"Kiedy po wojnie Maria Anna Wydżdżyna wróciła do swojego majątku, zastała tylko porośnięte krzakami zdziczałe pola, zniszczony prawie całkowicie sad owocowy, ruiny budynków gospodarczych i jakimś cudem ocalałe ściany mieszkalnego domu. W dworskim parku zastała też niewielki cmentarzyk wojenny, gdzie spoczywają niemieccy i rosyjscy żołnierze polegli tam w latach 1915-1916."*
Tak napisała w roku 2014 w miesięczniku "Echa Polesia" pani Lidia Romanowicz, która pracuje w Archiwum Państwowym w Brześciu i przypadkiem trafiła tam na "Sprawozdanie z działalności Szkoły Rolniczej w majątku Duboja Pińskiego powiatu województwa Poleskiego za okres 1924-1931."
Pani Lidia nie mówi i nie pisze po polsku, choć świetnie nasz język rozumie i z polskimi dokumentami ma do czynienia od lat. Jej materiał musiał jednak przetłumaczyć pan Eugeniusz Lickiewicz, redaktor miesięcznika. Oboje, nieoczekiwanie, wydobyli z przeszłości, a właściwie z niebytu dzieło życia Marii Anny Wydżdżyny.
Na pierwszej stronie Księgi Pamiątkowej szkoły Maria Anna napisała w roku 1924: "Kiedy po raz pierwszy po tułaczce wojennej stałam na zgliszczach byłych posiadłości, kiedy zobaczyłam krach pracy całego naszego życia, zrozumiałam wówczas, ile wysiłku trzeba włożyć, by odrodziło się nowe Życie."
I Życie się odradzało - jak w setkach ziemiańskich dworów, wciąż odbudowywanych po kolejnych zniszczeniach. Granica polsko-sowiecka stabilizowała się długo i dopiero w 1921 roku było wiadomo, że Duboja będzie należeć do Polski. Nie udało się sąsiadom, Kieniewiczom - ich Dereszewicze, o których tajemniczym spokoju pisała prawnuczka Maryli Puttkamerowej, zostały w Sowietach. We dworze dubojskim, na pamiątkę zmarłej córki Maria Anna uruchomiła więc szkołę. Skąd taki pomysł?
Muzeum Przemysłu i Rolnictwa**
W domu Szlenkierów na placu Zielonym w Warszawie rozmawiało się nie tylko o koronkach czy skórach z rodzinnych fabryk. Matka Marii Anny ufundowała w Warszawie ochronkę dla dzieci przy ulicy Oboźnej i dziecięcy szpital na Lesznie. Ojciec, Karol senior, angażował się nie tylko w tworzenie szkoły dla dzieci robotników fabryki czy udzielanie stypendiów na zagraniczne studia dla zdolnych pracowników. Był jednym ze współzałożycieli Kasy Mianowskiego, wielkiego przedsięwzięcia, które miało finansować polską naukę i przez lata było zasilane pieniędzmi, między innymi, inżyniera Romana Zglenickiego - syna ziemian z Dębego i nafciarza z Baku. Zaprzyjaźniony z Rockefellerami wydobywał ropę tuż obok ich pól.
Po rewolucji w Rosji pola naftowe przepadły, a resztki pieniędzy Zglenickiego przejęła ostatecznie PKWN-owska władza po II wojnie i utworzyła dzięki nim Polską Akademię Nauk. Tak. O tym już było. Tę samą, która pozwoliła Romanowi Aftanazemu wydawać "Dzieje rezydencji." w aptekarskich nakładach.
Jeszcze w 1875 roku, kiedy Maria Anna, a wtedy jeszcze Marynia, miała pięć lat, jej ojciec, Karol senior - razem z grupą przemysłowców i ziemian, którym przewodził książę Jan Lubomirski - współtworzył, za prywatne pieniądze rzecz jasna, Muzeum Przemysłu i Rolnictwa, o którym już była mowa. Wedle przewodnika po Warszawie z 1893 roku, czynne było od 10-ej rano do 5-ej po południu bezpłatnie i pod czujnym okiem carskiej policji stanowiło namiastkę uczelni rolniczo-technicznej ze swoimi pracowniami chemicznymi, fizycznymi, geologicznymi, stacją oceny nasion, obserwatorium meteorologicznym, kursami przemysłowo-rolniczymi i Encyklopedią Rolniczą, której 11 tomów wydano do początku XX wieku.
W Muzeum bywał zarówno zarabiający na skórkach Karol senior, jak też - później - zarządca w jego fabryce koronek Stefan Laurysiewicz, który przestał już "socjalizmować" i krok po kroku stawał się statecznym obywatelem. Pod koniec lat 90. XIX wieku w pracowniach Muzeum prowadziła swoje doświadczenia Maria Skłodowska, a kilkanaście lat później także syn Karola, fizyk i przemysłowiec "z przymusu". Po studiach w Monachium u Roentgena wrócił w 1908 roku do Warszawy, żeby zająć się majątkiem rodziny, ale też zasiąść w komitecie zarządzającym Muzeum, a w latach 20. nawet zostać jego prezesem.
W czasie wojny, która nadeszła w 1914 roku, Muzeum przekształcono w Wyższą Szkołę Rolniczą i Wyższą Szkołę Ogrodniczą, a dzisiejsze warszawskie Muzeum Techniki i Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego wywodzą się właśnie z tego gmachu przy kościele św. Anny, gdzie do dziś ma siedzibę Centralna Biblioteka Rolnicza.
Choć dzieci Szlenkierów się usamodzielniały, dom przy Placu Zielonym wciąż był rodzinnym centrum, więc i Maria Anna uczestniczyć musiała w rozmowach o kolejnych filantropijnych działaniach rodziny. Bo przemysł warszawski u progu epoki kapitalistycznej rozumiał swoje powinności obywatelskie, tylko nieco inaczej niż dziś je nazywał.
Pionierka świeckiego pielęgniarstwa w Polsce
Jeszcze przed wojną, jesienią 1913 roku, wciąż spotykając się w domu pustoszejącym po śmierci Karola seniora, a potem i jego żony, Marii, spadkobiercy doprowadzili do otwarcia - przy ulicy Górczewskiej - nowej siedziby szkoły rzemieślniczej, założonej kiedyś przez seniora rodziny. Inną inicjatywę podjęła siostra Marii Anny, Zofia Szlenkierówna - ta, która na początku XX wieku studiowała medycynę w Genewie i do której ze szkoły we Fryburgu jeździła w odwiedziny Marysia. Została potem uczennicą Florence Nightingale w Londynie, a kiedy wróciła do Warszawy, ufundowała na Lesznie nowy szpital dziecięcy imienia rodziców - Karola i Marii.
Od razu też przekazała go miastu, jednak pracowała w nim do końca życia jako kuratorka. Była pionierką świeckiego, nie zakonnego, pielęgniarstwa w Polsce, jedną z założycielek i dyrektorką Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa, która powstała na Smolnej w 1921 roku. Było to możliwe dzięki małżeństwu Paderewskich, Henrykowi Sienkiewiczowi, fundacji Rockefellera, a także dzięki polskiemu i amerykańskiemu Czerwonemu Krzyżowi oraz rządowi nowej Polski.
Kontynuowała tę pasję córka trzeciej z sióstr Szlenkierówien - Wandy. To Hanna Chrzanowska, o której mowa będzie - choć tylko przez kilka wersów - w rozdziale o Dłużewie, dokąd nieoczekiwanie zajechała w 1939 roku, przewożąc uciekającą z wrześniowej Warszawy Zofię Nałkowską. Hanna była instruktorką pielęgniarstwa społecznego, szkolnego, domowego i parafialnego, wykładała w Szkole Pielęgniarskiej, wychowała wiele pokoleń pielęgniarek, aż nie tak dawno została błogosławioną Kościoła katolickiego.
Ale akurat o tym Maria Anna nie mogła jeszcze przecież wiedzieć, kiedy w roku 1924 otwierała szkołę w Duboi. Jej mąż, Stanisław Wydżga, już wtedy nie żył, zmarł w roku 1919, pracowała więc nad pomysłem szkoły sama. Powołała fundację, która placówką zarządzała, w jej skład weszli okoliczni ziemianie - także kuzyni Napoleona Ordy, który rysował sąsiednie dwory - i przedstawiciel wojewody poleskiego.
Wydzieliła z majątku 140 hektarów na poletka doświadczalne. Zachęcając do bezpłatnej nauki tych, którzy skończyli już 16 lat, mogła więc w ogłoszeniach prasowych informować, że: szkoła posiada własne gospodarstwo rolne, inwentarz żywy, ogród i stawy rybne z hodowlą karpi, gdzie uczniowie odbywają obowiązkową praktykę.
Szkoła w Duboi
Uczono w tej szkole po polsku. Dziś wydaje się to nam oczywiste, wtedy miało zaskakujące konsekwencje, o których pisała Maria Niklewiczowa: "Zarzuca się ziemianom kresowym, że polonizowali Rusinów - tak nazywano wówczas zarówno Białorusinów, jak Ukraińców. Ale trzeba pamiętać, że Białoruś nie posiadała własnej warstwy wykształconej, inteligencję stanowili tam Polacy i Rosjanie. Urzędnik, nauczyciel i pop krzewili tam kulturę nie białoruską, lecz rosyjską i to w wydaniu bardzo prymitywnym. (...) Gdy po zakończeniu pierwszej wojny światowej Polesie wróciło do Polski i nasze władze oświatowe zaczęły tam zakładać szkoły białoruskie (co było zadaniem trudnym ze względu na brak nauczycielstwa znającego ten język) ludność nie tylko nie była z tego zadowolona, lecz przeciwnie, komentowała to sobie w ten sposób, że "polskie pany" żałują chłopom "pańskiego języka" i celowo uczą ich po chłopsku."
Na pierwszej stronie szkolnej księgi pamiątkowej, zaraz po zdaniu o wysiłku potrzebnym do odrodzenia się Życia, Maria Anna napisała: "Życie tylko wtedy może na nowo zakwitnąć, kiedy my, wszyscy razem, wspólną pracą będziemy budować w miłości i wzajemnej zgodzie. Do tej budowy chcę również dodać swoją cegiełkę, tworząc szkołę rolniczą w Duboji. (...) Twojej pamięci, Janka - Ty twierdziłaś, że Życie tylko wtedy ma sens, kiedy możesz coś zrobić dla innych - poświęcam tę szkołę, by ona była źródłem światła i kultury, oraz by dawała wiedzę rolniczą, która by ułatwiała życie wieśniaków; by stąd wychodzili energiczni, edukowani pracownicy naszej branży i godni obywatele naszego państwa"
Nowe polskie państwo opłacało pensje nauczycieli. Na początku było ich czworo: uczyli polskiego, matematyki, historii, geografii, botaniki, podstaw fizyki i chemii, ale też rachunkowości gospodarczej, melioracji, pomiarów gruntów, hodowli zwierząt gospodarskich, uprawy roli i roślin, hodowli ryb, zasad weterynarii, sadownictwa, pszczelarstwa, warzywnictwa.
Dyżurni uczniowie wstawali o 5.00, reszta - o 6.00 rano, tylko w niedziele i święta przesuwano wszystko o godzinę. Po porannej modlitwie była pierwsza lekcja, potem śniadanie. Dalej - kolejne trzy lekcje i obiad, a po obiedzie zajęcia praktyczne, następny posiłek, powtórka z lekcji, kolacja, wspólne głośne czytanie albo śpiewy, wieczorna modlitwa.
Album na dziesięciolecie
Na dziesięciolecie szkoły przygotowano album, uzupełniany przez kolejne lata. Cudem przetrwał tragiczną ucieczkę Marii Anny z Duboi w 1939 roku. Na 94 zdjęciach widać młodziutkich kursantów, a to w polu kukurydzy czy fasoli, a to przy doświadczalnym ulu, ze zbiorami marchwi na pokazie, w czasie żniw w roku 1929, w gospodarstwie rybnym, przy trzodzie chlewnej, na szkoleniu przysposobienia obronnego w roku 1934 i na porannej gimnastyce albo grających w siatkówkę w wolnym czasie.
Jest i przedstawienie teatralne wystawiane przez uczniów w roku 1931 - dziesięć osób w kostiumach. Są zdjęcia z ćwiczeń szkolnej straży pożarnej z 1929 i 1932 roku, a także fotografia głębokiego wykopu zrobionego podczas remontu fundamentów dworu z roku 1931.
Są też zdjęcia grupy uczniów w oczekiwaniu na nabożeństwo przed kaplicą w roku 1928 i 1929. Przesłonięta drzewami, wygląda niemal tak samo jak na obrazie Pankiewicza. Piękna kopuła, zaniedbana całość, bo dopiero w roku 1930 udało się wyremontować dach i od tej pory nabożeństwa odprawiał raz w miesiącu, już w środku, ksiądz, zapewne z Pińska.
Na fotografii z roku 1926 widać osobny budyneczek dla nauczycieli - być może rozwiązanie wzorowane na podobnym, z Akademii Rolniczej w Dublanach pod Lwowem, która mogła być dla Marii Anny inspiracją. Przed 1918 rokiem szkolnictwo zawodowe rozwijało się powoli, nie odpowiadało na potrzeby rozwijającej się gospodarki. Dublany - także założone dzięki ziemiańskiej fundacji - były w tej dziedzinie jedną z ważniejszych inicjatyw.
(...)
Dwór wysadzili w powietrze Niemcy w 1945. Kaplica została. Bywała magazynem, bywała pocztą. Ostatnio została wpisana na państwową listę białoruskich zabytków i podobno ma być w niej punkt muzealny przy miejscowym rezerwacie przyrody. Pewnie nikt już nie odprawi w niej mszy. Ale stoi. A całą tę historię opowiedział obraz Pankiewicza, na którym widać niewiele poza ciemnozielonym lśnieniem.
Niecały metr na półtora zamalowanego płótna.
* Fragmenty książki "Przedwojenni. Zawsze był jakiś dwór" Anny Mieszczanek ** Śródtytuły pochodzą od redakcji