Historia
Mirosław Popławski przeglądający rodzinne pamiątki (fot. Archiwum prywatne)
Mirosław Popławski przeglądający rodzinne pamiątki (fot. Archiwum prywatne)

Mama spojrzała na nas: na ośmio- i dziewięciolatka, którzy mieli strach w oczach, przeniosła wzrok na wózek, w którym leżało niemowlę, po czym osunęła się na fotel i powiedziała: "Możecie nas pozabijać. Nigdzie nie jedziemy".*

I zapadła w letarg. Ta dzielna, zaradna kobieta! Mężczyźni spojrzeli po sobie i zaczęli nas pakować: dokumenty, pościel, żywność, ciepłe ubrania. Ubrali nas, Leszka, na końcu mamę. Zapakowali na sanie i zawieźli na stację do Mołodeczna. Stało na niej z pięćdziesiąt wagonów. Rosjanie wpychali nas do nich z okrzykami: "Bystrieje, polskie pany!". (...)

Życie w łagrze**

- Przyjechaliście tu, by sumienną pracą dla dobra socjalizmu zapracować na miano godnych obywateli tego wielkiego kraju - ZSRR. Będziecie tu do śmierci, a traktowani będziecie jako element niepewny i krnąbrny, podlegający resocjalizacji.

Dodał jeszcze to, co słyszeliśmy potem wielokrotnie i co miało odebrać nam resztki nadziei: "Polszy uże niet".

Rodzina Popławskich w 1937 roku: mama Janina, tata Mieczysław oraz synowie Konrad i Mirek (fot. Archiwum prywatne)

Rozległ się szloch, płacz, krzyki, przekleństwa, po czym załadowano kobiety, dzieci i nasze tobołki na przygotowane już kilkadziesiąt par sań i popędzono nas 10-12 kilometrów do osady Udacznyj. "Udane osiedle" okazało się zwyczajnym łagrem. Na placu o wymiarach 500-700 metrów bieżących stało w rzędach piętnaście baraków z okienkami 30×30 centymetrów wypchanymi szmatami, bo szyby były tylko gdzieniegdzie, częściej - pęcherze rybne.

Na tym placu nas zebrano i przeszukiwano bagaże - od razu zabrano radioodbiorniki, aparaty fotograficzne, zakazane książki i czasopisma. "Polskich panów" resocjalizować mieli radzieccy kryminaliści, gotowi znęcać się nad nami za byle co. Byli gorsi od NKWD, a nawet od komendanta chodzącego zawsze z bronią i wilczurem. Omijaliśmy ich szerokim łukiem.

O tym, jak ci wolnonajemcy są okrutni, było nam dane przekonać się pewnego mroźnego poranka, gdy nasz sąsiad - pan Wilczyński - zmożony chorobą, nie był w stanie podnieść się z pryczy i stawić na apelu. Obozowy lekarz orzekł zdolność do pracy, więc ci wywlekli go na zewnątrz i zatłukli kolbami na oczach żony i trojga dzieci. Do końca życia będę pamiętał krzyk sześcioletniej Krysi: "Tatusiu, tatusiu, kocham cię!". Ta scena śni mi się do dziś.

*

Przydzielono nas do baraku dziewiątego, kwartira piąta. Barak miał kształt podkowy, podzielony był na dwadzieścia dwa boksy: trzy prycze po jednej i trzy prycze po drugiej stronie. W każdym boksie - na 4 metrach kwadratowych - spały dwie, trzy rodziny: po metrze kwadratowym na głowę, jak w trumnie. Z czasem pozwolono nam te boksy wygrodzić. Barak zamieszkiwało blisko 120 osób.

Spaliśmy na gołych dechach, na które kładliśmy koce, ubrania, co kto miał. Na korytarzu stały dwa blaszane piece - wychodzące z nich rury łączyły się pod sufitem i wychodziły na zewnątrz. Pod nimi szły druty, na których suszyły się przemoczone i przepocone ubrania, onuce, kufajki, a na piecach - buty. Smród od nich był niemożliwy.

Schemat obozu 'Udacznyj' na Syberii, który po powrocie do Polski odtworzył Mirosław Popławski (fot. Archiwum prywatne)

Obóz leżał na podmokłych terenach, w sąsiedztwie bagien - latem siedliska komarów. Od ich ukąszeń dostawaliśmy opuchlizny, zdarzało się, że ktoś w jej wyniku umierał. Nosiliśmy maski ochronne - bardzo niewygodne, pot zalewał w nich twarz, trudno było oddychać, ale jako tako ratowały przed owadami. Resztę ciała smarowaliśmy dziegciem - odstraszał insekty, ale u ludzi powodował wysypkę, obrzęk, świąd i rany po zadrapaniach. Już nie wiadomo było, co gorsze: drapać się po ukąszeniach komarów i meszek czy po dziegciu.

Zobacz wideo

Po pracy szło się do stołówki - na zupę z ościami z ryby i zmarznięte kartofle. Z Konradem dostaliśmy siekiery większe od nas. Rąbaliśmy nimi gałęzie, które potem, układając w stożek, stroszyliśmy, by wyglądały na wyrobioną dniówkę. Kto miał ruble, w sklepie mógł kupić bardzo drogi chleb, kaszę jęczmienną i jaglaną, cukier, sól, solone śledzie. Ruble dostawaliśmy od wujka Heńka Nizińskiego z Polski - brata mamy; do tej pory mam zachowane kilkadziesiąt przekazów po 50 rubli. Mama była uprzywilejowana, bo jako matematyczka biegle władająca rosyjskim prowadziła obozową buchalterię, wiodło nam się więc lepiej niż innym.

Dzięki jej pracy my mogliśmy przestać pracować. Całymi dniami pilnowaliśmy Leszka, zdejmując z niego pluskwy. Żarły niemiłosiernie. Ściany baraków umazane były ich i naszą krwią. Chcieliśmy je kiedyś przechytrzyć i nogi łóżka wstawiliśmy w pojemniki z wodą. Ale one wchodziły po ścianie na sufit i stamtąd przypuszczały desant, spadając na ofiarę. (...)

Naturalną selekcję gwarantowały głód i ostry klimat. Choroby nikogo nie omijały, ostra biegunka dopadła także jednego z najmłodszych zesłańców - naszego rocznego Leszka. Woda lała się z niego całymi dniami, nikł w oczach - z uroczego bobaska zamienił się w szkielecik obciągnięty bladą skórą. Z główki przypominającej małą małpkę patrzyły przerażone wielkie oczy. Odgarniając łażące po nim robactwo, modliłem się za niego, a mama u enkawudzistów i wolnonajemców wymieniała nasze ubranka komunijne i złotą bransoletę na kakao, mleko i kartofle. I stał się cud - Leszek stopniowo przezwyciężał chorobę. Przeżył, dziś oczekuje prawnuków. (...)

Po lewej: Mirosław Popławski w 1944 roku; po prawej: Janina Popławska - matka Mirosława, fotografia z 1943 roku (fot. Archiwum prywatne)

"Miruś, Radek, dzieci moje, to ja, wasz tatuś!"

W końcu czerwca 1941 roku dotarła do nas wiadomość, że Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Spekulowaliśmy: może Japończycy zaatakują od wschodu i wkrótce nas oswobodzą; może cofająca się armia sowiecka zawrze porozumienie z broniącą się jeszcze Anglią i innymi krajami okupowanymi przez Niemcy, w tym z Polską.

I nagle w pierwszych dniach sierpnia 1941 roku gruchnęła wiadomość, że jesteśmy wolni. Mówiono o amnestii, ale przecież amnestia to darowanie win, a czym my zawiniliśmy? Zamknięto nas tu tylko dlatego, że jesteśmy Polakami.

Z decyzją o wyjeździe nikt nie zwlekał. Trzeba było wykupić cały wagon. Dla nas najważniejsze było połączyć się z ojcem i babcią, i wyjechać jak najdalej stąd, a jak najbliżej Polski. Od brata mamy - wspominanego wujka Heńka - znaliśmy adres taty: był w obwodzie nowosybirskim, czyli o jakieś tysiąc kilometrów bliżej Europy niż my. Mama nadała do niego depeszę: "Żyjemy, jesteśmy zdrowi", a do Tajszetu jeździła w jego sprawie.

Wreszcie wyrobiła dokumenty potrzebne do tego, byśmy się połączyli. Pojechaliśmy po nie do Irkucka. Piękne to miasto, drewniane domy o bogatej kolorystyce i rzeźbie. Zobaczyliśmy jezioro Bajkał - oczywiście tylko jego wycinek; z północy na południe ciągnie się ono na długości 670 kilometrów. Wkrótce tata nadesłał depeszę, że przyjadą z babcią 10 września 1941 roku do Kwitka.

Uparliśmy się z Konradem, że wyjdziemy po nich na stację. Szliśmy na nią dwie godziny. Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy pociągu, wreszcie przyjechał. Usilnie wypatrywaliśmy ojca. Tłum się przerzedzał, a my wciąż go nie widzieliśmy. Na peronie została garstka osób, wśród nich nie było ojca. Zrezygnowani, gotowi byliśmy wracać do mamy ze smutnymi wieściami, gdy podszedł do nas wychudzony dziad, brudny, zarośnięty, z brodą do klatki piersiowej.

Trasa, którą Mirosław Popławski przebył na Syberię i z powrotem - przez Moskwę (fot. Archiwum prywatne)

"Miruś, Radek, dzieci moje, to ja, wasz tatuś!". Za nim szła babcia. Nie poznaliśmy własnego ojca. W niczym nie przypominał tego krzepkiego, silnego mężczyzny, którego znaliśmy przed zsyłką. Przywitanie mamy z ojcem i teściową zdziwiło nas jeszcze bardziej niż widok ojca. Mama płakała, a oni ją uspokajali. Teraz, jako dorosły, wcale się temu nie dziwię: mama przez kilkanaście miesięcy była odpowiedzialna za troje dzieci, w tym niemowlę. Wokół umierali ludzie, a ona wciąż o nas drżała i wiedziała, że niewiele może zrobić, by nas uratować. Choć przecież robiła wiele. Żyła w ciągłym napięciu, teraz to napięcie z niej zeszło, mogła sobie pozwolić na chwilę słabości - byli z nią inni odpowiedzialni za nas dorośli.

Złożyliśmy się w kilka rodzin i wykupiliśmy wagon. Wcześniej gromadziliśmy jedzenie: suszyliśmy chleb na suchary, kupiliśmy świniaka, przetapialiśmy smalec. Z Konradem zbieraliśmy runo leśne, a gdy we wrześniu zima je zmroziła, zakładaliśmy pułapki na małe zwierzęta: łasice, borundiuki, raz złapał się w nie nawet soból. Ojciec chodził do okolicznych wiosek wymieniać nasze ubrania na jedzenie.

Pewnego razu w drodze powrotnej zaczął zamarzać. To się tam często zdarzało - siarczysty mróz wywoływał duże zmęczenie, potem senność - jak człowiek zasnął, jego los był przesądzony: zamarzał i umierał. Całe szczęście tata nie był sam. Pan Książek, gajowy znany jeszcze z Kraśnego, natarł tatę śniegiem i dowlókł do domu.

26 lutego 1942 roku opuściliśmy łagier i poszliśmy do Kwitka z tobołami. Wsiedliśmy do wykupionego w pięć rodzin wagonu i kazaliśmy jechać do Kujbyszewa, bo tam była polska ambasada. Ostatnią noc przed wyjazdem spędziliśmy u Polaków, których rodzina przebywała na Syberii od powstania styczniowego. Gościnnie nas przyjęli - nakarmili, napalili w piecu. I znów uratował nas Konrad.

Obudziły go mdłości i wymioty, wygramolił się z betów, otworzył drzwi, buchnęło mroźne powietrze i tylko dzięki temu nie zatruliśmy się czadem. Rodzice leżeli już bez przytomności, potem stopniowo ją odzyskiwali.

Rano wsiedliśmy do pociągu. W Tajszecie wagon nasz doczepiono do pociągu jadącego w kierunku Europy. Ewakuujący się z tamtejszego posiołka Polacy zostawili po sobie cmentarzysko - zmarł co piąty z przywiezionych, co czwarty zmarły to dziecko.

*Fragmenty książki "Dzieci wygnane. Tułacze losy małych Polaków w czasie II wojny" Moniki Odrobińskiej ** Śródtytuły pochodzą od redakcji

'Dzieci wygnane. Tułacze losy małych Polaków w czasie II wojny' Moniki Odrobińskiej (fot. Materiały prasowe)