Historia
Gottlieb testował LSD na ochotnikach i niczego nie podejrzewających ofiarach (fot. Shutterstock)
Gottlieb testował LSD na ochotnikach i niczego nie podejrzewających ofiarach (fot. Shutterstock)

Na początku lat pięćdziesiątych zawieranie nieodpowiednich znajomości w Nowym Jorku powodowało, że niektórzy ludzie przeżywali wstrząs psychiczny. Prowadzono ich do pewnego mieszkania przy Bedford Street 81 w Greenwich Village i częstowano drinkami z dodatkiem LSD, a gdy mknęli w swych psychodelicznych podróżach, agenci CIA obserwowali ich reakcje. Owi pechowcy byli mimowolnymi uczestnikami jednego z pierwszych eksperymentów projektu MK-ULTRA.*

"Bezpieczne domy" CIA**

Człowiek, którego Sidney Gottlieb zatrudnił do kierowania tą operacją, George Hunter White, wyróżniał się nawet na tle olśniewającego zespołu MK-ULTRA: nawiedzonych chemików, bezdusznych asów wywiadu, ponurych oprawców, hipnotyzerów, speców od elektrowstrząsów oraz nazistowskich lekarzy. White był ambitnym agentem Federalnego Biura ds. Narkotyków (Federal Bureau of Narcotics, FBN) i wiódł wystawne życie w mrocznym świecie zbrodni. Kiedy Gottlieb zaproponował mu pracę polegającą na prowadzeniu "bezpiecznego domu" CIA, w którym miałby aplikować LSD niczego nie podejrzewającym gościom, a następnie odnotowywać wyniki, skwapliwie skorzystał z okazji. Wyobrażał sobie, że będzie to jeszcze jeden szalony epizod w długiej serii jego sekretnych wyczynów. I nie zawiódł się, a nawet przeżył więcej, niż się spodziewał.

(...)

Ci dwaj mistrzowie zakulisowych działań nie mogli się chyba bardziej od siebie różnić - White był napędzanym adrenaliną libertynem o sadystycznych skłonnościach, który rzadko trzeźwiał i uwielbiał życie na marginesie społeczeństwa, gdzie królowała przemoc, podczas gdy Gottlieb był naukowcem i żywił się jogurtem. W tamtym momencie jednak świetnie do siebie pasowali. Szef programu MK-ULTRA szukał kogoś, kto potrafi sobie radzić w niebezpiecznych sytuacjach oraz naginać i łamać prawo, udając, że je egzekwuje, White zaś umiał i jedno, i drugie. I o wiele więcej.

Sidney Gottlieb zatwierdził podprojekt MKUltra dotyczący LSD w liście z 9 czerwca 1953 roku (fot. Central Intelligence Agency)

Obracając się w podejrzanych kręgach, dysponował bogatym zasobem potencjalnych uczestników eksperymentów z narkotykami, był przyzwyczajony do brutalnego traktowania ludzi i można było na nim polegać, jeśli chodzi o dochowanie tajemnicy. A ponieważ nadal pracował w FBN, Agencja mogła się wyprzeć wszelkich powiązań z nim, gdyby coś poszło nie tak. Te zalety czyniły z niego idealnego współpracownika.

Gottlieb testował już LSD na ochotnikach i niczego nie podejrzewających ofiarach, a teraz przymierzał się do wprowadzenia tego narkotyku do szpitali i na uczelnie medyczne w celu prowadzenia kontrolowanych eksperymentów. Żeby zaś się przekonać, jak na ten specyfik zareagują zwykli ludzie, postanowił otworzyć "bezpieczny dom" na terenie Stanów Zjednoczonych, gdzie poddawałby testom tutejszych "zbędnych". Wielu z tych, których White sprowadzał do konspiracyjnego lokalu przy Bedford Street 81, było narkomanami, drobnymi przestępcami i innymi wyrzutkami, co do których można było z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładać, że nie poskarżą się na to, co im się przytrafiło.

Garstka ludzi, którzy wiedzieli o projekcie MK-ULTRA, uważała, że ma on decydujące znaczenie dla przetrwania Ameryki, i w jej oczach ograniczanie zakresu badań z powodu troski o życie kilku - czy nawet kilkuset lub więcej - osób byłoby nie tylko absurdem, lecz także aktem zdrady. "Bezpieczny dom" w Nowym Jorku stanowił zatem przejaw swoiście pojmowanego etycznego kompromisu.

Poszukiwanie "serum prawdy"

Allen Dulles wydał Gottliebowi polecenie tak onieśmielające, że brzmiało niemal jak żart: odkryć cudowny narkotyk pozwalający pokonać wrogów wolności i ocalić świat. Taki cel stanowił najwyższe wyzwanie dla naukowej wyobraźni, lecz Gottlieb był na nie gotowy jak żaden inny Amerykanin.

W maju 1952 roku usłyszał od kolegi ze Sztabu Służb Technicznych o Whicie i niebawem zaprosił go do Waszyngtonu na pogawędkę. Rozmawiali o OSS - zarówno o prowadzonych przez Biuro eksperymentach mających na celu poszukiwanie "serum prawdy", jak i o jej osławionym Wydziale 19, czyli warsztacie, w którym rzemieślnicy wytwarzali bezgłośne pistolety, broń miotającą zatrute strzałki oraz inne narzędzia przydatne w szpiegowskim fachu. Później rozmowa zeszła na LSD.

Gottlieb był zaskoczony rozległą wiedzą swojego rozmówcy, która odzwierciedlała zakres tajnych doświadczeń prowadzonych przez FBN12. Następnie White zaproponował Gottliebowi, że pokaże mu, jak pracuje, i zabrał go samochodem do New Haven w stanie Connecticut, gdzie Biuro prowadziło sprawę przeciwko pewnemu biznesmenowi podejrzewanemu o hurtowy handel heroiną. Ta podróż, jak wspominał później Gottlieb, dała mu "okazję do omówienia interesujących kwestii", a przy okazji pozwoliła zobaczyć nieznany świat, który go oczarował - naturalne środowisko White'a, który "był zawsze uzbrojony po zęby we wszelkiego rodzaju broń; mógł być szorstki i gburowaty, nawet wulgarny, ale potem nabierał ogłady i stawał się wręcz elokwentny". CIA na ogół nie zatrudniała takich ludzi jak on.

Allen Dulles, dyrektor CIA, wydał Gottliebowi polecenie tak onieśmielające, że brzmiało niemal jak żart: odkryć cudowny narkotyk pozwalający pokonać wrogów wolności i ocalić świat (fot. Prologue Magazine, spring 2002 (NARA, 306-PS-59-17740) / US Governement)

"My byliśmy z Ligi Bluszczowej, białymi z klasy średniej - wyjaśnił później jeden z byłych pracowników Sztabu Służb Technicznych. - Byliśmy zupełnie naiwni w tych sprawach, a on wydawał się prawdziwym ekspertem. Znał dziwki, alfonsów, ludzi, którzy dostarczali narkotyki. [...] Był niezłym dzikusem".

(...)

Morgan Hall

Kompleks mieszkalny przy Bedford Street miał się stać czymś wyjątkowym: "bezpiecznym domem" CIA w samym sercu Nowego Jorku, miejscem, do którego niczego nie podejrzewający obywatele będą zwabiani i ukradkiem odurzani narkotykami - a wszystko to w imię walki z komunizmem. Lokal konspiracyjny składał się z dwóch sąsiadujących ze sobą mieszkań, tak że sprzęt do inwigilacji umieszczony w jednym pozwalał obserwatorom rejestrować to, co działo się w drugim. Gottlieb miał już "bezpieczne domy" za granicą, gdzie mógł do woli podawać ludziom narkotyki, a teraz dysponował podobnym również w Nowym Jorku.

Tamtej jesieni White zaczął grasować po Greenwich Village w poszukiwaniu ludzi, z którymi się zaprzyjaźniał i którym następnie aplikował ukradkiem LSD lub inne narkotyki. Wymyślił sobie pseudonim - Morgan Hall - oraz dwa fałszywe życiorysy. "Udawał na zmianę marynarza ze statku handlowego lub członka artystycznej bohemy i zadawał się z najróżniejszymi postaciami z półświatka, z których wszystkie miały do czynienia z działalnością przestępczą, na przykład z narkotykami, prostytucją, hazardem i pornografią - napisano w pewnym sprawozdaniu dotyczącym kariery White'a. - To właśnie wcielając się w postać artysty, usidlił większość ofiar MK-ULTRA".

Wśród ludzi, którym aplikował LSD, znaleźli się jego znajomi, między innymi właściciel wydawnictwa Vixen Press specjalizującego się w szmirach dla fetyszystów i lesbijek. Ofiarami White'a padały również młode kobiety, które miały tego pecha, że się na niego natknęły. Jego dziennik daje pewne pojęcie o tym, w jak sposób reagowały na podawane im narkotyki: "Gloria przeżywa koszmar [...] Janet szybuje wysoko".

White był pod tak dużym wrażeniem mocy LSD, że we wpisach w dzienniku zaczął ten specyfik nazywać "Stormy" (burzliwy). Mimo to nadal aplikował narkotyk każdemu, kogo zdołał zwabić do swojej meliny. "Byłem o to zły na George'a - powiedział po latach wspomniany właściciel wydawnictwa Vixen Press. - Okazało się, że robił ludziom świństwo, ale wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy".

Kartoniki LSD (fot. Iwona Burdzanowska / Agencja Gazeta)

Koneksje White'a chroniły go przed zdemaskowaniem. Kiedy ofiara jednego z eksperymentów udała się potem chwiejnym krokiem do szpitala w dzielnicy Lenox Hill, twierdząc, że podano jej narkotyki, po dwóch godzinach usłyszała, że prawdopodobnie się myli, i została dyskretnie wypisana do domu. Tego rodzaju zdarzenia wyciszano, ponieważ CIA, jak to ujęto w pewnej relacji, "żeby chronić White'a przed wszelkimi kłopotami, zawarła umowę z wydziałem medycznym nowojorskiej policji".

Rywalizacja pomiędzy FBI a CIA

Uruchomienie "bezpiecznego domu" przy Bedford Street przyczyniło się do wzmożenia napięć między Centralną Agencją Wywiadowczą i FBI. Niektórzy pracownicy tej pierwszej instytucji uważali Federalne Biuro Śledcze za bezpieczną przystań dla tępych glin i niezdarnych zbirów, agenci FBI zaś nie pozostawali dłużni, uznając ludzi z CIA za niedorobione primadonny i, jak się wyraził jeden z nich, "przeważnie bogatych chłopaków, snobów z funduszem powierniczym, którzy myślą, że są odpowiedzią Boga na wszelkie zło tego świata". Również ich szefowie - Allen Dulles i dyrektor FBI J. Edgar Hoover - byli zaciekłymi rywalami na płaszczyźnie zawodowej. Hoover nie byłby sobą, gdyby miał jakieś obiekcje wobec tego rodzaju działalności, ale też byłoby do niego niepodobne, gdyby się o niej nie dowiedział. Stosowna informacja pojawiła się w raporcie z Nowego Jorku zaledwie po trzech tygodniach od wpłacenia przez White'a zaliczki.

"Tajny informator naszego biura doniósł 1 lipca, że jego dawny >opiekun z Biura Narkotyków, George White [...] nawiązał współpracę z CIA jako konsultant w związku z jakimś >ultratajnym zadaniem - napisano w meldunku. - White i CIA wynajęli podwójne mieszkanie przy Bedford Street 81 w Nowym Jorku. W jednym z tych mieszkań urządzono bar i pomieszczenia do rozrywki, podczas gdy drugie mieszkanie jest używane przez CIA w celu kręcenia filmów przez lustro weneckie i rejestrowania tego, co się dzieje w pierwszym".

Gottlieb ściśle nadzorował tę operację. Regularnie spotykał się ze swoim współpracownikiem w Waszyngtonie i Nowym Jorku, a ich osobista więź stawała się coraz silniejsza. Kiedy 3 sierpnia 1954 roku szef Wydziału Chemicznego TSS obchodził trzydzieste szóste urodziny, White, który zajmował się hobbystycznie kaletnictwem, podarował mu w prezencie ręcznie wykonany pasek.

'Doktor Śmierć' Stephena Kinzera (fot. Materiały prasowe)

*Fragmenty książki "Doktor Śmierć" Stephena Kinzera, tłumaczenie: Łukasz Müller

**Śródtytuły pochodzą od redakcji