Historia
Wnętrze sali chorych jednego ze szpitali (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Wnętrze sali chorych jednego ze szpitali (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Jak to – lekarz kobieta?*

"Kurier Warszawski" z czerwca 1880 roku donosi: "pierwsza u nas kobieta-doktor, p. Tomaszewicz, w lecznicy przy ulicy Niecałej udziela w godzinach oznaczonych porady lekarskiej w chorobach kobiet i dzieci".

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Ale doktor Anna Tomaszewicz zaczyna swoją praktykę w niedobrym dla niej momencie. W prasie pojawiają się paszkwile, modna jest powieść niejakiego doktora Krupskiego o lekarce z Zurychu. Autor sugeruje, że tamtejsze studentki medycyny jedynie szukają romansów i mdleją na widok krwi. Szepcze się, że to o niej, chociaż wiele szczegółów się nie zgadza. Anna ma dwie specjalizacje: pediatrię i choroby kobiece, tak jak pozwalają przepisy. Widzi ogrom potrzeb wśród chorujących kobiet, ale jej gabinet świeci pustkami. Musi się zmierzyć z lawiną pomówień, pseudonaukowych artykułów i głupot głoszonych przez autorytety jako naukowe prawdy. Argumenty wracają jak bumerang: oto kobieta ma nie tylko za mały mózg, by być lekarką, ale też niedorozwinięty jak niektórzy tępi mężczyźni lub (sic!) Murzyni. Do pracy dyskwalifikuje ją comiesięczna słabość, a także ciąża, gdy wyjdzie za mąż. Jest zbyt emocjonalna, bo współczuje rodzącej, czego nie czyni żaden lekarz mężczyzna. W dodatku jakże słabej kobiecie patrzeć na krew, krajać, zszywać, widzieć wnętrzności?

Część kobiet przyklaskuje tym poglądom – nawet Gabriela Zapolska błaga damy, by "nie krajały trupów i nie odstępowały od swojej kobiecości"*. Na koniec toczy się walka o niewinność kobiety, autorytety zamartwiają się, jak kobieta lekarka zbada obnażonego mężczyznę i będzie leczyć "wiewióra" (czyli syfilis). A poza tym "kobieta nie może być dobrym lekarzem, gdyż… nie ma brody!"*. To, co dziś brzmi zabawnie, wówczas było bardzo ciężką kłodą rzucaną pod nogi pierwszej polskiej wykwalifikowanej lekarce.

Doktor Anna Tomaszewicz (fot. Domena publiczna) , Anna ma dwie specjalizacje: pediatrię i choroby kobiece, tak jak pozwalają przepisy (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Annę broni młody Konrad Dobrski, zafascynowany jej urodą i intelektem. Wkrótce oświadcza się jej i zostaje przyjęty. Teraz przyjdzie mu bronić żony, co czyni dzielnie nie tylko wśród kolegów, ale także na łamach prowadzonego przez niego magazynu "Zdrowie".

Doktor Anna Tomaszewicz-Dobrska dostaje szansę pracy dopiero wtedy, gdy w przytułku położniczym wybucha epidemia, tak zwana gorączka połogowa – najgorszy wróg ówczesnych porodówek. Szpital trzeba zamknąć, kolejne zgony kobiet i dzieci przerażają.

Działacze miasta widzą, że koniecznością jest zbudowanie nowych szpitali położniczych i unowocześnienie starych. I oto dobroczyńca i fundator szpitali Stanisław Kronenberg stawia warunek, że jednym z nich ma kierować Anna Tomaszewicz-Dobrska. Na jego decyzję wpłynął prawdopodobnie głos światłych przyjaciół: Bolesława Prusa i rekomendującego żonę doktora Dobrskiego. Anna objęła zatem Przytułek Położniczy numer 2 przy ulicy Żelaznej, który w 1911 roku zostanie przemianowany na Szpital Świętej Zofii (działający do dziś). Przepracowała w nim dwadzieścia dziewięć lat. Dość szybko uporała się z gorączką porodową – plagą ówczesnych lekarzy, którzy nie umieli ani stwierdzić jej przyczyny, ani jej zaradzić. Kilku prekursorów znajduje zależność między zachowaniem higieny a mniejszą liczbą zachorowań, jednak zostają wyśmiani. Amerykański ginekolog Charles Meigs grzmi, że lekarze nie mogą przenosić choroby z pacjentki na pacjentkę, bo są… dżentelmenami. A dżentelmeni mają przecież czyste ręce.

Korytarz w podziemiach Szpitala św. Zofii podczas obrony Warszawy w 1939 roku (fot. Domena publiczna)

Już w tamtych czasach Ludwik Pasteur odkrył, że gorączkę porodową powodują bakterie zwane streptokokami, a jego uczeń Joseph Lister propaguje antyseptykę w szpitalach. Do Polski jednak nauka zwana listeryzmem jeszcze nie dociera. Dobrska jest wśród tych, którzy piszą, że nie od rozmiaru lecznicy rzecz zależy, lecz od stanu jej urządzeń techniczno-sanitarnych.

Rozumie zakaźną naturę gorączki i uczy personel i pacjentki higieny. Sama walczy z wiatrakami: w szpitalu nie ma toalet, tylko wiadra z tak zwanym proszkiem otwockim, personel nie uznaje wietrzenia pomieszczeń, zlew nie ma odpływu i pani doktor odkaża go osobiście. Zresztą dezynfekuje wszystko, co się da, karbolem, lizolem, spirytusem. Redukuje śmiertelność swoich pacjentek i noworodków nawet o dwa procent.

Walczy z przesądami, z pomysłami akuszerek, aby okładać brzuch śledziami, pić wódkę z cynamonem, dotykać dróg rodnych pacjentki brudnymi rękami lub gąbką moczoną w oliwie – jedną dla wszystkich położnic. Spisuje przykazania dla personelu zwane "ślubami czystości", w których wypowiada wojnę kołtunom, brudnym rękom i gąbkom z oliwą.

W szpitalu przy ulicy Żelaznej pojawia się coraz więcej pacjentek. Coraz więcej kobiet w ciąży zamożnych i tych biednych, które nie zostawiają honorarium. Doktor Anna Tomaszewicz-Dobrska uważa, że jej obowiązkiem jest im pomóc. Coraz częściej przychodzą do niej panny z nieślubnym dzieckiem wyrzucone przez rodzinę.

To czasy, w których kobietom zgwałconym lub uwiedzionym w przypadku ciąży pozostaje hańba lub pokątna aborcja. Są takie, które rodzą w bramach ulic i porzucają dziecko. Bywa, że same umierają, rodząc bez pomocy albo po nieudanych zabiegach dokonywanych przez pokątne "babki" w brudnych pokoikach. Młode ubogie dziewczyny pracują w szwalniach za posiedzenie w ciepłym miejscu i dwa posiłki.

Szpital św. Zofii w 2012 roku (fot . Krzysztof Miller / AG)

Anna nie może się pogodzić z niedolą kobiet. Nie ubolewa jednak, lecz jest wściekła na system, bojowo nastawiona, cały czas działa. Pracuje w Schronieniu Nauczycielek, czyli przytułku dla starych i chorych guwernantek, które nie mogą już pracować i nie mają żadnych dochodów. Leczy w szwalniach, w których ubogie dziewczęta szyją przez osiem godzin dziennie za ciepły kąt i możliwość zjedzenia dwóch posiłków. Latem w swoim domu w Otwocku leczy pacjentów z gruźlicą.

Jako członkini Towarzystwa Kolonii Letnich dla Dzieci organizuje najbiedniejszym czas i wyżywienie, współtworzy fundację Kropla Mleka, popularyzującą karmienie piersią. Prowadzi także działalność edukacyjną: to ważne, bo w tamtych czasach nie uczono dziewcząt ani budowy własnego ciała, ani tego, skąd bierze się ciąża i jak przebiega. Ani słowa o chorobach kobiecych, nie mówiąc już o antykoncepcji czy o chorobach wenerycznych, którymi wręcz masowo zarażali swoje żony szanowani mężowie. Dobrska stara się nauczać pacjentki, wygłasza odczyty. Prasa przedstawia ją jako polską uczoną, która nie przebrała się w strój męski, lecz mówi ciekawie i nawet jej z tą uczonością do twarzy.

Doktor Anna dba o wizerunek: lubi uroczysty strój, nosi jedwabne czarne suknie i złoty pas, czesze się w wysoki kok z jasnych włosów. Jest kobietą dostojną, z wiekiem coraz bardziej. Z czasem staje się autorytetem Warszawy i mentorką innych lekarek, które podobnie jak ona przebijają ten szklany sufit. Starzeje się, ale wciąż jest aktywna, choć samotna, gdyż życie prywatne nie ułożyło jej się szczęśliwie. Konrad Dobrski był świetnym lekarzem i dobrym mężem, wspierał ją w walce z antykobiecymi przesądami. Kochali się szczerze, doczekali się syna, ale w pewnym momencie coś musiało się potoczyć źle, rozstali się. Prawdopodobnie pochłonęła ich praca – więcej czasu spędzali w swoich gabinetach i szpitalach niż ze sobą w domu. Anna narzekała też na wymogi macierzyństwa, które musiała łączyć z pracą zawodową. Syn Ignacy nie wyrósł na wzór cnót. Ukończył szkołę inżynierską w Monachium, ale całe życie gonił go niespokojny duch – a to założył hodowlę baranów w Turkiestanie, a to dzikich koni w Kanadzie. Nie miał szczęścia i wszystko, czego dotknął, plajtowało. W tym czasie zapracowani rodzice zapewne kłócili się także o niego.

Z czasem doktor Dobrska w swoich czarnych sukniach i mówiąca autorytatywnym tonem zaczęła stwarzać pozory chłodu i sztywności. Na jednym z przyjęć na początku nowego, obiecującego XX wieku mówi rozgoryczona, że tak naprawdę kobiety jeszcze nie wygrały i długa przed nimi droga. Jest samotna i zmęczona, walka z chorobami i głupotą wydaje jej się syzyfową pracą. W 1915 roku umiera jej mąż, ona zaś zmaga się z powikłaniami po gruźlicy. W 1918 roku jest bardzo źle – wezwany z Kanady syn Ignacy przybywa, by pożegnać się z matką. Nocą 9 kwietnia Anna czuje nadchodzący koniec, ale nie pozwala obudzić syna. Każe się umyć i przebrać siostrzenicy, która się nią opiekuje, przy niej umiera. Część majątku przeznaczyła na warszawską fundację Kropla Mleka.

*Fragmenty książki "Nigdy się nie bałam. Jak polskie lekarki pisały historię medycyny" Katarzyny Drogi. Książka do kupienia w Publio >>>

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl