Historia
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

W zespołach znali się świetnie – wspinasz się z tym, komu ufasz – ale wszyscy, całą ósemką, spotkali się dopiero na dworcu w Polsce, by niedługo potem pożegnać się na polanie Tapovan (4400 m). Ostatnią wspólną noc trzy teamy spędziły 26 września. Życzyli sobie wzajemnie powodzenia. Wymienili serdeczne uściski. Myśleli, że spotkają się dopiero w kraju, bo Grzesiek i Łukasz planowali swój powrót tydzień wcześniej od pozostałych. Zostali na tej polanie. Dzień później stanęła druga baza – Sundervan (4530 m).*

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Janusz, Kacper i Andrzej mieli w planach przejście Filaru Boningtona. Pokrzyżował je spory serak, zdecydowali więc, że wybiorą nieznacznie trudniejszą, za to bezpieczniejszą drogę japońską na południowo-wschodniej ścianie Shivlingu.

Maciej z Pawłem i Piotrem też mieli już wyznaczony swój cel wspinaczkowy – dwadzieścia dwa kilometry dalej, w rejonie lodowca Swachand Bamak, trafili na dziką dolinę i dziewiczy szczyt Pt. 6702, który ich zachwycił. Plany zakładały wytyczenie na nim nowej drogi. Dwa dni nosili tam sprzęt, aż założyli bazę wysuniętą. Gdyby się do niej przenieśli, nie mieliby z pozostałymi kontaktu radiowego. Szóstego października wrócili więc do bazy Tapovan. Postanowili spędzić jeszcze jakiś czas na kwiecistych łąkach. Jak mówili, na wszelki wypadek utrzymywali stałą łączność między zespołami.

Wyprawa Polskiego Związku Alpinizmu, a tak naprawdę trzy zespoły - w komplecie: Kacper Tekieli, Paweł Karczmarczyk, Grzegorz Kukurowski, Łukasz Chrzanowski, Maciek Ciesielski, Janusz Gołąb, Piotr Sułowski, Andrzej Życzkowski (fot. Z książki 'Życie za szczyt')

Siódmego października w północną ścianę Shivlingu weszli Łukasz i Grzesiek. O takim podłożu mówi się wodny lód, w tym miejscu miał sześćdziesiąt do osiemdziesięciu stopni nachylenia.

Ruszyli trudnym terenem, który sto metrów dalej, patrząc w prawo, przechodził w znacznie łagodniejszy śnieżny stok o nachyleniu trzydziestu stopni. Dlaczego więc nie poszli tamtędy? Już na etapie planowania przejścia, po konsultacjach z zespołami, które wspinały się drogą czeską, obawiali się dużego zagrożenia lawinami w tej części ściany. Zdecydowali się atakować tą trudniejszą drogą. Pierwszego dnia pokonali ledwie trzysta metrów. Na wysokości pięciu tysięcy dwustu metrów rozbili wygodny biwak i stamtąd nawiązali łączność radiową z bazą. Zespół z Sundervan był zaskoczony tym, że Łukasz i Grzesiek znajdują się wciąż tak nisko. Nadrobili to nazajutrz. Czuli się świetnie i parli w górę aż do pięciu tysięcy dziewięciuset. Trzeciego dnia, 9 października, dotarli o całe pięćset metrów wyżej, ale zaczęła pogarszać się pogoda. Pojawiły się przelotne, jednak dość intensywne opady konwekcyjne, związane z ruchem pionowym powietrza w górach.

Powtarzały się regularnie, rano i po południu. Przed Łukaszem i Grzegorzem malował się niewdzięczny biwak na wysokości powyżej sześciu tysięcy metrów. Kiedy o osiemnastej łączyli się z bazą Sundervan, Grzegorz raportował, że znów sypie, a kominem płynie szeroka rzeka śniegu. Zdecydowali się trawersować w prawo w kierunku grani północno-zachodniej, by zejść z jej toru. Grzegorz narzekał też na problemy z asekuracją. Musieli pokonać skalne płyty przysypane miałkim śniegiem o konsystencji cukru. Z dołu Paweł Karczmarczyk zdecydowanie sugerował im powrót do linii drogi.

(…)

Zapada noc. Sezon jesienny w Himalajach oznacza zimno. Tam nawet za dnia było lodowato. Słońce z rzadka dzieliło się ciepłem ze wspinaczami. Temperatury na północnej ścianie Shivlingu są niższe niż na południowej, a wtedy nocami spadały do - 20 stopni. Biwak był podły i mróz kąsał. O tym, żeby wygodnie usiąść, nie mogło być mowy, a co dopiero, żeby się położyć. Każdy, kto ma za sobą podobne doświadczenie, wie, że podczas takiej nocy liczy się każdą godzinę do świtu.

Tapovan (fot. Shutterstock)

Po wieczornym łączeniu na Sundervan odbyła się narada. Jeden zespół się wycofuje, drugi ma przed sobą trudny biwak, a oni – Paweł Karczmarczyk, Maciej Ciesielski i Piotr Sułowski – zamierzali opuścić nazajutrz bazę i ruszyć w kierunku swojej ściany. W tej sytuacji jednak decydują się na przełożenie wyjścia o dzień. Chcą być gotowi do udzielenia pomocy w razie takiej potrzeby. Sytuacja jest dynamiczna, kładą się pełni obaw. Tymczasem w trakcie porannego łączenia 10 października Grzegorz i Łukasz relacjonują, że co prawda spędzili biwak na stojąco, nie zmrużyli oka, są zmęczeni, ale teraz już spoglądają wyłącznie w górę, w kierunku komina. Na propozycję bazy, że chłopaki wyjdą im naprzeciw, Grzegorz reaguje zdziwieniem.

Przez moment naradza się z Łukaszem i odpowiada za obu, że nie zamierzają w tym momencie podejmować próby wycofania się ze ściany. Dziękuje Pawłowi Karczmarczykowi, z którym rozmawia przez radiotelefon, za proponowane wsparcie. Zespół z polany może spokojnie ruszać w kierunku bazy pod ich drogą na dziewiczy Pt. 6702, ich team kontynuuje wspinanie. Paweł słucha i decyduje, że całym zespołem zostaną jednak na Sundervan, stanowiąc zabezpieczenie ewentualnej akcji ratunkowej.

Tak kończą tę rozmowę.

Shivling (fot. Shutterstock)

Po ciężkiej nocy dwójka wspinaczy wyrywa w górę. Południe zastaje ich jeszcze pod kluczowymi trudnościami komina. Mimo to Grzegorz w trakcie łączenia jest pełen optymizmu. "Nie wygląda źle" – mówi do bazy. Rozłączają się, a potem na długie godziny zapada cisza. Słyszą się ponownie dopiero o dziewiątej wieczorem. Grzegorz brzmi słabo, choć na pytanie o samopoczucie rzuca krótkie: "W porządku".

Janusz Gołąb: "Pamiętam wieczorny kontakt przed feralnym dniem. Paweł Karczmarczyk rozmawiał z Grzegorzem Kukurowskim – miał bardzo słaby głos". Zaniepokojony tym Janusz Gołąb skomentował wtedy: "Paweł, on ma głos, jakby był na ośmiu tysiącach, a nie na sześciu trzysta".

Karczmarczyk poprosił więc do radiotelefonu Łukasza, a on czystym, spokojnym i świeżym głosem zapewnił ich, że biwak mają dobry, teren nad nimi wygląda już znacznie łatwiej. Oszacował osiągniętą wysokość na sześć tysięcy czterysta metrów. Wszystko jest w zupełnym porządku i jutro idą na szczyt.

Nazajutrz, 11 października, o dziewiątej rano, na dwie godziny przed ustalonym terminem kolejnego łączenia, znów usłyszeli Łukasza: "Mayday! Ratujcie!" – jego głos w słuchawce wibrował emocjami.

"Mayday", tego słowa się nie nadużywa. Na morzu czy w górach jest komunikatem o bezpośrednim zagrożeniu życia. Życie Grześka tam na wysokości było zagrożone. Obudził się skołowany. Nie potrafił policzyć palców u rąk. Godzinę później stracił przytomność. Łukasz, relacjonując stan partnera, nie panikuje, ale jest mocno zdenerwowany. Wszystkie zespoły naradzają się błyskawicznie. Przy podejrzeniu obrzęku płuc czy mózgu szansę na przeżycie daje natychmiastowe obniżenie wysokości. Ale Łukasz sam nie sprowadzi Grzegorza w trudnym terenie. Na polecenie Pawła podaje mu dexametazon, syntetyczny hormon steroidowy, który działa przeciwobrzękowo. Trwa to chwilę, przed zrobieniem zastrzyku musiał jeszcze ogrzać kompletnie zamarzniętą ampułkę z lekarstwem. I stara się go poić. Przyjmowanie płynów na tych wysokościach jest również ważne, ale Grzesiek nie jest już w stanie pić. Cokolwiek wtedy Łukasz wlał mu do ust, zaraz zwracał. Tracili go.

Widok na Himalaje (fot. Shutterstock)

(…)

Łukasz zdecydował się zaporęczować trawers w lewo do – w jego ocenie – łatwiejszego terenu, którym można by dotrzeć do Grzegorza od strony wierzchołka. Działał z myślą o zorganizowaniu dla niego pomocy.

W południe sprawdziły się te najgorsze z rokowań. "Nie czuję tętna" – słyszą w radiotelefonie przejęty głos Łukasza i już wiedzą, że Grzegorz nie żyje.

(…)

Ten pierwszego dnia po śmierci Grześka czuł się względnie dobrze. Nazajutrz podczas rozmowy przyznał się jednak kolegom, że choć biwak był dobry, to zmarzł, a przy tym lekko odmroził palce u rąk i u nóg. Ale gorsze wieści na szczęście zostały przykryte przez newsy niosące nadzieję. Tego ranka pojawił się w końcu śmigłowiec. Odnalazł Łukasza w ścianie. Ten na pewno go usłyszał i dostrzegł. Co mógł czuć, patrząc w ślad za oddalającą się maszyną, można sobie tylko wyobrażać. Pilot nie zdecydował się na podjęcie go. Tłumaczył, że parametry nośne nie pozwalają na zatrzymanie się nawet na minutę w wolnym zwisie na takiej wysokości. Jednosilnikowa maszyna była na to technicznie za słaba. "To był helikopter cywilny, podleciał dosyć blisko. Nie był przystosowany, ale dał nam ogląd sytuacji – tłumaczył Paweł Karczmarczyk, który uczestniczył w tamtym oblocie. – Helikopter to była wielka nadzieja, ale akurat ten się do akcji górskiej nie nadawał. Potrzebowaliśmy innych".

Nie uratowali Łukasza, ale mogli ocenić, że był w dość dobrej formie. Znajdował się niezbyt wysoko nad Grzegorzem, do szczytu ciągle brakowało mu około stu pięćdziesięciu metrów przewyższenia. Sytuacji nie poprawiał fakt, że kilkadziesiąt metrów terenu bezpośrednio nad nim wyróżniały największe na drodze trudności wspinaczkowe. Śmigłowiec zrobił zwiad i wylądował na Tapovan. Pilot musiał czuć, że atmosfera staje się napięta do granic, bo zadeklarował chłopakom, że jest gotowy na jeszcze jedną próbę podjęcia Łukasza. Na wyciągarce. Potrzebuje tylko ludzi z odpowiednim doświadczeniem w podobnych działaniach. Piotr jest kandydatem na ratownika TOPR, Maciek ratownikiem ochotnikiem TOPR. To może się udać. Pilot wzywa ich przez radio do bazy. Piotr zbiega w dół na lekko, Maciek razem z Kacprem znoszą cały sprzęt.

Po niedawnych opadach po północnej stronie góry zalegały całe masy śniegu. Rozmawiali o tym, ocenili, że wejście na szczyt drogą normalną w takich warunkach zajmie ekipie ratowników dobre trzy albo i cztery dni. Łukasz może nie mieć tyle czasu.

Shivling (fot. Shutterstock)

Zgodzili się, że akcja z użyciem śmigłowca będzie w tej sytuacji najlepszą opcją. Czekało ich rozczarowanie. Po zejściu Maćka, Piotra i Kacpra na Tapovan pilot nagle zmienił zdanie. Nie poleci. Sytuacja go przerosła. Był pilotem cywilnym, bez doświadczenia ratowniczego.

Niestety, nie została im przekazana informacja od Rajesha Negi, szefa agencji Himalaya Hikes, obsługującej wyprawę. Gdy dowiedział się o sytuacji na Shivlingu, sygnalizował, że nie można liczyć na indyjskie helikoptery, bo indyjscy piloci nie mają odpowiedniego wyszkolenia i umiejętności. Niemożliwe będzie podjęcie Łukasza ze ściany. Trzeba organizować akcję ratunkową od dołu.

Dali się zwieść obietnicom i znów byli w punkcie wyjścia. Maszyna odleciała, zostawiając w bazie czterech ratowników z policji. Plus taki, że ci mieli ze sobą trochę sprzętu, gorzej z kwalifikacjami, nie mówiąc o chęci pomocy w akcji. Kiedy Łukasz pyta bazę przez radio, czy ktoś po niego przyleci, muszą być z nim szczerzy. A prawda jest taka, że organizacja kolejnych prób podjęcia go ze ściany może zająć dużo czasu. Jak pokazuje doświadczenie, nie ma też gwarancji, że wszystko dobrze się skończy. Łukasz jest dzielny, słucha w skupieniu, a potem mówi chłopakom, że w tej sytuacji rozważa zjazdy w dół. Zapada cisza, baza jest przybita. Wszyscy dobrze pamiętają rozmowę sprzed ledwie trzech dni, kiedy to Łukasz i Grzegorz tłumaczyli, że zjazdy tam nie są możliwe. Zerkają po sobie i są przekonani, że to może być ich ostatnia łączność.

Miotali się w bazie z bezsilności.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

*Fragmenty książki "Życie za szczyt. Polacy w Himalajach i Karakorum" Racheli Berkowskiej. Książka do kupienia w Publio >>>