Historia
Marta Nowocień: Jaruzelski zabronił wychodzić z domu, ale ja byłam zakochana ((Fot. zdjęcie z archiwum prywatnego))
Marta Nowocień: Jaruzelski zabronił wychodzić z domu, ale ja byłam zakochana ((Fot. zdjęcie z archiwum prywatnego))

Marta Nowocień, w grudniu '81 uczennica I LO w Szczecinie

13 grudnia w niedzielę z samego rana poszłam się kąpać. Najważniejsze było, żeby umyć włosy. Pindrzyłam się w łazience, a mama coś ględziła za drzwiami. Nie słuchałam jej zbyt uważnie, byłam zajęta szykowaniem się. W końcu wyciągnęła mnie z łazienki za rękaw, przyprowadziła przed telewizor i mówi: "Dziecko, ty nigdzie dziś nie pójdziesz, jest wojna". Ja na to: "Jaka wojna?!". Dla nas wtedy wojna czy stan wojenny to było to samo. Nie wiedziałyśmy, na czym polega różnica. Jaruzelski zabronił wychodzić z domu, ale ja byłam zakochaną nastolatką, więc nie bardzo mnie to obchodziło. 

Włożyłam gruby płaszcz i kołnierz z lisa, co miało świadczyć o mojej dorosłości. Teraz się tego lisa wstydzę, jestem weganką, ale wtedy tak właśnie się ubrałam. W Szczecinie było mroźno, ale jeszcze bez śniegu. Miasto puste, komunikacja miejska nie działała. Ruszyłam w drogę piechotą, mimo protestów i lamentów mamy. Musiałam dostać się na drugi koniec miasta. Szłam raczej żwawo, rozglądając się nieco na boki, aż wyrósł przede mną patrol wojskowy. To byli młodzi chłopcy. Ładnie wyglądałam, więc poflirtowali ze mną trochę. Zapytali, co robię na opustoszałych ulicach. Ja mówię: jak to co? Lecę do mojego Tadzieńka! 

Otworzyli jego rodzice i na mój widok złapali się za głowę. Wcześniej tłumaczyli Tadkowi, żeby na mnie nie czekał. Byli przekonani, że się nie pojawię, bo nie wolno się przemieszczać. Ale my umówiliśmy się dzień wcześniej, więc musiałam dotrzymać słowa. To była moja pierwsza poważna miłość, nie jakieś byle co.  

Zrobił się raban, rodzice Tadka zaczęli się zastanawiać, co robić i kto odprowadzi mnie do domu. Nie było mowy, żebym została chociaż na chwilę, czym oboje z Tadkiem byliśmy oburzeni. Szłam taki kawał drogi, a oni nie pozwolili nam nawet chwilę posiedzieć razem! Oczywiście chodziło o to, bym dotarła do domu przed zmrokiem. Odprowadzili mnie wszyscy – szliśmy więc we czwórkę przez Szczecin. My z Tadkiem naburmuszeni i zirytowani, że nam uniemożliwiono spotkanie. 

Marta Nowocień: 13 grudnia w niedzielę z samego rana poszłam się kąpać. (Fot. zdjęcie z archiwum prywatnego) , Marta Nowocień: Z Tadkiem zerwałam dwa lata po stanie wojennym. Obydwoje założyliśmy rodziny, byłam na jego ślubie. A potem nigdy więcej się nie widzieliśmy (Fot. zdjęcie z archiwum prywatnego)

Mama ucieszyła się na mój widok. Pamiętam, że ja w złości ją jeszcze ofuknęłam. Po co się martwi, skoro nic takiego się nie dzieje? Tak zaczęły się dwa tygodnie przymusowych ferii. Nie było "Teleranka" ani innych programów, ale to nie był wielki dramat. Spędzałyśmy z siostrą czas w domu, ale każda w swoim świecie. Nie do końca docierało do mnie, co się dzieje. Tato już nie żył, mama była kucharką w szkole, nigdy nie interesowała się polityką. W domu się o tym nie mówiło. Podczas tych ferii nie odwiedzaliśmy się ze znajomymi. Ja nie miałam też potrzeby chodzić do koleżanek, myślałam tylko o Tadku. Zaczęłam łapać, o co chodzi, dopiero po powrocie do szkoły. Wtedy też dowiedziałam się, co się komu przytrafiło. 

Po lekcjach spotykaliśmy się na półpiętrze. Tam nauczyciel historii, taki z powołania, robił popołudniami wykłady dla młodzieży. Opowiadał o wojnie i czasach powojennych. Ci, którzy mieli z nim lekcje, wiedzieli więcej. Ale nie wolno było za dużo mówić, bo w szkole regularnie pojawiali się funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Zadawali pytania, zdarzało się, że wyprowadzali niektórych uczniów. Wśród moich kolegów byli tacy, którzy mieli wielkie problemy. Ich rodziców internowano na kilka miesięcy, a czasem dłużej. Zostali sami, dalsza rodzina ich dokarmiała. Ja nie byłam wojowniczką. Roznosiłam ulotki Solidarności, jak wszyscy. Tadek nosił oporniki w klapach marynarki. To było w trendzie – buntować się i być przeciwko władzy. 

Studniówka w liceum została odwołana. Byliśmy wtedy w klasie maturalnej, więc było nam przykro. Postanowiliśmy więc urządzić własną zabawę. Prywatną, w mieszkaniu naszego kolegi, tylko dla paczki znajomych. Chcieliśmy zachować pozory balu.

Była umowa, że ubierzemy się elegancko. Stan wojenny czy nie – to miał być dla nas wielki dzień. My, dziewczyny, włożyłyśmy białe bluzki i granatowe spódnice, tak się wtedy nosiło. Do tego elegancka biżuteria. Na miejscu okazało się, że chłopcy odświętne stroje zupełnie olali. Byłyśmy szalenie rozczarowane, a oni nie widzieli problemu. 

Zabawa jednak się odbyła. Były kanapki, pojawił się alkohol. Z płyty, którą przywiózł starszy kolega marynarz, śpiewała nam Donna Summer. W czasie stanu wojennego wszystkie imprezy zostały odwołane, a nas słychać było na zewnątrz. Bawiliśmy się świetnie, aż pojawił się patrol. Drzwi otworzył Jarek, gospodarz imprezy. Podał grzecznie swoje nazwisko. Gdy mundurowi zorientowali się, do czyjego domu przyszli z interwencją, zbledli. Zasalutowali, życzyli dobrej zabawy i szybko się oddalili. Ojciec Jarka był wysokim rangą wojskowym. Nas to jednak nie bardzo interesowało. Młodzi ludzie odgradzają się od tego, co robią ich rodzice. Jarka lubiliśmy, był fajnym chłopakiem. Nie on decydował przecież o tym, czym się zajmował jego ojciec. 

Dwa lata później poznałam przyszłego męża. Zerwałam wtedy z Tadkiem. Obydwoje założyliśmy rodziny, byłam na jego ślubie. A potem nigdy więcej się nie widzieliśmy. 

Magdalena Saganiak, w grudniu '81 Magdalena Rusek, dziennikarka 

13 grudnia wstałam wcześnie. Zwykle w weekend jeździłam odwiedzić rodziców, ale tym razem miałam studia. Wykłady zaczynały się o 9.00 na Gołębiej. Nie chciałam się spóźnić, bo włożyłam sporo wysiłku w to, żeby się dostać na podyplomowe dziennikarstwo. Robiło się jasno, gdy w radiu usłyszałam o stanie wojennym. Niewiele myśląc, wybiegłam z akademika i ruszyłam prosto do domu zastępcy redaktora naczelnego.  

Pracowałam wtedy w gazecie zakładowej. Nazywała się "Echo Budowy". Była finansowana przez kilka Budostali – przedsiębiorstw przemysłowych stworzonych na potrzeby ówczesnej Huty Lenina. W "Echu" udało mi się zahaczyć zaraz po skończeniu filologii polskiej. Zaczęłam pracę i studia podyplomowe, ale nie miałam gdzie mieszkać. Na szczęście redakcja miała kontakty z Akademią Górniczo-Hutniczą. Znalazło się dla mnie miejsce w akademiku Olimp. Wicenaczelny mieszkał w pobliżu. Pobiegłam do niego 13 grudnia rano, bo nie miałam z kim porozmawiać o tym, co się dzieje. 

Było zimno. Po drodze mijałam już patrole, żołnierze pojawili się na terenie miasteczka studenckiego. Redaktor otworzył zaspany, jeszcze w piżamie, obudziłam też jego żonę i dzieci. Wpadłam do ich mieszkania i mówię, że jest wojna. Włączył telewizor i zobaczyliśmy Jaruzelskiego.

Szybko zdecydowaliśmy się jechać do redakcji. Trzeba było przemierzyć cały Kraków, z Krowodrzy do Nowej Huty. Tam przy ulicy Mrozowa stał malutki budynek Zjednoczenia Budownictwa Przemysłowego "Budostal", w którym mieliśmy dwa pomieszczenia. Po drodze zgarnęliśmy redaktora naczelnego. 

W redakcji leżało jeszcze sporo egzemplarzy ostatniego wydania "Echa Budowy". To był numer na przełom listopada i grudnia, ale poszczególne firmy odbierały nakład w różnych terminach.  

Obydwaj redaktorzy mieli ambicję zrobienia z "Echa Budowy" czegoś do czytania. Nie chcieli, by była to tylko laurka dla firm. Całą kolumnę zajmowała Solidarność, co pozwalało poruszać tematy, które do tej pory stanowiły tabu. Oprócz aktualności dotyczących działania związków zawodowych była też rubryka, w której wracaliśmy do wydarzeń historycznych.  Nie tylko związanych z Nową Hutą i Krakowem, ale także sięgających do różnych powstań przeciwko władzy. Rozliczono nas z tego, ale później.  

Wtedy, 13 grudnia, szefowie uznali, że ze względu na kolumnę o Solidarności gazeta może zostać skonfiskowana. Postanowili sami ją rozwieźć. Ja wzięłam dwie sztuki, do dziś je mam. Później okazało się, że to był ostatni numer.  

Nazajutrz, gdy po kolejnym spotkaniu z redaktorami wróciłam do akademika, na recepcji czekała mama. Rodzice usłyszeli, że wszystkim studentom kazano jechać na święta do domu. Mama wsiadła do samochodu i po mnie przyjechała. Miała pretensje, bo czekała kilka godzin, a ja nie wiadomo gdzie się podziewam.  

Magdalena Saganiak: Wtedy, 13 grudnia, szefowie uznali, że ze względu na kolumnę o Solidarności gazeta może zostać skonfiskowana. Postanowili sami ją rozwieźć. Ja wzięłam dwie sztuki, do dziś je mam. Później okazało się, że to był ostatni numer (Fot. zdjęcie z archiwum prywatnego) , Magdalena Saganiak: Przez kilka miesięcy siedziałam w ciemnej klitce przy ulicy Wiślnej i robiłam korektę ogłoszeń. Sprzedać, kupić, wynająć - strasznie nudna robota (Fot. zdjęcie z archiwum prywatnego)

Byłam strasznie nakręcona, adrenalina była niesamowita. Uważałam, że dzieje się historia, i chciałam się jej z bliska przyglądać. Ale w akademiku zostać nie mogłam. Musiałam się szybko spakować i zabrać wszystkie swoje rzeczy. Miałam mnóstwo materiałów o Solidarności, pani z recepcji zgodziła się je schować w piwnicy. 

Na drogach leżał śnieg, nie zostały niczym posypane, żeby trudniej się było przemieszczać. Mama była tak zdenerwowana, że z wrażenia zapomniała zabrać dowód osobisty z recepcji akademika. Musiałyśmy zawrócić.  

Te 55 km do Chrzanowa to była droga bardzo trudna fizycznie i psychicznie. Kiedy adrenalina opadła, byłam zrozpaczona. Nie miałam pracy, nie miałam gdzie mieszkać, nie wiedziałam co dalej. W domu u rodziców trwałam w zawieszeniu. Nie miałam kontaktu z resztą redakcji. Nie byłam też zameldowana w Krakowie, więc żeby tam pojechać i dowiedzieć się co dalej, musiałam prosić o pozwolenie w urzędzie miasta. To był początek stycznia. 

Wszystkie gazety zawieszono. Tytuł "Echo Budowy" już nigdy nie ruszył. Rozprysnęliśmy się po różnych redakcjach, ale wcześniej stawaliśmy na rozmowach weryfikacyjnych. Wtedy nas rozliczano. Weryfikował Wojewódzki Komitet Partii w Krakowie. Wzywano wszystkich dziennikarzy z prasy, radia i telewizji. Ustalono spotkania. Siedzieliśmy na korytarzu i każdy po kolei wchodził na taką rozmowę. Mnie przyciskano o tematy.  

W ostatnim numerze był mój tekst o obronie Krzyża Nowohuckiego. Pisałam też o tym, co się działo w czerwcu 1956 roku w Poznaniu. Pytano, kto dla mnie wymyślał te tematy. Kto mną kierował: naczelny, zastępca, sekretarz?  

Mój naczelny dostał zakaz pełnienia funkcji. Ja natomiast zostałam pozytywnie zweryfikowana. Uznano, że byłam zbyt młoda, żeby mieć samodzielne poglądy. Odpuścili mi grzechy, nie dostałam zakazu pisania, ale obiecali mi się przyglądać. I przyglądali się.

Przez kilka miesięcy siedziałam w ciemnej klitce przy ulicy Wiślnej i robiłam korektę ogłoszeń. Sprzedać, kupić, wynająć – strasznie nudna robota. Gdy gazety zaczęły znów ruszać, dostałam propozycję od "Głosu Nowej Huty". Wiedziałam, że naczelny ma poparcie partii, ale miał też otwartą głowę i pomysł. To były trudne chwile. Redakcje tworzono na nowo, a myśmy się wszyscy znali. Praca w gazecie, z której innych pogoniono, nie była łatwa. Chciałam wyjść z tego wszystkiego z twarzą.  

Czasy były trudne, zelżało dopiero po Okrągłym Stole. Z "Głosu" poszłam do "Dziennika Polskiego". Z "Dziennika" do "Gazety Krakowskiej". A stamtąd do "Tygodnika Solidarność Małopolska", więc wyjść z twarzą chyba mi się udało. 

Sławomir Idziak, w grudniu '81 operator filmowy 

13 grudnia 1981 roku obudziłem się w hotelu w Berlinie Zachodnim. Zszedłem na dół, aby zjeść śniadanie z Krzysztofem Zanussim. Poprzedniego dnia przyleciałem tu z nim ze Saarbrücken. Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w Berlinie. Robiliśmy wtedy z Krzysztofem Zanussim film "Imperatyw", z Robertem Powellem, Brigitte Fossey. W tygodniu kręciliśmy, a w sobotę polecieliśmy na dokumentację do Berlina. W planach był kolejny film, z Leslie Caron.  

Sławomir Idziak: Mam zdjęcie z tego dnia, jak stoję i wskazuję palcem w kierunku muru. Taki gest, że po tamtej stronie zostali przyjaciele, rodzice (Fot. zdjęcie z archiwum prywatnego) , Sławomir Idziak: W Hamburgu spałem u przyjaciół pod pianinem (Fot. zdjęcie z archiwum prywatnego)

Śniadanie trwało w najlepsze, gdy pojawił się kierownik produkcji i powiedział, że w Polsce wybuchł stan wojenny. Wszyscy zerwaliśmy się do telefonów, a tam tylko sygnał "rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana". Nie było żadnych szans, żeby się gdzieś dodzwonić.  

Na to wszystko Krzysztof, wiedząc, że jestem tu pierwszy raz, mówi: "To jest świetny moment, Sławku, żebyś zobaczył mur berliński!". I pojechaliśmy. Mam nawet zdjęcie z tego dnia, jak stoję i wskazuję palcem w kierunku muru. Taki gest, że po tamtej stronie zostali przyjaciele, rodzice. Co prawda głupkowato się uśmiecham, ale to wszystko ze stresu. O stanie zdenerwowania świadczy to, co wydarzyło się wieczorem.  

Czekaliśmy na lot powrotny do Saarbrücken, bo nazajutrz był poniedziałek i mieliśmy kontynuować zdjęcia. Kierownik produkcji przynosił strzępy informacji zasłyszane z BBC.  Wieści były katastroficzne: armia rosyjska wchodzi do kraju, ludzie zabici leżą na ulicach – takie docierały do nas w tamtym dniu wiadomości.

Okropna propaganda. W głowie gonitwa myśli: co robić, jak robić, co dalej. Taki otumaniony poszedłem po jakieś drobne zakupy. Wracam, widzę, że ekipa siedzi, więc idę do nich szybko. I nagle bum! Przydzwoniłem w coś głową. Taki byłem zamyślony, że nie zauważyłem, że oddziela mnie od nich szyba. Walnąłem, aż zadzwoniło. Ja w oczach gwiazdy, czoło rozwalone. Ludzie, którzy siedzieli przy stolikach, ruszyli na pomoc. Ktoś mnie podnosił. A potem zaczęła się cała epopeja. 

Zobacz wideo Legendy "Solidarności". Choć nie ma już ich z nami, to dzięki nim żyjemy w wolnej Polsce

Po skończeniu zdjęć w Saarbrücken pojechaliśmy prosto na plan do Berlina – przyspieszono produkcję "Nieosiągalnej". To była dla nas fantastyczna wiadomość, bo baliśmy się wracać do kraju. Strach było o tym w ogóle mówić. Mieszkaliśmy w małym, pustym hoteliku: Krzysztof, Leslie Caron – gwiazda jeszcze kina niemego, która grała w tym filmie – oraz ja z ówczesną żoną Agatą Miklaszewską (autorką libretta "Metra") i naszą roczną córeczką. Szczęśliwie dołączyły do mnie w Niemczech pod koniec listopada, zanim to się rozpętało.  

Zdjęcia do filmu trwały, a ja byłem potwornie zdenerwowany, bo nie wiedziałem, co robić, jak je skończymy. Wtedy Leslie, która mieszkała w Paryżu, zaproponowała, byśmy z Agatą zatrzymali się u jej przyjaciółki. Tak trafiliśmy do apartamentu przy Bulwarze Saint-Germain, którego okna wychodziły na polską księgarnię. Kolejnych pięć miesięcy spędziliśmy w mieszkaniu redaktorki naczelnej magazynu "Life". Później musieliśmy już coś znaleźć i to była katastrofa.  

Zanim się wyprowadziliśmy, wyreżyserowałem swój film. Francuska telewizja zaproponowała młodym twórcom zrobienie filmów, które skomentują stan wojenny. Mój scenariusz dotyczył zwyczaju z Tatrzańskiego Parku Narodowego: raz do roku leśnik brał lichego konia i wyprowadzał go w wysokie partie Tatr. Tylko po to, żeby go tam zastrzelić, aby głodne niedźwiedzie miały co jeść. Rosja – niedźwiedź, metafora dosyć prosta. Historia wydawała mi się bardzo adekwatna metaforycznie. Pomysł się spodobał, więc zrobiłem ten film. Nie myślałem wtedy o konsekwencjach. Wszystko jednak działo się w dużym zdenerwowaniu, bo jednocześnie organizowaliśmy nasze życie w Paryżu. 

Sławomir Idziak: Telefonowanie do Polski- Chyba Paryż? (Fot. zdjęcie z archiwum prywatnego)

Po wyprowadzce z apartamentu zamieszkaliśmy w fatalnych warunkach. Łazienka taka, że jak brałem prysznic, to woda lała się na sedes. Widok z okna na mur naprzeciwko. Podłoga i gołe ściany. Na szczęście jakiś znajomy znajomych się zakochał! Jego wybranka obiecała z nim zamieszkać, jeśli w domu nie zostanie nic po poprzedniej kobiecie. Miał wszystko wyrzucić. Dzięki ich miłości umeblowaliśmy mieszkanie, mieliśmy talerze i sztućce. Co prawda miałem oszczędności, ale to było jak kostka masła na patelni – topniało błyskawicznie. Zawodowo niewiele się działo, a na utrzymaniu żona i dziecko. Z tego napięcia byłem niemal gotowy pójść do pracy na stację benzynową. Agata tego mieszkania nie mogła znieść, tęskniła też za rodziną. W końcu zabrała Urszulkę i wróciły do Polski. A ja przeniosłem się do Hamburga, gdzie los się do mnie uśmiechnął. 

Odnalazł mnie student z Finlandii. Poznaliśmy się, gdy był na stypendium w Polsce. Dostałem od niego propozycję, żeby wykładać w Helsinkach. Wymyśliłem, że zaoszczędzę, jeśli zamiast lecieć samolotem, popłynę tam promem. Z Lubeki do Helsinek to półtora dnia, przy okazji miałem czas, żeby się przygotować. Obiecałem tydzień wykładów, a nigdy wcześniej nie uczyłem. Na pokładzie przeglądałem notatki, na każdy dzień coś zaznaczyłem. Pierwszy wykład o 9.00. Koło południa zacząłem się pocić. Miałem za sobą większość notatek, a przed sobą jeszcze tydzień wykładów! Wtedy przydała się współpraca z Zanussim. On powtarzał żartem, że wykładanie jest bardzo proste – trzeba udowodnić, że student jest głupszy. Zacząłem więc zadawać pytania i tym sposobem dotarłem do końca tygodnia. Przy okazji wykształcił się ciekawy system pracy ze studentami, który tak się spodobał, że wykładałem w Helsinkach przez kolejnych kilkanaście lat. 

Do Polski wróciłem półtora roku po wybuchu stanu wojennego. Mogłem wcześniej, ale nie chciałem iść do pudła. Miałem sygnały, że mogę być internowany za ten film o niedźwiedziu. Jeszcze we Francji zaproszono mnie do polskiej ambasady. Wiedzieli, że zrobiłem ten film, widzieli go. Powiedzieli: jesteśmy w stanie wybaczyć, gdybyś nam pomógł. Podziękowałem wtedy grzecznie i wyszedłem.  

Maria Organ. Dziennikarka, reporterka, kulturoznawczyni. Chętnie śledzi trendy społeczne i słucha prawdziwych historii. Najczęściej pisze o bliskości i odwadze w czasach internetu. W wolnych chwilach promuje równouprawnienie czucia i myślenia, czyta i tańczy.