Historia
Personel ratunkowy reaguje na atak sarinem w metrze w Tokio (fot. United States Public Health Service)
Personel ratunkowy reaguje na atak sarinem w metrze w Tokio (fot. United States Public Health Service)

Pani Kiyoka Izumi urodziła się w Kanazawie nad Morzem Japońskim, w środkowej części północnego wybrzeża. Pracuje w dziale PR zagranicznych linii lotniczych. Ukończywszy studia, znalazła zatrudnienie w Kolejach Japońskich, ale po trzech latach postanowiła spełnić swoje dziecięce marzenie o pracy w lotnictwie. W Japonii bardzo trudno jest się przenieść do linii lotniczych z innej pracy (spośród osób, które podejmują taką decyzję w trakcie kariery, udaje się to zaledwie jednej na tysiąc), ona jednak pokonała wszystkie trudności – tylko po to, żeby wkrótce potem paść ofiarą zamachu gazowego w Tokio.*

(…)

Mieszkałam wtedy w Wasedzie (północno-zachodniej części śródmieścia Tokio). Moja firma mieściła się w Kamiya- chō (południowo-wschodniej części śródmieścia Tokio), więc dojeżdżałam metrem, linią Tōzai. Na stacji Ōte-machi przesiadałam się w pociąg linii Chiyoda i jechałam nim do Kasumigaseki, a stamtąd linią Hibiya jeden przystanek do Kamiya? chō.

Praca zaczynała się o 8.30, więc wychodziłam z domu między 7.45 a 7.50. Zdążałam akurat chwilę przed 8.30, ale zawsze zaczynałam jako jedna z pierwszych. Wszyscy przychodzili z wybiciem zegara. W japońskich firmach, jak wiedziałam z doświadczenia, oczekuje się od pracowników, że przyjdą pół godziny, jeżeli nie godzinę przed formalnym rozpoczęciem pracy, ale w zagranicznych uważa się, że każdy powinien zaczynać w swoim czasie. Za przychodzenie przed czasem nie otrzymuje się żadnych dodatkowych punktów.

Wstawałam między 6.15 a 6.20. Rzadko jadam śniadania, tylko na chybcika piję kawę. W godzinach szczytu na linii Tōzai jest spory tłok, ale jeżeli się ominie szczyt, całkiem wygodnie się jedzie. Nigdy nie miałam problemów ze zboczeńcami, którzy ukradkiem obmacują, ani z nikim takim.

Nigdy nie choruję, ale rano 20 marca kiepsko się czułam. Mimo to wsiadłam w metro i pojechałam do pracy; wysiadłam z linii Tōzai na stacji Ōte-machi i przesiadłam się na linię Chiyoda, myśląc: "Ojej, marnie się dzisiaj czuję". Zaczerpnęłam tchu i nagle mój oddech zamarł – tak po prostu.

 

Jechałam w pierwszym wagonie linii Chiyoda. Nie było wielkiego tłoku. Wszystkie miejsca siedzące pozajmowano, ale tylko tu i ówdzie stało kilku pasażerów, więc widać było między nimi drugi koniec wagonu.

Stałam z przodu tuż za kabiną maszynisty, trzymając się słupka przy drzwiach. Aż tu nagle, jak już zresztą wspomniałam, głęboko odetchnęłam i wtedy mnie zabolało. Nie, to właściwie nie był ból. Raczej jakby mnie ktoś postrzelił czy coś w tym rodzaju, bo mój oddech raptem zupełnie zamarł. Czułam, że jeżeli wciągnę w płuca jeszcze choć odrobinę powietrza, wnętrzności wypłyną mi ustami! Wszystko stało się próżnią, a ja pomyślałam, że to pewnie przez moje złe samopoczucie. Bo nigdy w życiu nie czułam się tak okropnie. To był koszmar.

Po fakcie to się wydaje trochę dziwne, ale wtedy pomyślałam: "Może po prostu dziadek umarł". Mieszkał na północy w prefekturze Ishikawa i miał dziewięćdziesiąt cztery lata. Słyszałam, że zachorował, więc te moje objawy mogły być znakiem. To było pierwsze, co przyszło mi na myśl. Może umarł albo mu się pogorszyło.

Po pewnym czasie zdołałam znów trochę odetchnąć. Ale zanim minęliśmy stację Hibiya, jeden przystanek przed Kasumigaseki, strasznie się rozkasłałam. Wtedy już wszyscy w wagonie okropnie kasłali. Wiedziałam, że dzieje się coś dziwnego. Ludzie byli tacy podnieceni i w ogóle…

Ale kiedy pociąg zatrzymał się na stacji Kasumigaseki, wysiadłam, zbytnio się nad tym wszystkim nie zastanawiając. Kilkoro pasażerów zawołało do jednego z pracowników stacji:

– Coś jest nie tak! Proszę tu szybko przyjść!

Zaprowadzili go do wagonu. Nie widziałam, co się dalej działo, ale to właśnie ten pracownik wyniósł worek z sarinem i później umarł.

Jeden z pociagów jeżdżących na linii Chiyoda, która stała się celem ataku w 1995 r. (fot. Domena publiczna)

Z peronu linii Chiyoda poszłam jak zwykle w stronę linii Hibiya. Kiedy zeszłam ze schodów na peron, włączył się alarm: biiiiip! Dzięki doświadczeniu wyniesionemu z pracy na kolei od razu zrozumiałam, że był wypadek. I wtedy przez megafony nadano komunikat. Ledwo zdążyłam pomyśleć, że lepiej się stamtąd wynosić, a z przeciwnej strony nadjechał pociąg linii Hibiya.

Pracownicy stacji gonili w piętkę, więc domyśliłam się, że to niecodzienna sytuacja. Pociąg linii Hibiya był zupełnie pusty, ani jednego pasażera w wagonach. Dopiero później się dowiedziałam, że w tym pociągu też podrzucono sarin. Kryzys nastąpił na stacji Kamiya-chō czy gdzieś i wtedy wyciągnęli z wagonów wszystkich pasażerów.

Po alarmie rozległ się komunikat: "Wszyscy proszeni są o opuszczenie stacji". Ludzie ruszyli do wyjść, ale ja czułam się coraz gorzej, więc zamiast iść prosto na ulicę, pomyślałam, że jeszcze odwiedzę toaletę. Rozglądałam się za biurem zawiadowcy, bo łazienki były tuż obok niego. Mijając biuro, zobaczyłam, że chyba z trzech pracowników metra leży bez ruchu na podłodze. Widocznie zdarzył się śmiertelny wypadek. Ale poszłam dalej do toalety, a potem do wyjścia na ulicę, które znajdowało się na wprost ministerstwa handlu i przemysłu. Wszystko to zajęło mi pewnie z dziesięć minut. Przez ten czas wyniesiono na górę pracowników metra, których widziałam w biurze.

Na ulicy uważnie się rozejrzałam, ale nie wiem, jak nazwać to, co zobaczyłam. Najtrafniejszym określeniem byłoby "piekło".

Trzej mężczyźni leżeli na ziemi. W usta wetknięto im łyżki, żeby się nie udławili własnymi językami. Prócz nich było tam chyba jeszcze z sześciu pracowników stacji, ci jednak siedzieli na kwietnikach, trzymali się za głowy i płakali. Kiedy wychodziłam z metra, jakaś dziewczyna zalewała się łzami. Brakło mi słów. Nie miałam pojęcia, co się w ogóle dzieje.

Złapałam za ramię jednego z pracowników metra i powiedziałam:

– Pracowałam kiedyś w Kolejach Japońskich. Umiem sobie radzić w nagłych wypadkach. Czy mogę jakoś pomóc?

Ale on tylko patrzył przed siebie i ledwo zdołał wykrztusić:

– Tak, pomóc.

Zwróciłam się do pozostałych, którzy też tam siedzieli.

– Nie pora teraz płakać – powiedziałam.

– My wcale nie płaczemy – odrzekli, chociaż wyglądali jak zapłakani. Pomyślałam, że opłakują zmarłych kolegów.

– Czy ktoś wezwał karetkę? – zapytałam, a oni odpowiedzieli twierdząco. Ale kiedy usłyszałam syrenę, miałam wrażenie, że ambulans wcale nie jedzie w naszą stronę. Nie wiedzieć czemu pomoc dotarła do nas jako do ostatnich, więc tych w najcięższym stanie dopiero na samym końcu zabrano do szpitala. Dwaj przez to umarli.

Widok z góry na Satyan 7, fabrykę chemiczną, w której wyprodukowano sarin (fot. United States Public Health Service)

Całe zdarzenie filmowała ekipa telewizji tokijskiej. Jej furgonetka stała niedaleko. Pobiegłam za nimi, wołając:

– Nie czas teraz na filmowanie! Skoro macie transport, zawieźcie tych ludzi do szpitala!

Szofer naradził się z ekipą i powiedział:

– Dobrze, zgoda.

Kiedy pracowałam na kolei, nauczono mnie zawsze mieć przy sobie czerwoną chustkę. W sytuacji awaryjnej można nią pomachać, żeby zatrzymać pociąg. Pomyślałam więc o chustce. Ktoś mi pożyczył chusteczkę do nosa, ale była za mała, więc w końcu wprawdzie dałam ją kierowcy telewizyjnej furgonetki, ale powiedziałam:

– Niech pan zawiezie tych ludzi do najbliższego szpitala. To pilne, więc niech pan trąbi i przejeżdża na czerwonych światłach, jeżeli będzie trzeba! Niech pan jedzie bez zatrzymywania!

Zapomniałam kolor tej chustki. Był na niej jakiś wzór. Nie pamiętam, czy kazałam szoferowi nią machać, czy przywiązać ją do bocznego lusterka. Byłam bardzo podekscytowana, więc sporo szczegółów zatarło mi się w pamięci. Kiedy później spotkałam pana Toyodę, przypomniał mi, że nigdy mi nie zwrócił tamtej chusteczki. Dał mi więc nową. Podczas jazdy furgonetką zwymiotował na tylnym siedzeniu i wytarł ślady moją chustką.

Udało nam się zanieść na tylne siedzenie pana Takahashiego (pracownika stacji, który potem umarł) i jednego z jego kolegów. Zostało trochę miejsca, więc jeszcze jeden pracownik metra zmieścił się w furgonetce. Pan Takahashi chyba jeszcze wtedy żył, ale ja tylko raz na niego spojrzałam i zaraz pomyślałam: "Już po nim". Skądś to wiedziałam, chociaż nigdy przedtem nikt przy mnie nie umarł. Potrafiłam sobie wyobrazić jego śmierć, która miała się dokonać właśnie w ten sposób. Mimo to musiałam spróbować mu pomóc.

Szofer bardzo prosił, żebym z nimi pojechała, ale powiedziałam, że nigdzie nie jadę. Spod ziemi wciąż wynoszono kolejne ofiary i ktoś przecież musiał się nimi zająć, więc zostałam. Nie wiem, do którego szpitala pojechała furgonetka ani co się potem stało z tymi ludźmi.

Niedaleko mnie jedna dziewczyna płakała i cała się trzęsła. Zostałam przy niej i próbowałam ją pocieszyć, mówiąc: „No, no, już dobrze”, dopóki wreszcie nie przyjechała karetka. Jednocześnie zajmowałam się mnóstwem różnych ludzi. Wszyscy byli trupio bladzi, jakby uszło z nich życie. Jeden mężczyzna o wyglądzie starca toczył pianę z ust. Nie miałam pojęcia, że człowiek może aż tak się pienić. Rozpięłam mu koszulę, rozluźniłam pasek u spodni i zmierzyłam puls. Był mocno przyspieszony. Spróbowałam ocucić tego mężczyznę, ale mi się nie udało. Był zupełnie nieprzytomny.

Rzekomym starcem okazał się jeden z pracowników stacji. Nie zorientowałam się, bo zdjął kurtkę mundurową. Był blady i miał rzadkie włosy, więc wzięłam go za podstarzałego pasażera. Dowiedziałam się później, że to pan Toyoda, kolega dwóch pracowników metra (panów Takahashiego i Hishinumy), którzy umarli. Z trzech poszkodowanych pracowników stacji tylko on przeżył, a i tak był jedną z tych ofiar, które najdłużej leżały w szpitalu.

 

Przyjechała karetka.

– Jest przytomny? – spytali sanitariusze.

– Nie! – wrzasnęłam. – Ale serce mu bije!

Sanitariusze włożyli poszkodowanemu maskę tlenową na usta i powiedzieli:

– Mamy jeszcze jedną. Jeżeli ktoś prócz niego jest w ciężkim stanie, też go zabierzemy.

(…)

Jak już wspomniałam, tam, gdzie wtedy byliśmy, czyli przed ministerstwem handlu i przemysłu, ludzie toczyli pianę z ust. Po tej stronie ulicy trwało istne piekło. A po drugiej inni jak zwykle szli do pracy. Zajmowałam się poszkodowanymi, a kiedy podnosiłam głowę, widziałam, że przechodnie zerkają w moją stronę z pytającym wyrazem twarzy, jakby się zastanawiali, co też mogło się stać, ale nikt do nas nie podszedł. Jakbyśmy żyli w osobnym świecie. Nikt się nie zatrzymał. Wszyscy myśleli: „To nie moja sprawa”.

Przed bramą ministerstwa akurat na wprost nas stali wartownicy. Trzej ludzie leżeli na ziemi i rozpaczliwie potrzebowali karetki, która bardzo długo nie przyjeżdżała. Ale nikt z ministerstwa nie zatelefonował po pomoc. Nie wezwali dla nas nawet taksówki.

Sarin podłożono o 8.10 i minęło ponad półtorej godziny, zanim przyjechała karetka. Ci z ministerstwa przez cały ten czas zupełnie nas ignorowali. Parę razy pokazano w telewizji, jak pan Takahashi leży martwy z łyżką w ustach. I tyle. Nie mogłam na to patrzeć.

 * Fragmenty książki Harukiego Murakamiego "Podziemie. Największy zamach w Tokio", tłumaczenie: Michał Kłobukowski

Ebook do kupienia w Publio.pl. Do 28 marca cena jest promocyjna

Haruki Murakami. Ur. 1949. Japoński pisarz, eseista i tłumacz literatury amerykańskiej. Absolwent Wydziału Literatury Uniwersytetu Waseda w Tokio. Po studiach przez siedem lat prowadził z żoną klub jazzowy. Zadebiutował w wieku trzydziestu lat książką "Słuchaj pieśni wiatru", za którą otrzymał Nagrodę Literacką Gunzo. Od tamtej pory wydał kilkadziesiąt książek prozatorskich i eseistycznych. Laureat wielu nagród, m.in. Nagrody Literackiej im. Hansa Christiana Andersena, Międzynarodowej Nagrody im. Franka O’Connora, Nagrody im. Franza Kafki czy Nagrody Jerozolimskiej. Jego książki zostały przełożone na ponad pięćdziesiąt języków obcych.