Historia
Witold Pilecki na ławie oskarżonych w 1948 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Witold Pilecki na ławie oskarżonych w 1948 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Jest 19 września 1940 roku. W okupowanej przez nazistów Warszawie wstaje świt. Minęło dwanaście miesięcy od napaści Trzeciej Rzeszy na Polskę. Europa pogrążała się w otchłani drugiej wojny światowej. Hitler jeszcze nie dopracował szczegółów planów unicestwienia narodu żydowskiego.*

Na razie za cel stawia sobie całkowite podporządkowanie Polski poprzez wyeliminowanie inteligencji i przedstawicieli wykształconej klasy średniej. W kraju wprowadzono brutalne rządy terroru. Tysiące Polaków - lekarzy, nauczycieli, pisarzy, prawników - żydzi i katolicy na równi - giną rozstrzeliwane na ulicach lub trafiają do więzień i miejsc kaźni. W czerwcu tego samego roku rozpoczyna działalność nowy obóz koncentracyjny, do którego trafia część więźniów z łapanek. To miejsce nazywa się Auschwitz.

O tym, co się dzieje za drutami, wiadomo niewiele. Mężczyzna, który siedzi spokojnie w mieszkaniu Eleonory Ostrowskiej, wiedział, co go czeka. Znał plany tej akcji. Wiedział, że aresztowani podczas tej łapanki najprawdopodobniej zostaną wysłani do obozu. Właśnie dlatego tu jest. Wykonuje tajną misję zleconą przez komendanta Związku Walki Zbrojnej w Polsce.

A jego celem jest infiltracja obozu, stworzenie sieci obozowej organizacji i zbieranie dowodów popełnianych w Auschwitz zbrodni nazistowskich.

Rozlega się huk. To drzwi do klatki schodowej rozlatują się od uderzenia. Na schodach słychać już dudnienie podkutych butów. Mężczyzna zakłada płaszcz i w pewnej chwili zauważa, że w drugim pokoju trzyletni chłopiec stoi w łóżeczku z szeroko otwartymi oczami. Jego miś leży na podłodze. Nagle rozlega się walenie w drzwi. Mężczyzna szybko podnosi niedźwiadka i podaje go chłopcu. Eleonora wpuszcza Niemców do środka.

- Do zobaczenia - szepcze do dziecka. A potem, walcząc z podszeptami instynktu przetrwania, który każe mu uciekać, bez mrugnięcia okiem pozwala się aresztować.

Witold Pilecki z własnej woli dał się uwięzić w obozie koncentracyjnym Auschwitz.

(...)

Brama obozu koncentracyjnego Auschwitz (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Arbeit macht frei**

Ciężarówki zatrzymały się przed stajniami. Więźniowie zostali zapędzeni do budynku ujeżdżalni, gdzie przebiegła ich rejestracja. Niemcy od razu pozbawili aresztowanych większości wartościowych przedmiotów. Potem przez dwa dni ponad tysiąc mężczyzn leżało pokotem na twardej ziemi.

W tym czasie niewielka liczba osób została zwolniona lub wysłana do pracy w III Rzeszy. O świcie 21 września resztę znów załadowano na ciężarówki i przewieziono na dworzec kolejowy, gdzie na więźniów czekały już wagony towarowe. Witold trafił do jednego z nich razem z sześćdziesięcioma innymi osobami. Niemcy nie dali im nic do jedzenia ani picia, nawet wody. W każdym wagonie było jedno wiadro na nieczystości. W drodze wkrótce szybko zaczęło się z niego ulewać na podłogę pokrytą wapnem.

Więźniowie otaczający Witolda wyglądali na nieobecnych. Miarowe kołysanie pociągu i ciepłe, cuchnące powietrze sprawiło, że wielu z nich po prostu zasnęło na podłodze lub w pozycji półleżącej, opierając się plecami o współpasażera. Kilku mężczyzn zerkało przez szczeliny w ścianach wagonu.

Obserwowali okolicę, licząc, że się dowiedzą, gdzie zostali wysłani. Pociąg zatrzymał się po zmroku. Najpierw usłyszeli dochodzące z zewnątrz pierwsze odgłosy: odsuwanie drzwi innych wagonów, a potem krzyki, wrzaski i ujadanie psów. Za chwilę również w wagonie Witolda zapanowało poruszenie.

Drzwi zostały otwarte. Oślepiło ich jaskrawe światło. Krzyki: "Heraus! Rrraus! Rrraus! - padały wrzaski i kolby esesmanów na ramiona, plecy, głowy kolegów" - wspominał Witold. Więźniowie przesuwali się w kierunku krawędzi wagonu i zeskakiwali lub zsuwali się na ziemię. Witold z trudem utrzymywał równowagę pod ich naporem.

Gdy stanął nad krawędzią, oświetlił go wielki reflektor. Zdążył zerknąć na nocne niebo i uświadomić sobie, że mży. A potem wpadł w tłum. Opadł na kamienie przy torach, potknął się, gdy pałka zaświstała nad jego głową.

Ludzie uzbrojeni w kije okładali tych, którzy przewrócili się na ziemię, wyciągali maruderów z wagonów. Pochwyciły go czyjeś ręce. Wyrwał się i dołączył do pozostałych, potykając się i grzęznąc w błocie podczas biegu.

Widok z lotu ptaka na zabudowania obozu koncentracyjnego Auschwitz (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Kolumny więźniów pilnowali strażnicy w mundurach SS. Palili papierosy i śmiali się do siebie. W pewnej chwili jeden z nich kazał jakiemuś przypadkowemu nieszczęśnikowi pobiec do słupa znajdującego się obok drogi. Zdezorientowany mężczyzna wykonał rozkaz, a po chwili strażnicy puścili za nim serię z karabinu i zabili go na miejscu. Kolumna stanęła.

Strażnicy wyciągnęli z tłumu na chybił trafił dziesięciu ludzi i też od razu ich rozstrzelali. Jeden z Niemców zaraz wyjaśnił wstrząśniętym mężczyznom, że tak wygląda zbiorowa odpowiedzialność za próbę "ucieczki". Kolumna podjęła przerwany marsz. Więźniowie w ostatnich rzędach ciągnęli ciała zabitych. Psy esesmanów wściekle ujadały, doskakując do tych, którzy choćby tylko trochę odstawali.

Witold był tak oszołomiony chaosem, że w ciemności ledwo zdawał sobie sprawę z tego, że poruszali się wzdłuż płotu z drutu kolczastego, a potem przekroczyli bramę zwieńczoną napisem głoszącym: Arbeit macht frei . Praca czyni wolnym. Za bramą majaczyły rzędy ceglanych bloków z pustym i ciemnymi oknami. Kolumna dotarła w końcu do jasno oświetlonego placu apelowego, na którym czekała już grupa mężczyzn w pasiastych drelichach i z pałkami w dłoniach. Mieli na sobie kurtki z napisem kapo na rękawach. W charakterystycznych czapkach bez daszków niektórym więźniom przypominali marynarzy. Ustawili więźniów w rzędach po dziesięciu, przy okazji obszukując ich i zabierając zegarki, pierścionki i inne przedmioty uznane za wartościowe.

Jeden z uczestniczących w tym procederze kapo zapytał stojącego przed Witoldem mężczyznę, czym się zajmuje. Ten odpowiedział, że jest sędzią. Wtedy kapo wydał z siebie okrzyk triumfu i uderzył go drągiem tak, że człowiek padł na ziemię. Szybko dołączyli do niego pozostali kapo, kopiąc więźnia po głowie, w krocze, zupełnie bez patrzenia. Wkrótce z nieszczęśnika została tylko krwawa miazga. Prowodyr całego zajścia, kapo w poplamionym krwią ubraniu, zwrócił się następnie do tłumu przerażonych więźniów, oświadczając: Hier ist K.L. Auschwitz - mein lieber Mann! [Oto obóz Auschwitz, mój drogi - przyp. tłum.]

Więzień numer 4859

Kapo wybierali z grupy więźniów lekarzy, prawników, profesorów i wszystkich Żydów. Oddzielali ich od reszty i bili bez opamiętania. Witold po jakimś czasie zrozumiał, że oprawcy świadomie koncentrują się na osobach wykształconych. To miało sens, biorąc pod uwagę jasno zadeklarowany przez Niemców cel, jakim było zredukowanie polskiego społeczeństwa do zwykłej siły roboczej.

Kapo wybierali z grupy więźniów lekarzy, prawników, profesorów i wszystkich Żydów (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Ten, kto padł na ziemię, był bezceremonialnie przeciągany na koniec któregoś z rzędów stojących więźniów. Zanim rozległ się dźwięk uderzeń w kawałek metalu, który pełnił funkcję gongu, oznaczający rozpoczęcie apelu, na placu wznosiło się już kilka stosów ciał. SS-Obersturmführer Fritz Seidler, trzydziestotrzyletni mężczyzna spod Lipska, który w cywilu był budowlańcem, zwrócił się do przybyszów z podwyższenia przy placu apelowym. "Niech nikt z was nie sądzi, że kiedykolwiek wyjdzie stąd żyw... porcja jest tak obliczona, że żyć tu będziecie sześć tygodni; kto będzie żył dłużej. znaczy, że kradnie, a kto kradnie, znajdzie się w S.K. - gdzie żyje się naprawdę krótko".

Po tej przemowie na więźniów spadały kolejne ciosy, a grupy liczące około stu mężczyzn były odprowadzane do jednopiętrowego budynku przy placu apelowym. Kazano im się rozebrać i umieścić swoje rzeczy w workach stojących przed wejściem. Posiadane jedzenie każdy po kolei miał odkładać do stojących obok taczek. Kiedy nadeszła kolej Witolda, ten znalazł w kieszeni kawałek chleba i oddał go, zupełnie się nie zastanawiając nad tym, co robi.

Wewnątrz budynku w małej, bielonej sali utworzyła się kolejka nagich więźniów czekających na odbiór numerów identyfikacyjnych. Witold otrzymał numer 4859. W sąsiednim pomieszczeniu grupka fryzjerów zajmowała się goleniem tępymi ostrzami głów, pach i okolic genitaliów siedzącym na niskich ławach mężczyznom. Czerwoną podrażnioną skórę pobieżnie dezynfekowano. Dalej była łaźnia. Witold wspomina, że dostał cios w twarz od kapo, ponieważ - jak twierdził ów mężczyzna - trzymał kawałek materiału z numerem identyfikacyjnym w ręku, a nie w ustach, jak powinien. Stracił wtedy dwa zęby, plując krwią. Żydzi - rozpoznawani po tym, że byli obrzezani - stawali się w takiej sytuacji natychmiast pierwszymi celami agresji. Bito ich z furią i wściekłością, a potem nieprzytomnych układano w stosy na gładkiej podłodze. W kolejnym pomieszczeniu za łaźnią Witold otrzymał niebiesko-białe więzienne drelichy zapinane pod szyję, spodnie i parę spadających z nóg drewniaków. Niektórzy więźniowie dostawali też czapkę.

Gdy opuszczał budynek łaźni, zaczynało robić się już jaśniej. W szarówce przedświtu można było przyjrzeć się placowi apelowemu, który znajdował się na nieznacznie opadającym terenie. W jednym z narożników zbierała się woda, tworząc sporych rozmiarów szarą, błotnistą kałużę.

Budynki na obrzeżach kwadratu placu miały dwuspadowe dachy. Na ogół tynkowano je na biało, chociaż na niektórych pozostawiono gołe ściany z czerwonej cegły. Dwie strony kwadratowego placu były otwarte.

Z jednej znajdowało się pole, przez które w takich trudnych warunkach się przedzierali, a z drugiej strony droga i szpaler drzew, który musiał oznaczać bliski brzeg rzeki. Ogrodzenie wokół obozu zabezpieczono drutem kolczastym. W równych odstępach na całej długości ogrodzenia wznosiły się wieżyczki strażnicze.

Więźniów ponownie ustawiono w szeregach, po czym każdego z nich przydzielono do konkretnego bloku, na parter lub piętro. Szalejący kapo wciąż rozdawali razy na prawo i lewo, jednak w świetle poranka nie wyglądali już tak strasznie jak w nocy. Więźniowie zaś z wielkim trudem rozpoznawali towarzyszy niedoli z pociągu. Ludzie wyglądali inaczej: pozbawieni cywilnych ubrań, ostrzyżeni na krótko, w niedopasowanych pasiakach lub starych mundurach.

Wysadzone krematorium obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Witold trafił na pierwsze piętro bloku 17. Na powierzchni kilkuset metrów kwadratowych musiała się zmieścić setka mężczyzn. Nagie ściany, stare dachówki i słabe oświetlenie sprawiały, że blok przywodził na myśl utrzymany w surowym wiktoriańskim stylu internat poprawczaka.

Kazano im przyszyć do pasiaków numery i czerwony trójkąt, który był symbolem ich statusu: więźniów politycznych. Wyczerpani nieszczęśnicy zalegli na rozłożonych na podłodze cienkich jutowych siennikach, licząc na choć trochę snu po tej ciężkiej nocy. Witold dzielił materac z dwoma mężczyznami. Musieli się ułożyć tak, żeby nie przeszkadzać sobie nawzajem, używając chodaków owiniętych w pasiaste koszule jako poduszek pod głowy. Okna bloku pozamykano, a na ścianach osadzała się wilgoć.

Mężczyźni jęczeli, chrapali i przeklinali się nawzajem, próbując lepiej się ułożyć. Wstrząs związany z wydarzeniami kilku ostatnich godzin ustąpił miejsca odrętwieniu. Trafił do obozu. Dopiero teraz zaczynała się jego prawdziwa praca.

*Fragmenty książki "Ochotnik. Prawdziwa historia tajnej misji Witolda Pileckiego" Jacka Fairweathera, tłumaczenie: Arkadiusz Romanek **Śródtytuły pochodzą od redakcji