Historia
Pałac Kultury i Nauki (fot. Maciej Parzniewski)
Pałac Kultury i Nauki (fot. Maciej Parzniewski)

Był taki czas, gdy Polska chciała produkować własne komputery. I produkowała. Już samo to z dzisiejszej perspektywy brzmi bajkowo. A będzie jeszcze lepiej.

Bo był to również czas, gdy w zespołach, które konstruowały pierwsze komputery, pracowały kobiety - nierzadko stanowiły jedną trzecią ich pracowników. I nikogo to nie dziwiło. A już programistka? To dopiero był "babski zawód".*

(...)

Zakład Aparatów Matematycznych**

Ewa Kardymowicz, wtedy Zaborowska, dołączyła do Zakładu Aparatów Matematycznych w 1961 roku, na chwilę przed tym, jak stał się Instytutem Maszyn Matematycznych.

- Może jedna trzecia, a może połowa kobiet w branży zajmowała się wtedy poważną pracą umysłową - wspomina Jan Borowiec. Co z resztą? - W maszynie XYZ [pierwszy działający komputer polskiej produkcji, powstał w 1958 roku - przyp.red.] posługiwaliśmy się kartami dziurkowanymi, po maszynach liczących IBM jeszcze sprzed wojny. Ktoś to musiał dziurkować i to była "robota głupiego". Wykonywało ją wiele kobiet.

Pracownice te były więc kimś w rodzaju sekretarek: "tłumaczyły" ułożony przez programistów kod na "język" dziurek na kartach (dziurka oznaczała jeden, brak dziurki - zero), które następnie wkładało się do komputera. Nikt jednak nie traktował tego zajęcia jako typowo kobiecego. Bo w sekcji, którą dziś nazwalibyśmy programistyczną, też pojawiało się coraz więcej kobiet. - Dwa tygodnie po mnie przyszły kolejne dwie osoby, w tym jedna koleżanka - wspomina Ewa Kardymowicz.

Borowiec twierdzi, że Zakład nie poszukiwał geniuszy, ale według Kardymowicz wyniki w nauce miały znaczenie przy rekrutacji: - W kadrach trzeba było pokazać indeks, więc musiało tak być. Może też chcieli się upewnić, czy ja potrafię to, co powinnam, bo pracę magisterską pisałam z topologii.

Jowita Koncewicz z taśmą perforowaną (fot. Archiwum prywatne)

- To tak jak ja! - mówi szef zespołu SAKO [język programowania - przyp.red.], Antoni Mazurkiewicz. O pokazywaniu indeksów nic jednak nie wie, bo nie miał wpływu na rekrutację swoich późniejszych pracowników. - Jak dla mnie kryterium było jedno: to, czy ktoś potrafi logicznie myśleć.

Ewa wybrała studia matematyczne na UW, bo od dziecka lepiej radziła sobie z przedmiotami ścisłymi. Tak, zaintrygowało ją ogłoszenie z Zakładu Aparatów Matematycznych, podkreśla jednak, że zależało jej w gruncie rzeczy na jakiejkolwiek pracy. Chciała odciążyć mamę, która utrzymywała ją sama. Ojca Ewy w 1943 roku rozstrzelali Niemcy; dziewczynka miała wtedy cztery lata. Niewiele poza tym pamięta z czasów okupacji. Późniejsze lata spędziła w Zakopanem, dokąd jej mama pojechała z nią w poszukiwaniu pracy - zajmowała się tam rękodziełem. To pod Tatrami przyszła programistka skończyła podstawówkę i liceum. - Do tej pory mam kontakt z przyjaciółmi z tamtych czasów. A prace mamy z tego okresu może pani tu zobaczyć - mówi, pokazując martwe natury na ścianach swojego mieszkania.

Ewa z dumą wspomina kilkadziesiąt lat swojej pracy. Ma pękatą teczkę ze świetnie zachowanymi dokumentami, nie tylko z Instytutu Maszyn Matematycznych. W latach 90. przeniosła się do Biblioteki Narodowej i odegrała znaczącą rolę w komputeryzowaniu jej katalogu.

"Wszechwiedzący" komputer

W początkach Instytutu pionierzy informatyki pracowali przy ulicy Koszykowej, w gmachu dzielonym ze studium wojskowym Politechniki. Musieli jednak często chodzić na Śniadeckich, gdzie mieściła się montownia pierwszych komputerów. - Stresujące było to przemieszczanie się, bo przechodziło się przez plac, gdzie ci wojskowi studenci stali w dwóch szeregach, akurat tak, że każda dziewczyna musiała przed nimi przedefilować. Słyszałyśmy różne komentarze - wspomina ze śmiechem Ewa. Ale kto już wszedł na Śniadeckich, ten potrafił przepaść bez wieści. - Jak się pisało programy, to się przychodziło do pracy w różnych godzinach dnia i nocy. Zamawiało się dostęp do komputera na pół godziny, żeby "puścić" program.

A bywało i tak, że młodzi programiści spędzali tam całą noc: - Tak było, jak mieliśmy programowanie grupowe - wspomina Zofia Okrasińska, rocznik 1938, panieńskie nazwisko Galster. Dołączyła do Instytutu rok po Ewie Zaborowskiej. Podkreśla, że nigdy nie pracowała na XYZ, załapała się już na czasy kolejnej skonstruowanej tam maszyny, ZAM-2. Jednak tryb pracy się nie zmienił. - Nasz szef, Andrzej Wiśniewski, uważał, że możemy czuć się wyróżnieni, mając stały kontakt z tymi komputerami. Opowiadał, jak jeden z ówczesnych ministrów błagał go o godzinę pracy na maszynie, o dowolnej porze. Zawsze to sobie przypominam, jak teraz widzę te komputery w smartfonach, w rękach dzieci.

XYZ był prawdziwą gwiazdą. Opisywano go jako "wszechwiedzący" - według czasopisma "Młody Technik" potrafił "wyliczać orbity sputników i kierować rakietami". Chyba nie dla wszystkich było jasne, że maszyna rozwiązuje wiele problemów, ale jedynie matematycznych.

Kiedyś przyszła wycieczka rolników. I jeden z nich mówi do mnie: "Niech pan zapyta tej maszyny, co ja mam zrobić, żeby mi się świnie lepiej prosiły" - opowiada były inżynier technik z Instytutu, Ryszard Pomaski. Jego żona Krystyna, z domu Niemiec, urodzona w 1935 roku, to kolejna przyjaciółka Ewy z czasów pracy w IMM.

Po lewej: Ewa Kardymowicz (wtedy Zaborowska), lata 60. (fot. Archiwum prywatne) , po prawej: Krystyna Pomaska (fot. Archiwum prywatne)

Co można było pokazać na komputerze takiej wycieczce, skoro programowanie zajmowało całe wieki? Antoni Mazurkiewicz wspomina, że mieli w Instytucie trochę gotowych programów, które pozwalały unaocznić możliwości XYZ. Maszyna wypluwała na przykład obliczenia trajektorii dwóch punktów, które sunęły po torach i miały się spotkać w wybranym miejscu.

Wizyta generała

W USA pierwszy komputer powstał na zlecenie wojska, w Polsce - był rezultatem pracy grupy hobbystów, ale wojskowi mieli świadomość, że mogliby z niego korzystać. - Bardzo byli tej maszyny ciekawi i bardzo się jej bali - opowiada Mazurkiewicz. - Im wyższy stopień, tym więcej lęku. Jak już przychodził generał i mówiliśmy: "Panie generale, proszę wcisnąć ten guzik", to było pewne, że on do wciskania guzika wezwie adiutanta. Przecież nie wypadało, żeby taki wielki generał się pomylił albo, co gorsza, zepsuł maszynę!

A ta bardzo lubiła płatać figle akurat w obecności mundurowych. Ewa Kardynowicz, Zofia i Krystyna nawet mówiły między sobą o "efekcie generalskim": - Zawsze coś się psuło albo zawieszało, jak akurat wizytował nas jakiś generał.

Ostatecznie jednak XYZ znany jest dziś głównie z obliczeń wykonywanych na zlecenie wojska. Choć jak wspomina Mazurkiewicz, pierwsi do maszyn z IMM przekonali się koledzy z Instytutu Fizyki. Cieszyli się, że w końcu mogą ich użyć do działań, których jeszcze do niedawna, licząc "na piechotę", nie byli w stanie wykonać.

Kiedy Kardymowicz, Okrasińska i Pomaska pojawiły się w Instytucie, SAKO był na etapie ostatnich szlifów. Działał już SAS. Jak mówi Krystyna, przekładanie poleceń dla komputera na język zer i jedynek to była mrówcza robota. - Musieliśmy analizować każde słowo używanego przez nas kodu z osobna, żeby wiedzieć, jak je przetłumaczyć na te zera i jedynki.

Zofia próbuje sobie przypomnieć, czy pierwsze "robale" pisały z koleżankami do SAS-u. Chodzi o schematy blokowe, graficzny obraz algorytmów, czyli sekwencji działań, jakie ma wykonać maszyna zgodnie z poleceniami opisanymi w programie. W tamtych czasach rysowało się je na kartkach. Krystyna pokazuje mi całe ryzy papieru zapisane "robalami".

XYZ (fot. Młody Technik 7/1974 / Domena publiczna)

O tym, że w Polsce powstał język programowania, mówiło się we wszystkich demoludach. Ewa już w 1961 roku znalazła się w ekipie prezentującej SAKO na konferencji w Kijowie. Był to dla niej powód do dumy, bo przecież nie pracowała przy tym projekcie od samego początku.

Życie SAKO, jak już wiemy, okazało się krótkie, bo kolejna generacja warszawskich komputerów, ZAM-3 i ZAM-21, wymagała już bardziej zaawansowanych języków i technologii. Zespół SAKO podzielił się wówczas na trzy grupy. W tej tworzącej translator ALGOL-u znalazły się Jowita Koncewicz i Maria Łącka. Krysia dołączyła do zespołu COBOL-a, podobnie jak Zofia Okrasińska. Ewa została zaangażowana do pracy przy systemach operacyjnych.

(...)

Projekt RIAD

Choć technologia rozwijała się w zawrotnym tempie i pojawiały się coraz to nowsze komputery, aż do lat 70. nie zmieniało się jedno: trzeba było wyjść z domu, żeby programować. Krystyna: - Chodziło się "na komputer", bo w mieście był na przykład jeden egzemplarz jakiejś maszyny. Pamiętam, jak kursowałam do Pałacu Kultury, kiedy przygotowywałam pracę magisterską. Pracowałam na komputerze Ural, który zajmował tam całe szóste piętro.

Ewa: - Jak już wszedł IBM, to w mieście zrobiło się tych maszyn więcej. Jeśli jedna była obciążona, szło się gdzie indziej. IMM kupował wszelkie nowości i miał własny IBM 360, ale gdy kolejka do niego była za długa, można było próbować na przykład w ZETO.

Rewolucją było pojawienie się wrocławskich odr. Wprawdzie nadal nie były to pecety, na których można było pracować z domu, ale programowało się je szybciej i poręczniej. Mniejsze i sprawniejsze od dotychczas używanych komputerów, miały też monitory i klawiatury. Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale XYZ był podłączony do oscyloskopu, na którego ekranie wyświetlały się jasne punkty ("jedynki") i ciemne przestrzenie między nimi ("zera"), z kolei ZAM-41 nadal korzystał z dalekopisu. Odry były również tańsze od maszyn IBM, bo produkowano je w kraju. W drugiej połowie lat 60. pojawiły się na uczelniach i w zakładach przemysłowych.

- Programowanie stało się łatwiejsze i zabierało mniej czasu - wspomina Krystyna. - Dzięki klawiaturze i monitorowi można było pracować na komputerze w pojedynkę, bez operatorów, którzy dawniej uruchamiali maszyny.

I kiedy się wydawało, że wszystko dobrze idzie, pojawił się zgrzyt. Polskiej informatyce zafundowało go nawet nie państwo, tylko cała RWPG, która w 1969 roku uparła się produkować wspólnie jeden model komputera: klon IBM 360. Tak w dużym skrócie można opisać projekt RIAD - Jednolity System Elektronicznych Maszyn Cyfrowych.

Każdemu z państw bloku wschodniego wyznaczono konkretny wycinek pracy. W Polsce miały powstawać procesory, pamięci taśmowe i drukarki - wszystko wzorowane na urządzeniach zza oceanu. Pracę nad nimi moje rozmówczynie z Elwro wspominają jako odtwórczą. Według nich RIAD zabił entuzjazm całego pokolenia młodych informatyków, którzy najpierw dostawali nagrody państwowe za pierwsze skonstruowane w Polsce komputery (tak było w przypadku Analizatora Równań Różniczkowych czy ZAM-2), a potem kazano im zarzucić dotychczasowe projekty i kopiować cudze pomysły. Zaletę RIAD miał jedną: był wspólnym wrogiem, który zjednoczył Warszawę i Wrocław.

* Fragmenty książki "Cyfrodziewczyny. Pionierki polskiej informatyki" Karoliny Wasielewskiej ** Śródtytuły pochodzą od redakcji

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Karolina Wasielewska, autorka książki 'Cyfrodziewczyny. Pionierki polskiej informatyki' (fot. Jakub Szafrański / Krytyka Polityczna)