Historia
Wojciech Jaruzelski przygotowujący się do odczytania przemówienia informującego o wprowadzeniu stanu wojennego; Warszawa, 13.12.1981 (fot. Domena publiczna)
Wojciech Jaruzelski przygotowujący się do odczytania przemówienia informującego o wprowadzeniu stanu wojennego; Warszawa, 13.12.1981 (fot. Domena publiczna)

Godz. 9.00, Warszawa, gabinet Prezesa Rady Ministrów*

Zameldowali się u premiera trzej jego najbliżsi współpracownicy, wszyscy z generalskimi wężykami na mundurach: Florian Siwicki, Michał Janiszewski i Czesław Kiszczak.

Jeśli Wojciech Jaruzelski miał podjąć decyzję, to właśnie oni byli jej wykonawcami. Znali się od lat. Poprosił ich o meldunki o sytuacji w Polsce.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Rozpoczął Kiszczak, który dzień wcześniej na własne życzenie wypisał się ze szpitala, gdzie trafił z powodu bólu w klatce piersiowej. Opowiedział o trwających od wczoraj gdańskich obradach Komisji Krajowej, która kierowała "Solidarnością".

"Drogi Czesław", jak zwracał się do niego Jaruzelski, był ministrem spraw wewnętrznych zaledwie od czterech miesięcy, ale już ponad dekadę wcześniej ich rodziny jadły razem wigilię, a Jaruzelski napisał wniosek o awans na generała dywizji pełen pochwał. Kiszczak był ceniony nawet przez Jurija Andropowa, szefa KGB. Dla Moskwy był gwarantem, że Warszawa poradzi sobie z "Solidarnością".

Z Siwickim Jaruzelski jeździł w góry i spędzali razem sylwestra. Obaj na własnej skórze poznali siłę radzieckiego imperium, zesłani w głąb ZSRR. I obaj jako nastolatkowie stracili ojców – Władysław Jaruzelski nie odzyskał zdrowia po łagrze, a Eugeniusza Siwickiego zamordowało NKWD.

Obaj ukończyli podchorążówkę w Riazaniu, gdzie orły były bez korony, ale na apelach śpiewało się "Kiedy ranne wstają zorze", a przysięgę wojskową złożyli 11 listopada, w dniu przedwojennego święta niepodległości. Siwicki skończył szkołę z pierwszą lokatą, Jaruzelski był siedemdziesiąty ósmy spośród trzystu słuchaczy. Ale po wojnie to on ciągnął za sobą Siwickiego: jako minister obrony narodowej mianował go swoim zastępcą i szefem Sztabu Generalnego, powierzając mu opracowanie planów stanu wojennego.

Siwicki zameldował, że wojsko oczekuje radykalnych działań wobec "Solidarności". Wciąż był pod wrażeniem posiedzenia w Moskwie w poprzednim tygodniu, gdzie dowódcy armii państw Układu Warszawskiego atakowali kierownictwo PZPR za opieszałość w zduszeniu opozycji.

Zaproponował telefon na Kreml.

Jurij Andropow, radziecki działacz partyjny i państwowy, sekretarz generalny KPZR w latach 1982-1984 i gen. Wojciech Jaruzelski, ok. 1980 (fot. D. Szlachta / Wikipedia Commons / CC BY-SA 3.0)

Ostatni głos zabrał Janiszewski, który powiedział, że administracja jest w złym stanie. Od początku lat siedemdziesiątych był szefem gabinetu ministra Jaruzelskiego.

Generałowie zdawali sobie sprawę, że zatrzymanie operacji, którą w tajemnicy przygotowywali od wielu miesięcy, nie wchodzi w grę. Chcieli jednak mieć pewność, jak zachowa się Moskwa.

Jaka jest gwarancja, że jeśli nawet rozpoczniemy akcję, to nie wejdą? – zapytał Siwicki, który trzynaście lat wcześniej dowodził największą od II wojny światowej operacją polskich sił zbrojnych, czyli inwazją na Czechosłowację, która zaczęła się wywiezieniem do Moskwy przywódców Komunistycznej Partii Czechosłowacji.

Żaden z czterech generałów nie chciał tak skończyć. Jaruzelski postanowił po raz ostatni zadzwonić do Breżniewa.

Po zawale serca przywódca ZSRR bardzo się postarzał i osłabł. Zmieniły mu się rysy twarzy i tembr głosu. Stał jednak na czele imperium, które choć borykało się z coraz poważniejszymi problemami gospodarczymi, wciąż mogło pokazać zęby.

Trzy tygodnie wcześniej Leonid Iljicz wzywał Jaruzelskiego, aby mobilizował partię do walki, i przypomniał, że jego wybór na I sekretarza łączy się z nadziejami na podjęcie zdecydowanych kroków wobec "Solidarności". Breżniew uważał go za najsilniejszą osobowość w polskiej elicie władzy, jednak był zniecierpliwiony, że generał toleruje w swoim otoczeniu rewizjonistów w rodzaju Mieczysława Rakowskiego czy Kazimierza Barcikowskiego.

Jaruzelski zadzwonił do Moskwy, ale w słuchawce odezwał się Michaił Susłow, drugi w radzieckim kierownictwie po Breżniewie, jeden ze starców urzędujących na Kremlu, który umrze za sześć tygodni.

Jaruzelski nie wiedział, że miesiąc wcześniej Susłow wystąpił na plenum KC KPZR z tajnym referatem o Polsce.

Mówił o dwóch wariantach. Wariant A oznaczał stan wojenny. Wariant B zakładał, że w przypadku narastania anarchii władzę przy wsparciu wojsk radzieckich powinny przejąć "zdrowe siły", tworząc nową partię. Susłow podał nawet datę zjazdu założycielskiego następczyni PZPR – 15 grudnia.

Michaił Susłow (fot. Wikipedia Commons / CC BY-SA 4.0)

Ciągnęła się za nim czarna legenda człowieka, który przygotowywał grunt do interwencji na Węgrzech i w Czechosłowacji. Od sierpnia 1980 roku stał na czele radzieckiej komisji, która analizowała postępujący kryzys w Polsce.

Już wtedy szacował siły potrzebne do interwencji. Gdy osobiście przybył do Polski wiosną 1981 roku, wydawało się, że interwencja może nastąpić w każdej chwili. A może tylko straszył generała, żeby przestał hamletyzować i zdusił "Solidarność" własnymi siłami.

Panowie rozmawiali po rosyjsku. Jaruzelski poznał ten język jeszcze na Syberii, gdy w wolne niedziele odwiedzał bibliotekę w Bijsku i zaczytywał się rosyjskimi klasykami.

– Wciąż nie podejmujemy decyzji – mówił teraz. – Liczymy, że sytuacja się poprawi w najbliższych godzinach, że Kościół pomoże w mediacji. Ale jeśli dojdzie do tej ostateczności i stan wojenny trzeba będzie wprowadzić, czy to będzie nasza wewnętrzna sprawa?

– Tak. To będzie wasza sprawa wewnętrzna – odparł Susłow.

– A jeśli będzie się komplikować? – Jaruzelski od wielu tygodni próbował uzyskać odpowiedź na to pytanie.

– Zawsze mówiliście, że sami dacie sobie radę…

Susłow pamiętał, że już w marcu generał pokazywał w Moskwie plany stanu wojennego, ale uważał, że wciąż pogrywa z radzieckim kierownictwem.

Jaruzelski poprosił Susłowa o zgodę na rozpoczęcie operacji X. Gdy ją dostał, odłożył słuchawkę.

Godz. 9.30, Stocznia Gdańska, posiedzenie Komisji Krajowej

W Sali BHP Stoczni Gdańskiej imienia Lenina trwało posiedzenie Komisji Krajowej "Solidarności". W tym miejscu piętnaście miesięcy wcześniej przedstawiciel rządu podpisał porozumienie ze strajkującymi stoczniowcami. W sierpniu 1980 roku władza ugięła się, by zatrzymać wzbierającą falę strajkową – w kulminacyjnym monecie pracy zaprzestało ponad siedemset tysięcy robotników. Porozumienia w Gdańsku, a także w Szczecinie, Jastrzębiu i Dąbrowie Górniczej umożliwiły legalizację Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego "Solidarność". Powstanie silnej i niezależnej od rządu organizacji związkowej, która liczyła dziesięć milionów członków, podważyło monopol władzy dzierżonej przez PZPR.

Ale sytuacja dwuwładzy miała zakończyć się tego dnia.

Stocznia Gdańska w 1985 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

W sali siedzieli przedstawiciele regionów "Solidarności" i doradcy. Po prawej stronie stołu prezydialnego stał gipsowy Lenin, po lewej – krzyż i pianino.

Jako pierwszy głos zabrał jeden z doradców, Jacek Kuroń, współtwórca Komitetu Obrony Robotników, jednej z głównych organizacji opozycyjnych przedsierpniowej Polski. Po sali krążył jego artykuł o rządzie narodowym:

"Jak jest źle, nie trzeba pisać. Wszyscy widzą. (…) Bardzo łatwo może dojść do rozruchów ulicznych i walk, palenia budynków różnych instytucji, przelewu krwi, samosądów itd. Najprawdopodobniej jednak, nim do tego dojdzie – a już na pewno, kiedy dojdzie – zostanie wprowadzony stan wyjątkowy: władzę przejmie wojsko, prawa obywatelskie zostaną zawieszone".

Kuroń uważał, że można tego uniknąć, tworząc ponadpartyjny gabinet fachowców, który wprowadzi reformy gospodarcze i przeprowadzi wolne wybory samorządowe.

Za kilkanaście godzin miał się przekonać, że jakikolwiek scenariusz zakładający, że PZPR podzieli się władzą, to mrzonka.

Godz. 9.55, Gdynia, ORP Wodnik

Jacek Tarski, podchorąży

Umyłem się po zaprawie i poszedłem na śniadanie. Jak zawsze był chleb z wędliną i zupa mleczna, a jak komu było mało, to na stole stał dżem albo twaróg. Byliśmy głodni, co nie znaczy źle karmieni.

Jeszcze niedawno nie wiedziałem, co to jest wojsko. Po maturze zastanawiałem się, co ze sobą zrobić, i wymyśliłem, że zostanę zawodowym wojskowym. Mieszkam w Tarnowskich Górach, ale miałem patent żeglarski, więc postanowiłem zdawać do Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej w Gdyni, gdzie na jedno miejsce było siedmiu kandydatów.

Wyższa Szkoła Marynarki Wojennej w Gdyni (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Ojciec tylko zapytał, czy się dobrze zastanowiłem, mama nie mówiła nic, a babcia była dumna. Czas był taki, że wojsko wydawało się dobrym pomysłem na życie. Nie było w tym ani obciachu, ani ideologii. Wszystko wokół się zmieniało i w lipcu 1981 roku sądziłem, że wojsko również będzie się zmieniać. Gdybym wiedział to, co wiedziałem dwa lata później, nigdy bym tam nie wstąpił.

Dla człowieka, który przychodzi ze środowiska cywilnego, to jest cywilizacyjny wstrząs, inny świat, w którym każdy aspekt życia określa regulamin – książeczka jak do nabożeństwa gruba na dwa palce. Musiałem nauczyć się, jak odpowiednio stać, chodzić, ubierać się, witać i żegnać.

A wszystko odbywało się przy akompaniamencie niewyszukanych dowcipów matów i pod dyktando przełożonych różnych szczebli. Niekoniecznie byli to ludzie, którzy nauki dobrego wychowania pobierali w Wersalu.

Po śniadaniu poszedłem na zajęcia. Z okna szkoły widziałem stojące na redzie gdyńskiego portu wielkie radzieckie okręty desantowe. Pojawiły się kilka dni wcześniej. Nie powinno to specjalnie dziwić, bo takie okręty przypływały do stoczni, gdzie je remontowano. Te jednak były zanurzone do samej linii wodnej, a to oznaczało, że były czymś załadowane. I to załadowane do pełna.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

*Fragmenty książki "Dzień przed. Czym żyliśmy 12 grudnia 1981" Igora Rakowskiego-Kłosa