Historia
Ted Bundy na sali sądowej w 1979 roku (fot. Domena publiczna)
Ted Bundy na sali sądowej w 1979 roku (fot. Domena publiczna)

Pamiętam tę noc, kiedy poznałam Teda. John wskazał mi siedzącego za biurkiem w sąsiedniej dyżurce młodego mężczyznę; oddzielało nas od siebie jedynie sklepienie łukowe. Powiedział: "To Ted Bundy. Będziecie razem pracować". Chłopak uniósł głowę i uśmiechnął się.*

Miał wtedy 24 lata, ale wydawał się młodszy. Ówcześni studenci nosili zwykle długie włosy i brody, ale nie on. Ted był gładko ogolony, a faliste brązowe włosy miał przycięte tuż nad uszami, dokładnie tak jak przed 15 laty nosili je moi koledzy, z którymi dopiero zaczynałam pierwszy rok na uczelni. Miał na sobie podkoszulek, jeansy i sportowe buty, a na jego biurku piętrzyły się podręczniki.

Od razu go polubiłam. Trudno było Teda nie polubić. Przyniósł mi kubek kawy i wskazał imponujące rzędy telefonów.

– Myślisz, że damy sobie radę? Jutro John zostawi nas tu samopas.

– Mam nadzieję – odparłam.

I faktycznie tak było. Podobno tylko 10% połączeń wykonują samobójcy, ale zakres możliwych sytuacji kryzysowych napawał lękiem. Czy powiem, co trzeba? Zrobię, co powinnam? Jak się okazało, tworzyliśmy dobry duet. Siedzieliśmy obok siebie na najwyższym piętrze budynku, gdzie zajęliśmy dwa zagracone pokoiki. Gdy było trzeba, komunikowaliśmy się ze sobą bez choćby jednego słowa, a jak któreś z nas miało na linii kogoś, kto groził odebraniem sobie życia, dawaliśmy sobie znaki, żeby zadzwonić do operatora i poprosić o namierzenie dzwoniącego.

Wydawało się, że przytrzymywanie takiej osoby przy telefonie trwa nieskończenie długo. W 1971 roku namierzenie sygnału zajmowało prawie godzinę, zwłaszcza jeśli nie mieliśmy pojęcia, z jakiej części miasta ten ktoś dzwonił. To z nas, które akurat prowadziło rozmowę, musiało mówić spokojnym i troskliwym tonem, a drugie biegało w tym czasie po biurze i wydzwaniało tu i tam, żeby sprowadzić pomoc do dzwoniącego.

Często mieliśmy takich, którzy potrafili stracić przytomność po przedawkowaniu, ale zawsze udawało nam się utrzymać połączenie. Czekaliśmy na upragniony dźwięk wyważania drzwi przez zespół ratowniczy i wypełniające pomieszczenie obce głosy, aż nareszcie ktoś podnosił słuchawkę telefonu i mówił do nas: "Już jest okej, mamy go. Jedziemy do Harborview".

Nie jest tajemnicą, że Ted Bundy odbierał życie. Ale również je ratował. Byłam przy tym.

Podejrzany Theodore Bundy po aresztowaniu w 1978 roku (fot. Domena publiczna)

(…)

Kapitan Herb Swindler, masywny glina o sylwetce buldoga, stary wyga od spraw zabójstw, na wiosnę 1974 roku przejął dowództwo nad Wydziałem ds. Przestępstw przeciwko Życiu i Zdrowiu policji w Seattle. Znałam Herba od przeszło 15 lat. Pod koniec lat 50. pełnił służbę patrolową i był pierwszym funkcjonariuszem, który odebrał zgłoszenie od matki z zachodniego Seattle po tym, jak ktoś dopuścił się nieobyczajnego zachowania przy jej nieletniej córce.

Nie miałam prawie żadnego doświadczenia jako policjantka, gdy przydzielono mnie do przesłuchania dziecka. Byłam wtedy 21-letnią dziewczyną i czułam niejakie zażenowanie pytaniami, które zadawałam poszkodowanej na temat "miłego starszego pana" wynajmującego u jej rodziny pokój.

Pamiętam, jak Swindler się ze mną drażnił, bo poczerwieniałam przy przesłuchaniu – były to zwyczajowe żarty, jakie musiał znieść każdy nowy funkcjonariusz – ale obchodził się z dzieckiem i jego matką z godną podziwu delikatnością. Był dobrym gliniarzem i skrupulatnym śledczym, który prędko piął się po szczeblach kariery. Teraz spoczęła na nim odpowiedzialność za ustalenie losu zaginionych dziewczyn, których sprawy miały swoje korzenie w Seattle.

Całe dnie i noce ślęczał nad zagadkami wydającymi się nie mieć rozwiązania. Zupełnie jakby sprawca szydził z policji i naśmiewał się z tego, jak łatwo było mu porwać te kobiety, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

Swindler to otwarty facet i potrzebował powiernika. Nie opierałam się. Miał pewność, że niczego nie zdradzę komukolwiek spoza wydziału, a poza tym śledziłam wszystkie sprawy równie dokładnie co policyjni śledczy. Pewnie, że jako reporterka szukałam d u ż e g o tematu, ale byłam też matką dwójki nastoletnich córek i groza tego wszystkiego, rodzicielski ból, nie dawała mi spać. Herb mógł być pewien, że nie opublikuję niczego, zanim nie nadejdzie pora. O ile nadejdzie kiedykolwiek.

Podczas tych paru miesięcy w 1974 roku rozmawiałam z nim prawie codziennie, wysłuchując tego, co miał mi do powiedzenia, i starając się znaleźć jakiś wspólny mianownik. Moje terytorium rozciągało się na całe wybrzeże, często znałam sprawy z innych miast, chociażby oddalonego o ponad 300 kilometrów Oregonu, i zgłaszałam mu każde zaginięcie, które mogło być powiązane z tymi w Seattle.

Następna zaginiona dziewczyna była z Oregonu. 6 maja, 19 dni po zaginięciu Susan Rancourt, Roberta Kathleen "Kathy" Parks spędziła nieszczęśliwy i naznaczony poczuciem winy dzień zamknięta w swoim pokoju w Sackett Hall na terenie kampusu uniwersytetu stanu Oregon w Corvallis, 400 kilometrów od Seattle.

Znałam Sackett Hall. Sama tam mieszkałam, gdy w latach 50. przez jeden trymestr studiowałam na oregońskiej uczelni. Był to duży nowoczesny kompleks dormitoriów na kampusie uczelni, uważanej wówczas za "rolniczą". I nawet wtedy, kiedy świat nie był jeszcze tak przesycony niebezpieczeństwem, żadna z nas nie schodziła sama nocą nawet do automatów z przekąskami, które stały w przestronnych piwnicznych korytarzach.

Kathy Parks niezbyt lubiła Oregon. Tęskniła za Lafayette w Kalifornii, poza tym rozstała się z chłopakiem, który wyjechał na studia do Luizjany. 4 maja pokłóciła się przez telefon z ojcem, a dwa dni później się dowiedziała, że przeszedł rozległy zawał serca. Zadzwoniła do niej siostra ze Spokane w Waszyngtonie i poinformowała ją o ojcu. Kilka godzin później zatelefonowała ponownie i powiedziała, że powinien z tego wyjść.

Kathy, która studiowała religioznawstwo, poczuła się po tej drugiej rozmowie nieco lepiej i zgodziła się dołączyć do innych studentów z Sackett Hall na sesji ćwiczeń w holu akademika.

Bundy w wieku 31 lat w areszcie na Florydzie, lipiec 1978 (fot. Domena publiczna) , Po przesłuchaniu wstępnym w Miami w 1979 roku (fot. Domena publiczna)

Niedługo przed godziną 11 ta wysoka szczupła dziewczyna o długich popielatych blond włosach wyszła z Sackett Hall spotkać się z przyjaciółmi na kawie w budynku samorządu studenckiego – na odchodne rzuciła jeszcze, że za godzinę będzie z powrotem. Miała na sobie niebieskie spodnie, granatowy top, jasnozieloną kurtkę i sandały na platformach. Wyszła wtedy z Sackett po raz ostatni.

Kathy nigdy nie dotarła do budynku samorządu. Tak jak poprzednie zaginione dziewczyny, i ona zostawiła swoje rzeczy: rower, ubrania i kosmetyki. Tym razem nikt nie był świadkiem niczego podejrzanego. Żadnego mężczyzny z ręką na temblaku ani garbusa. Kathy nigdy nie mówiła, że się kogoś obawia albo że odbiera obsceniczne telefony.

Jako że znane były jej huśtawki emocjonalne, pojawiły się pytania o samobójstwo. Czyżby dławiło ją poczucie winy, że pokłóciła się z ojcem i tym samym być może wywołała jego atak serca? Czy zamartwiała się dość, aby odebrać sobie życie? Przeszukano rzekę Willamette, która biegła przy Corvallis, lecz nic tam nie znaleziono. Jeśli wybrała inny sposób, aby ze sobą skończyć, do tej pory natrafiono by na jej zwłoki.

Sprawę Kathy prowadził porucznik Bill Harris z Wydziału Dochodzeniowo- Śledczego policji w Oregonie, który służył na terenie kampusu uniwersyteckiego. Kilka lat wcześniej miał do czynienia z tragicznym zabójstwem w Sackett Hall. Studentka została wtedy śmiertelnie pchnięta nożem w swoim pokoju – śledztwo zakończyło się sukcesem i aresztowano studenta mieszkającego piętro wyżej. Młody człowiek nadal odsiadywał wyrok w więzieniu stanowym w Oregonie.

Po trwających tydzień poszukiwaniach Harris nabrał przekonania, że Kathy Park została porwana i prawdopodobnie napadnięto na nią, gdy szła między gęstymi krzewami lilii kwitnącymi wzdłuż ścieżki od Sackett Hall do budynku samorządu. Zniknęła jak pozostałe, bez choćby najcichszego krzyku.

Biuletynami policyjnymi ze zdjęciami czterech zaginionych dziewcząt oklejono ściany biur każdej służby organów ścigania na północnym zachodzie. Uśmiechnięte twarze na fotografiach były tak do siebie podobne, że studentki mogłyby uchodzić za siostry.

 

Lecz tylko Herb Swindler był przekonany, że Kathy Parks pasuje do schematu. Pozostali detektywi uważali, że Corvallis leżało zbyt daleko, aby czwarta dziewczyna mogła paść ofiarą tego samego człowieka, który grasował na waszyngtońskich kampusach.

Niebawem doszło do kolejnego zdarzenia. Brenda Carol Ball, znajoma mojej starszej córki, zniknęła 26 dni później. Dwudziestodwuletnia dziewczyna mieszkała z dwoma innymi studentkami po południowej stronie Burien, przedmieść hrabstwa King. Jeszcze przed dwoma tygodniami była studentką college’u przygotowawczego Highline. Mierzyła 160 centymetrów i ważyła 50 kilogramów, a jej piwne oczy aż płonęły entuzjazmem i chęcią życia.

W nocy z 31 maja na 1 czerwca Brenda poszła sama do baru Flame na rogu Południowej Sto Dwudziestej Ósmej i Południowej Ambaum Road. Jej współlokatorki widziały ją po raz ostatni o drugiej po południu w piątek. Podzieliła się wtedy z nimi swoimi planami na wieczór i wspomniała, że po wyjściu może złapie okazję do parku stanowego Sun Lakes we wschodnim Waszyngtonie i tam się z nimi spotka.

Istotnie poszła do Flame i była widziana przez kilkoro znajomych. Nikt nie pamiętał, co miała na sobie, lecz zwykle chodziła w spranych niebieskich dżinsach i golfach z długim rękawem. Ponoć bawiła się całkiem nieźle i została na miejscu aż do zamknięcia, czyli do 2.00.

Brenda poprosiła jednego z muzyków z grającego tam zespołu o podwózkę do domu, ale mężczyzna odparł, że jedzie w przeciwnym kierunku. Gdy widziano Brendę Ball ostatni raz, rozmawiała na parkingu z przystojnym mężczyzną o ciemnych włosach. Człowiek ten miał rękę na temblaku.

Z uwagi na to, że Brenda, tak jak Donna Manson, była wolnym duchem, skłonnym do spontanicznych wycieczek, upłynęła dłuższa chwila, zanim oficjalnie zgłoszono jej zaginięcie. Minęło aż 19 dni, nim współlokatorki nabrały podejrzeń, że coś jej się przytrafiło. Nawiązały kontakt z jej bankiem i zaniepokoił je fakt, że pieniądze na koncie oszczędnościowym Brendy były nietknięte. Nie zabrała z mieszkania żadnych ubrań. Nie kontaktowała się też z mieszkającymi blisko rodzicami.

Dwudziestodwuletnia Brenda była najstarszą z zaginionych kobiet, dorosłą i rozgarniętą osobą wykazującą się zwykle rozwagą. Ale nie tego dnia. Wyglądało na to, że spotkała kogoś, komu nie powinna była ufać. I zniknęła.

Lecz na tym się nie skończyło. Jeszcze zanim zaginięcie Brendy Ball w ogóle zgłoszono policji hrabstwa King, mężczyzna, którego poszukiwały organy ścigania, znowu był na łowach, gotowy do kolejnego zuchwałego ataku, ponownie na oczach tuzina osób, ale nadal pozostawał nieuchwytny. Grał policji na nosie i detektywi nie potrafili rozgryźć tych zbrodni, co ich zarówno frustrowało, jak i przerażało, bowiem wielu policjantów poszukujących zaginionych dziewczyn również miało córki.

*Fragmenty książki "Ted Bundy. Bestia obok mnie" Ann Rule, tłumaczenie: Bartosz Czartoryski