, na ile mają ochotę, a nawet zabrać coś do pokoju. W dodatku w barze bez limitów serwują hot dogi, lody lub gorącą czekoladę.
Za rozrywkę w wiosce olimpijskiej odpowiadają współpracownicy Walta Disneya.
Codziennie o dwudziestej trzydzieści stołówka zamienia się w salę widowiskową – organizowane są koncerty, występy i spotkania z gwiazdami Hollywood. Gdy ściągnięty z Disneylandu zespół artystów wystawia rewię, która kończy się strzelaniną i mordobiciem, hałasy są tak realistyczne, że niepokoją ochronę. Prezenter telewizyjny Art Linkletter codziennie prosto ze sceny łączy się telefonicznie z bliskimi któregoś ze sportowców – jeden z Brytyjczyków zawstydzony przyznaje, że jego rodzina nie ma w domu telefonu.
Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl
Zawodników odwiedzają między innymi piosenkarz Bing Crosby, gwiazdy serialu telewizyjnego Zorro i aktorka Jayne Mansfield. Tę ostatnią zapamięta wiele osób, bo wszędzie chodzi z pieskiem na rękach i jest łudząco podobna do Marilyn Monroe.
Od rana do późnego wieczora czynne są dwie sale kinowe. Amerykańska Akademia Filmowa wybrała dla sportowców dwadzieścia pięć filmów pełnometrażowych. Wstęp i napoje są bezpłatne.
W świetlicy ustawiono automaty do gier i stoły do ping-ponga. Jest też szafa grająca, co wieczór urządzane są potańcówki. Zawodnicy podrygują do piosenek Harry’ego Jamesa, Franka Sinatry, Elvisa Presleya. Ze świetlicy śmiech słychać jeszcze długo po tym, jak nad doliną zapada ciemność.
*Śródtytuły i tytuł pochodzą od redakcji
Daniel Lis. Redaktor książek non-fiction, absolwent Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Współautor książki "Jakoś to będzie. Szczęście po polsku". "Stulecie przeszkód. Polacy na igrzyskach" to jego reporterski debiut.