Historia
Koncert zespołu Metallica w Warszawie w 1999 roku (fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)
Koncert zespołu Metallica w Warszawie w 1999 roku (fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)

Król popu przyleciał do Polski 18 września 1996 roku z Moskwy. Na lotnisku Okęcie witały go tłumy fanów i tak było przez cztery dni tej wizyty. Michaela przywitały też dzieci ubrane w ludowe stroje. Gwiazdor pozował do zdjęć, rozdał kilka autografów. Podpisał się nawet na rękawie jednego z policjantów z obstawy. Pod hotelem Marriott, w którym zajmował apartament prezydencki, też czekały setki fanów. Krzyczeli: "Majkel łi low ju!". Każdy krok Jacksona relacjonowano w telewizji, prasie i radiu.*

(…)

Okoliczne ulice zakorkowały się na kilka godzin, a na terenie lotniska pozostały tony śmieci. Kilka osób nie otrzymało z depozytu swoich aparatów fotograficznych. Dwóch pijanych ochroniarzy pobiło policjanta. To jednak nie były jedyne skutki największego koncertu w historii Polski. Michael był podobno zachwycony Warszawą, zresztą odwiedził ją ponownie. Planował inwestycje, m.in. park rozrywki. Nic z nich nie wyszło.

W 2009 roku, po śmierci artysty, amfiteatrowi na Bemowie nadano jego imię. Obok ustawiono tablicę pamiątkową z napisem, którego treść dobrze oddaje, czym był ten pamiętny koncert: "Tu na Bemowie, 20 września 1996 roku zelektryzował Polskę, dając koncert dla ponad 100.000 ludzi, przenosząc nas w świat dotychczas nam nieznany…"

Po 10 latach zdecydowano jednak o zmianie nazwy amfiteatru. Miało to związek z filmem Leaving Neverland, w którym bohaterowie oskarżają Jacksona o molestowanie seksualne, gdy byli dziećmi.

Koncert Michaela Jacksona na lotnisku Bemowo w 1996 roku (fot. Andrzej Iwańczuk / Agencja Gazeta)

Koncert Michaela Jacksona był jak widowisko z innego świata, pod każdym względem wyjątkowy. Ale król popu nie był jedyną gwiazdą, którą wtedy mogli na żywo podziwiać fani muzyki. To prawda, już w PRL-u zdarzały się wizyty światowych idoli nad Wisłą, ale przyjeżdżali z częstotliwością godną opadów śniegu w Egipcie. W epoce Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego wystąpili w Polsce m.in.: Paul Anka, The Animals, The Rolling Stones, Miles Davis, Kraftwerk, Metallica, ABBA, Eric Clapton, Depeche Mode, Iron Maiden, Tangerine Dream. Lista przedstawia się nawet imponująco, ale przekładając to na kilka dekad, to jednak jest to skromna reprezentacja. W latach 90. powiększyła się znacznie, choć nie było tak, że Polacy chodzili tłumnie na każdego zachodniego artystę, który do nas przyjechał. Najbardziej zadziwiającym tego przykładem jest chyba odwołany koncert Davida Bowiego z lipca 1997 roku. Muzyk miał zaśpiewać na stadionie Lechii w Gdańsku z okazji tysiąclecia miasta i miał to być jego pierwszy występ w Polsce w historii. Ale do niego nie doszło, bo sprzedano jedynie około 1000 biletów. To był jakiś feralny rok, bo wtedy z powodu małej sprzedaży biletów odwołano też polski koncert Kiss.

Niektórzy artyści jednak wystąpili mimo minimalnej sprzedaży biletów. Zaledwie kilkadziesiąt osób było na koncercie legendarnego Siouxsie and the Banshes w warszawskim klubie Colloseum. Garstka fanów pojawiła się na występie Erasure w Sali Kongresowej w Warszawie w 1997 roku. Ich suportem był wtedy polski boys band Just 5. W tym samym roku we wspomnianym Colloseum tłumów nie było też na koncercie Alice’a Coopera. To były jednak pojedyncze przypadki. Czasami związane z wysoką ceną biletów, innym razem z ich słabą dystrybucją. Na wiele koncertów Polacy ruszali tłumnie. The Cure, Rage Against The Machine, Bob Dylan, Deep Purple, Iggy Pop, Chris Rea, The Rolling Stones, Black Sabbath, U2, Genesis, Aerosmith, Tina Turner, Nick Cave – to tylko niektórzy artyści, których mogliśmy oglądać nad Wisłą w latach 90.

Dziś zapewne wiele z tych koncertów by się nie odbyło ze względu na dramatyczną organizację. Przykładem może być występ amerykańskiego hip-hopowego Beastie Boys. Wystąpili w Colloseum w 1995 roku. Zespół promował wtedy swoją najnowszą płytę Ill Communication.

Kiedy dowiedziałem się o koncercie, wybłagałem tatę, by swoją taksówką zawiózł mnie pod kasy klubu. Pędziliśmy przez Warszawę. Udało mi się kupić bilet. Sam koncert był ogromnym przeżyciem, ale organizacyjnie to był koszmar. Przed wejściem do cyrkowego namiotu [klub Colloseum mieszczący się na warszawskiej Woli naprawdę przypominał namiot cyrkowy. Miał pomalowaną w kolorowe pasy kopułę. Na co dzień działała tam dyskoteka. I to nielegalnie, "pod opieką" gangsterów z Pruszkowa. Klub zamknięto w 1997 roku - przyp.red.] tłum tak napierał, że poprzewracały się ogradzające namiot płotki. Wszelkie normy, jeśli chodzi o liczbę ludzi, były na pewno przekroczone. Do tego niewiele było słychać – wspomina Kuba, któremu udało się obejrzeć swoich idoli na żywo.

Dyskoteka w klubie Colloseum w latach 90. (fot. Jacek Piotrowski / Agencja Gazeta)

Występ zaczął się z godzinnym opóźnieniem. Był kilka razy przerywany, bo padał deszcz i przez dziurawy dach woda lała się na scenę. Ale i tak było to jedno z najważniejszych wydarzeń tamtego roku. Specjalny materiał zrobiła o nim telewizja MTV.

Problemem ówczesnych koncertów były nie tylko niedociągnięcia organizatorów, ale też konflikty subkulturowe. Występy były często "pacyfikowane" przez chociażby skinheadów. Awantur nie brakowało na festiwalach. Pamiętam bójki przed Sopot Rock Festiwalem, którego gwiazdami były Foo Fighters i H-Blockx. Zadym nie brakowało na ostatnim w dekadzie lat 90. Jarocinie. Festiwal odbył się w 1994 roku, a wystąpili m.in.: Kr’shna Brothers, Illusion, Human, Flapjack i Acid Drinkers. Po zamieszkach i z powodu braku sponsorów zawieszono jego organizację na kilka lat.

Za to rok później wystartowała inna wielka impreza muzyczna, festiwal Woodstock. Pierwsza edycja pod hasłem "Miłość Przyjaźń Muzyka" odbyła się w Czymanowie nad Jeziorem Żarnowieckim.

– To był dziki wyjazd, dzika organizacja. Tropik do namiotu zrobiliśmy sobie z worków na śmieci sklejonych taśmą. Tanie wino piliśmy ze słoików po keczupie, wódkę z jednego kieliszka – opowiada uczestniczka tamtej imprezy, na której wystąpili m.in.: Dezerter, Vader, Myslovitz, Ira, Urszula, a także znany z programu Lalamido Pan Witek z Atlantydy.

Najpopularniejsi artyści z Polski oraz zagraniczne gwiazdy występowały w całym kraju w drugiej połowie lat 90. na trasach promocyjnych "Inwazja Mocy RMF". Darmowe koncerty w kilkudziesięciu polskich miastach oglądały setki tysięcy Polaków. Ostatnia "Inwazja Mocy RMF" odbyła się w 2000 roku. W mediach pojawiły się wtedy głosy, że ta impreza przyczyniła się do zapaści rynku koncertowego w Polsce. Problemem było to, że odbiorcy przyzwyczajali się do darmowych występów. Polski rynek miał jednak wtedy znacznie większy problem – piractwo.

Koncert zespołu Lady Pank podczas 'Inwazji mocy RMF' w Lublinie w 1999 roku (fot. Iwona Burdzanowska / Agencja Gazeta)

***

Końcówka lat 80. i pierwsze lata nowej RP to był szalony czas dla muzyki. Chyba nikt, poza artystami i legalnymi wydawcami, nie przejmował się piractwem. A było powszechne. Dobrze widać to na przykładzie nośnika, który jak żaden inny kojarzy się z tamtym czasem. Kaseta magnetofonowa. Najważniejszy gadżet fana muzyki. To dla nich odwiedzało się sklepy muzyczne. Na nich kreowało się składanki ulubionych piosenek. To na nich nagrywało się z radia płyty, gry komputerowe. Wymieniało się nimi, w domu eksponowało w ważnym miejscu. Podpisywało, numerowało, dawało ukochanym w prezencie. Chodziło się z nią włożoną do walkmana, jeździło samochodem, słuchając z niej przebojów. Młode zespoły nagrywały na nią swoje dema i wysyłały do wydawców, sklepów. Była też polem niezwykłej kreatywności graficznej. To wreszcie dzięki niej w czasach przełomu ustrojowego tysiące handlarzy zarabiało niezłe pieniądze.

Koncern Philips przedstawił ją światu 30 sierpnia 1963 roku podczas targów elektronicznych w Berlinie. (Wcześniej korzystano z taśm magnetofonowych na szpulach i magnetofonów – też szpulowych oraz oczywiście z płyt winylowych). Kilka lat później zaczęły pojawiać się pierwsze albumy na tym nośniku, m.in. Niny Simone. Ogromną popularność kaseta zyskała dekadę później i ta trwała jeszcze w latach 80., a w 90. ustępowała stopniowo miejsca płytom kompaktowym. Rządziła również w Polsce na przełomie lat 80. i 90. Była też fantastycznie mobilna, dzięki walkmanom*. Najpierw zazdrościliśmy ich zachodnim rówieśnikom, bo do końca lat 80. oglądaliśmy te przenośne minimagnetofony tylko w filmach. Marty McFly (Michael J. Fox) z Powrotu do przyszłości miał czarno-srebrną aiwę, którą włączał, jak tylko stawał na deskorolce. Permanentnie używał tego sprzętu także Ren McCormack (Kevin Bacon) w Footloose. Zresztą zdjęcie aktora z walkmanem znalazło się na plakacie. Dumnie przenośne odtwarzacze kaset nosili też m.in. Eddie Murphy w Następnych 48 godzinach, Julii Roberts towarzyszył podczas kąpieli w Pretty Woman, a w Terminatorze korzystała z niego Sarah Connor.

Dorobiliśmy się co prawda też polskiego walkmana, produkowanego przez Zakłady Radiowe im. Kasprzaka w Warszawie, "Kajtka", który pojawił się na rynku w 1987 roku*. Jednak był tak duży i toporny, że nie znalazł wielu zwolenników. Marzyliśmy o prawdziwym sony z peweksu. I w końcu też takiego sobie sprawiłem. Mam go do dziś. Działa.

*Fragmenty książki "Sex, disco i kasety video. Polska lat 90." Wojciecha Przylipiaka. Książka do kupienia na Publio.pl