Historia
Pacjenci krakowskiego szpitala, pierwsza połowa XX wieku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Pacjenci krakowskiego szpitala, pierwsza połowa XX wieku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

To, że w połowie XX wieku polio zaatakowało USA i inne bogate kraje, w najprostszy sposób da się wyjaśnić. nadmiarem higieny. W styczniu 1948 roku w laboratorium w Pearl River w stanie Nowy Jork młody imigrant z Polski podnosi do ust zlewkę z oleistą cieczą i po chwili wahania wypija zawartość. To samo robi jego asystent. Rozdrobniona w mikserze substancja to mózg szczura zakażonego śmiertelnie groźnym wirusem. W ten sposób doktor Hilary Koprowski i Thomas Norton robią milowy krok w stronę opanowania choroby, która wzbudza popłoch w najpotężniejszym państwie świata. Uda się, pod warunkiem że wirus ich nie zabije.*

(...)

Pan Heine i pan Medin

Pierwszy człon swojej nazwy choroba zawdzięcza Jakobowi Heinemu (1800-1876), lekarzowi ortopedzie, który w instytucie w Cannstatt pod Stuttgartem prowadzi rehabilitację dzieci dotkniętych m.in. skoliozą. Heine opisuje zespół objawów jako paraliż dziecięcy, ale nie zna sposobów przenoszenia się tej choroby.

Pół wieku później profesor pediatrii z Instytutu Karolinska w Sztokholmie Karl Oskar Medin (1847-1927), analizując przypadki swoich pacjentów z roku 1885 i 1887, uznaje, że jest to choroba zakaźna. Przenosi się z człowieka na człowieka i atakuje przede wszystkim dzieci do trzeciego roku życia, choć co dziesiąta ofiara choroby ma więcej niż 14 lat.

Poza tym jednym kryterium długo nie udaje się znaleźć innego. Choroba rozwija się zarówno podczas upalnego, suchego lata, jak i przy 30-stopniowym mrozie. Z czasem od łacińskiego opisu tej choroby (poliomyelitis anterior acuta, czyli wirusowe zapalenie rogów przednich rdzenia kręgowego) choroba Heinego-Medina określana jest też jako polio.

Jak ustrzec dzieci

W Polsce pierwsze wzmianki o tej chorobie pochodzą z końca XIX wieku. W Kongresówce w 1911 roku odnotowano 186 przypadków. I mimo że nawet dziesięć spośród nich nie zakończyło się śmiercią, to lekarze zwrócili na nie uwagę. Bo nie dość, że choroba atakowała prawie wyłącznie małe dzieci, to w dodatku te z zamożniejszych rodzin. Zaczynało się przeważnie jak przy grypie, od bólu głowy i gorączki, ale już po kilkudziesięciu godzinach dochodziły kolejne objawy - nieżyt żołądkowo-jelitowy i uczucie sztywności karku oraz pleców. W niektórych przypadkach na tym się kończyło, ale wielu chorych traciło władzę w rękach i nogach. Paraliż mięśni z reguły był niesymetryczny, chociaż czasami dochodziło do niedowładu nie tylko wszystkich kończyn, ale też niektórych mięśni tułowia.

U niektórych chorych porażenia samoistnie ustępowały po kilku tygodniach lub miesiącach, ale bywało i tak, że objawy postępowały - dochodziło do zaników mięśniowych i skrócenia objętej porażeniem kończyny. W takich wypadkach chory, który początkowo może chodzić wsparty na kulach, po kilku latach zdany jest już na wózek, a czasami nie jest w stanie nawet samodzielnie oddychać.

 

Lekarze są bezradni. Mogą się tylko pocieszać tym, że w Polsce nowych chorych w latach 20. i 30. liczy się w setkach, a w Stanach Zjednoczonych w tysiącach. W Europie na polio najczęściej chorują Duńczycy. Kolejne miejsca zajmują Norwegowie, Szwedzi, Austriacy i Niemcy. W Polsce przed 1951 rokiem w przeliczeniu na 100 tysięcy mieszkańców lekarze odnotowują 0,7-1,4 chorego, podczas gdy w Berlinie współczynnik ten wynosi 76,9, a w Austrii 50,6.

Między rokiem 1950 a 1951 w Polsce dochodzi jednak do raptownego skoku - z 349 do 3060 nowych przypadków. Zrazu głównym ogniskiem jest Dolny Śląsk, potem Warszawa. Choroba przeskakuje z miejsca na miejsce i po chwilowym spadku liczby zachorowań atakuje z nową siłą.

Panikę pogłębiają wieści z zagranicy. Polio zabija w Berlinie i w Wielkiej Brytanii - więcej zgonów powoduje tam tylko grypa. Jednak najgorzej jest wciąż w USA, gdzie polio jest odpowiedzialne aż za jedną trzecią przypadków kalectwa wśród ludzi do 25. roku życia. W 1951 roku - tym samym, w którym w Polsce na polio zapada ponad 3 tysięcy osób - w całej Europie lekarze odnotowują 16 tysięcy przypadków tej choroby, a w USA jest ich aż 28 tysięcy.  W 1952 roku liczba nowych przypadków po obu stronach Atlantyku się podwaja.

Feralna kąpiel Roosevelta

W porównaniu z innymi plagami trapiącymi świat w poprzednich stuleciach polio powoduje znacznie mniej ofiar. Jednak w odróżnieniu od cholery, grypy czy tyfusu, które po podniesieniu poziomu sanitarnego atakują teraz głównie peryferia bogatej części świata, nowa plaga do tych reguł się nie stosuje.

To, że w połowie XX wieku polio zaatakowało USA i inne bogate kraje, w najprostszy sposób da się wyjaśnić. nadmiarem higieny. Im jakiś kraj był biedniejszy, tym miał gorszą higienę, ale dzięki temu organizmy ludzi, stykając się stale z różnymi wirusami, uczyły się z nimi walczyć - rozwijały przeciwciała niedopuszczające do rozwoju choroby.

W Ameryce i innych państwach zaatakowanych przez polio strach był tym większy, że nie do końca było wiadomo, jak choroba się przenosi. Franklin Delano Roosevelt nabawił się jej, gdy miał 39 lat. Po wakacyjnej kąpieli w chłodnych kanadyjskich wodach pojawiła się wysoka gorączka, silne bóle, a na koniec paraliż.

(...)

W czasach Roosevelta lekarze coraz lepiej poznają polio. Wiedzą, że nie istnieje terapia lecząca chorobę, że można leczyć tylko jej symptomy. Choremu można ulżyć w cierpieniu dzięki dobrze przeprowadzonej fizjoterapii. Trzeba zapobiegać zesztywnieniu porażonych mięśni. Dopóki chory potrafi wykonać choćby kilka kroków, należy mu w tym pomóc, stosując aparaty ortopedyczne. Używa się ich do podtrzymywania stawów, w okolicach których mięśnie są bardzo słabe.

Lekarze wiedzą też, że czasami dla opóźnienia postępów choroby niezbędna okazuje się skomplikowana operacja kręgosłupa. Jednak dla ludzi przerażonych wizją własnego dziecka przykutego do wózka to o wiele za mało.

Roosevelt jeszcze w latach 20. utworzył fundację pomagającą chorym na polio, a gdy został prezydentem, sprawa nabrała dynamiki - w całym kraju organizowano zbiórki pieniędzy na badania. Wpłacali je zwykli ludzie, funduszy nie szczędziły też koncerny, a akcji nie przerwała nawet śmierć Roosevelta w kwietniu 1945 roku.

Roosevelt jeszcze w latach 20. utworzył fundację pomagającą chorym na polio, a gdy został prezydentem, sprawa nabrała dynamiki (po lewej: fot. Leon A. Perskie / FDR Presidential Library & Museum / CC BY 2.0, po prawej: fot. Margaret Suckley / Franklin Delano Roosevelt Library)

Muzyka i medycyna

Problemem okazują się ambicje badaczy oskarżających się wzajemnie o podkradanie wyników i deprecjonowanie rywali. Ostatecznie na mecie pierwsi meldują się trzej naukowcy o polskich korzeniach.

(...)

Urodzony w zamożnej warszawskiej rodzinie Hilary Koprowski długo nie mógł się zdecydować, czy chce być lekarzem, czy pianistą. Studiował więc jednocześnie w konserwatorium i na Uniwersytecie Warszawskim. Do egzaminów z medycyny przygotowywał się, grając etiudy Chopina z podręcznikiem wirusologii zamiast nut przed oczami.

Zdaniem Koprowskiego wirusa polio należy rozcieńczyć na tyle mocno, aby przestał być złośliwy. Człowiek, któremu się taki specyfik zaaplikuje, ma być uodporniony na prawdziwy atak wirusa. Problem w tym, że Koprowski sam musi ustalić to stężenie.

Szczepi szczury, lecz ostateczną gwarancję ma mu dać dopiero doświadczenie na człowieku. To dlatego w styczniu 1948 roku w laboratorium pod Nowym Jorkiem wznosi toast koktajlem z mózgu szczura. Wie, że dla innych naukowców to nie będzie żaden dowód, więc wciąż doskonaląc sporządzoną przez siebie szczepionkę, szuka osób, na których mógłby sprawdzić jej skuteczność. Musi być ich wystarczająco dużo, żeby wyniki badań były miarodajne.

Z pomocą doktora Karla Meyera, dyrektora Fundacji Hoopera na Uniwersytecie Kalifornijskim, Koprowski dostaje zgodę na testy w ośrodku opiekuńczym dla dzieci opóźnionych w rozwoju w Sonoma County. Jest rok 1951, próby kończą się powodzeniem.

Koprowski po latach przyznaje, że wkrótce potem tego typu doświadczenie nie byłoby już możliwe, bo prędzej dopuszczono by do wybuchu epidemii, niż zaryzykowano życie kogokolwiek, podając mu niesprawdzoną szczepionkę.

(...)

 

Rozkaz Chruszczowa

Przed analogicznym problemem stoi Albert Bruce Sabin z Uniwersytetu w Cincinnati. Jest starszy o dziesięć lat od Koprowskiego i też pochodzi z Polski - urodził się w Białymstoku w rodzinie ortodoksyjnych Żydów, a do USA wyjechał jako nastolatek.

Dzięki studiom na New York University i rozlicznym kontaktom w świecie medycznym ma już mocną pozycję, gdy Koprowski dopiero stawia pierwsze kroki w Ameryce. Ale informacje o dokonaniach rywala dopingują Sabina do pracy. Stawia wszystko na jedną kartę i jedzie do Moskwy.

Podobno radzieckiego przywódcę Nikitę Chruszczowa przekonało jego rosyjsko brzmiące nazwisko. Ministerstwo zdrowia ZSRR wydaje zgodę na szczepienia przy użyciu specyfiku Sabina - początkowo tylko w republikach Litewskiej i Mołdawskiej, a następnie w całym kraju. Natychmiast ogłasza też stuprocentowy sukces: 70 milionów zaszczepionych i żadnych efektów ubocznych!

Naukowcy nie dowierzają, ale nie są w stanie podanych im z Moskwy wiadomości zweryfikować. Sabin triumfuje. W kwietniu 1960 roku jego szczepionka zostaje uznana za całkowicie skuteczną w unicestwieniu wirusa polio. 40 uczelni w różnych krajach przyznaje mu doktorat honoris causa. Do szczęścia brakuje mu tylko Nagrody Nobla.

Niebezpieczna szczepionka

Sabin przeprowadził w ZSRR szczepienia na ogromną skalę, na co na pewno nie miałby szans w Stanach Zjednoczonych, które długo żyły aferą wywołaną przez szczepionkę doktora Jonasa Salka. Urodzony w nowojorskim Harlemie, podobnie jak Koprowski i Sabin, miał polskie korzenie. Początkowo zajmował się opracowaniem szczepionki na grypę, ale szybko zorientował się, że prawdziwe laury zbierze ten, kto poradzi sobie z polio. W kwietniu 1954 roku w USA opracowaną przez Salka szczepionkę zaaplikowano równocześnie aż 440 tysiącom dzieci. Inaczej niż kilka lat później w ZSRR, wyników nie ogłoszono od razu, ale, podobnie jak tam, pochwalono się pełnym sukcesem.

12 kwietnia 1955 roku Fundacja do spraw Paraliżu Dziecięcego ogłosiła, że szczepionka Salka jest bezpieczna, silna i skuteczna. Na fali euforii Hollywood chciało nawet nakręcić film o życiu Salka, gdy z różnych stron kraju zaczęły napływać sygnały o objawach paraliżu u niedawno zaszczepionych dzieci. W krótkim czasie u 250 dzieci nastąpiły powikłania, u 150 częściowy lub zupełny paraliż, a 11 zmarło.

"Największe medyczne odkrycie stulecia", jak o szczepionce Salka zdążyły napisać gazety, okazało się przyczyną katastrofy. Niektóre zaszczepione dzieci same nie chorowały, ale przenosiły polio na innych. Szczepionka została natychmiast wycofana i choć część odpowiedzialności zrzucono na jej producenta, to pozycja naukowa Salka mocno się zachwiała. Ten nie daje jednak za wygraną. Udoskonala szczepionkę i aplikuje ją sobie oraz synom, co przekonuje Amerykanów.

Do 1962 roku zaszczepiła się ponad połowa mieszkańców USA do 40. roku życia, a zachorowalność na polio spadła o 86 procent.

Jonas Salk na konferencji w 1988 roku (fot. CDC Public Health Image Library)

Szczepić - na wszelki wypadek

W tym samym czasie udaje się opanować polio także w Polsce. Jesienią 1959 roku z inicjatywy profesora Feliksa Przesmyckiego, dyrektora Państwowego Zakładu Higieny, rozpoczęto masowe szczepienia w całym kraju. 9 milionów potrzebnych do tego dawek załatwia Koprowski. Efekt? W roku 1963 jest tylko 30 nowych przypadków choroby.

*Fragmenty książki "Plagi. Historia bez końca" Józefa Krzyka

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Józef Krzyk, autor książki 'Plagi. Historia bez końca' (fot. Dawid Chalimoniuk)

Józef Krzyk. Historyk z wykształcenia, autor kilku książek o Śląsku i (razem z Barbarą Szmatloch) biografii Wojciecha Korfantego, która ukaże się w 2020 r. Dziennikarz i redaktor w Gazecie Wyborczej w Katowicach.