Historia
Jan III Sobieski wysyła wiadomość o zwycięstwie papieżowi Innocentemu XI (mal. Jan Matejko / wikimedia.org / domena publiczna)
Jan III Sobieski wysyła wiadomość o zwycięstwie papieżowi Innocentemu XI (mal. Jan Matejko / wikimedia.org / domena publiczna)

24 sierpnia 1683 r.*

Niezbyt fortunnie zaczynała się dla króla wyprawa wiedeńska. (...) 24 sierpnia na zamku w Raciborzu "najstarsza jakaś i najszpetniejsza" z trzech córek gospodarza, grafa Franza von Oppersdorfa, ograła Jana III Sobieskiego w karty.

Tego też dnia monarcha z wydzielonymi siłami (łącznie ok. 3 tys. żołnierzy) oddzielił się od wojska i ruszył przodem. Siły główne, czyli przede wszystkim husaria i piechota, pozostawione komendzie hetmana wielkiego koronnego Stanisława Jana Jabłonowskiego, ciągnęły wolniej. Wojsko otrzymywało przygotowaną dla niego żywność, i to w ilości znacznie przekraczającej jego potrzeby. Między innymi dlatego wzajemne relacje między żołnierzami a ludnością Śląska układały się wyśmienicie. Jan III Sobieski w liście do żony notował: "Lud tu niewymownie dobry i błogosławiący nam; kraj cudownie wesoły".

25 sierpnia 1683 r.

Trosk i zmartwień Jana III Sobieskiego ciąg dalszy. W liście do żony pisanym o trzynastej 25 sierpnia w Opawie, czyli już na Morawach, informował: "Fan fanika osypało bardzo, tak jako po największej febrze".

Fanfanikiem owym był piętnastoletni Jakub Sobieski, który przy boku ojca wyruszył na odsiecz Wiednia. Wysypka nie przeszkodziła młodemu Sobieskiemu w udziale w dalszej kampanii. (...)

27 sierpnia 1683 r.

Po noclegu w Ołomuńcu Jan III Sobieski zwiedzał miasto. Bardzo podobały mu się i pałac biskupi, i kościół jezuitów, które zdaniem króla były godne Rzymu. Nie podobała mu się za to drożyzna w mieście. Po mszy świętej u jezuitów ruszono dalej. W drodze monarcha otrzymał wiadomość o zwycięskiej bitwie, którą 24 sierpnia stoczyły wojska cesarsko-polskie (Polacy pod dowództwem Hieronima Augustyna Lubomirskiego) z wojskami tatarsko-tureckimi pod Bisambergiem. Jan III Sobieski wraz z 3 tys. żołnierzy nocowali pod namiotami, pod miastem Vyškov (Wyszków). W ten oto sposób w ciągu pięciu dób przemaszerowali 220 km, co daje średnio 45 km na dobę. Jak na owe czasy było to imponujące tempo marszu.

Ludwik Henryk Jakub Sobieski, zwany Fanfanikiem (mal. Henri Gascar / www.wilanow-palac.pl / wikimedia.org / domena publiczna)

Siły główne pod wodzą hetmana Jabłonowskiego przemieszczały się wolniej. Tego dnia dotarły do miejscowości Dvorce, czyli 140 km od Tarnowskich Gór. Średnio przebywały więc 28 km na dobę. Tyle że z Jabłonowskim ciągnęły i artyleria, i piechota, i tabor złożony z wielu tysięcy wozów. Biorąc to pod uwagę, tempo marszu tej grupy wojsk należy uznać za bardzo dobre. (...)

29 sierpnia 1683 r.

Jan III Sobieski wizytował stolicę Moraw, Brno. Jak pisał: "Miasto piękne i obronne, osobliwie zamek na wysokiej górze, forteca wielka".

Zachwycał się również Morawami: "Co do kraju, nie masz na świecie nic [jemu] równego: ziemia lepsza niżeli w Ukrainie. Góry wszystkie pełne winogradów, którymi a brzoskwiniami domy swe okrywają. Gęstość taka kop [zboża] w polu, że temu nikt nic nigdy podobnego nie widział".

Noc z 29 na 30 sierpnia król i jego eskorta spędzili w namiotach w miejscowości Na Bobrave w pobliżu miasta Modrice, ok. 10 km poza Brnem, w kierunku na Wiedeń. Obozowisko znajdowało się ledwie 2 km od klasztoru w Rajhradzie, gdzie miejscowy mnich, Bernard Brulig, obserwował i notował przemarsze wojska idącego na odsiecz Wiednia. O pobycie polskiego monarchy pisał: "[...] przybył osobiście jego królewska wysokość Jan trzeci z rodu Sobieskich, ze starszym, około siedemnastoletnim synem Jakubem, a wraz z nimi znajdowali się pan kasztelan inflancki, Conte Maligni brat królowej, wojewoda kra kowski Polawsky, poseł cesarski pan Czierowsky, pan hrabia Schaffgotsch, i asys tent klasztoru w Oliwie zakonu cystersów, jako pisarz i tłumacz listów królewskich, wszyscy równocześnie rozbijając swoje obozy w miejscowości Wobrava [Na Bobrave] pomiędzy Mödritz [Modrice] a Popowitz niedaleko Raygern [Rajhradu], mając - 30 chorągwi jazdy,  10.000 ludzi".

Wśród wymienionych osób na szczególną uwagę zasługuje ów "asystent klasztoru w Oliwie zakonu cystersów", czyli Michał Antoni Hacki - nie tylko pisarz i tłumacz listów (znał siedem języków), ale także bardzo utalentowany kryptograf. Sobieski miał z niego wielki pożytek, bo żadne ówczesne szyfry nie były w stanie oprzeć się geniuszowi Hackiego. To właśnie on, łamiąc szyfr tajnej korespondencji, zdemaskował francuskie intrygi, dzięki czemu sejm w 1683 r. nie został zerwany. Gdyby nie to, Polaków pod Wiedniem by nie było.

Jeśli chodzi o wojsko pozostawione pod komendą hetmana Jabłonowskiego, to tego dnia maszerowało ono spod Ołomuńca na Vyškov (Wyszków). (...)

Po lewej: Plan bitwy pod Wiedniem - Twardowski Bolesław (1856-1932) - Spis Rycerstwa Polskiego walczącego z Janem III. Poznań 1883. Po prawej: Marcello Bacciarelli Oswobodzenie Wiednia przez Jana Sobieskiego - Zamek Królewski w Warszawie (fot. wikimedia.org / domena publiczna)

31 sierpnia 1683 r.

(...) Nieoczekiwanie dla Polaków przed obliczem króla stanął głównodowodzący wojskami cesarskimi, książę lotaryński Karol V Leopold. (...) Król i książę, choć wyglądający zupełnie inaczej (Karol nosił się z niemiecka, na dodatek nadzwyczaj skromnie, wręcz ubogo), przypadli sobie do gustu. Po przywitaniu wsiedli na konie i na czele wojska polskiego pojechali do Hollabrunn, gdzie Sobieski urządził bankiet, na którym spił księcia Karola. Ten, nienawykły chyba do alkoholu, początkowo sączył bardzo rozcieńczone wodą wino mozelskie. Ale jak donosił żonie król: "Rozochociwszy się jednak, pił i węgierskie".

Gdy już książę lotaryński miał w czubie, zapragnął się nauczyć nieco polskich słów. Nie szło mu to jednak najlepiej, co zważywszy na jego stan, niczym dziwnym być nie mogło. W końcu "rozjechaliśmy się z sobą obie stronie wielce z siebie kontente. Książę jechał całą noc do swego obozu", a wojsko Sobieskiego i Sieniawskiego nocowało pod wspomnianym Hollabrunn. Stamtąd do oblężonego Wiednia było już tylko 60 km. Armia pod hetmanem Jabłonowskim była jednak ponad 100 km dalej, gdyż tego dnia maszerowała z Vyškova na Brno.

1 września 1683 r.

Wojsko będące przy Janie III Sobieskim obozowało pod Hollabrunn, czekając na ciągnące spod Brna oddziały hetmana Jabłonowskiego. Żołnierze korzystali z okazji, pisząc listy do rodzin. Jednym z nich był Stanisław Potocki, który napisał do matki między innymi te słowa: "Wielka we wszystkich na tę wojnę ochota. Mamy nadzieję gruntowną w Bogu, że pobłogosławi wojskom chrześcijańskim, o czym wszystkim, jeżeli P. Bóg zdrowo wyprowadzi, oznajmić nie omieszkam". Matka nie doczekała się jednak kolejnego listu od syna. Stanisław zginął pod Wiedniem.

Wojsko hetmana Jabłonowskiego, w którym znajdowało się między innymi 20 chorągwi husarskich, maszerowało w pobliżu klasztoru w Rajhradzie. Bernard Brulig, mnich z tego klasztoru, notował: "nadciągnął hetman Jabłonowski, z trzydziestoma wielkimi działami także z - 34-ma chorągwiami jazdy, 6 000 ludzi także z - 18-ma chorągwiami dragonów, 5 000 ludzi także z - 80-ma chorągwiami piechoty, 14 000 ludzi. Tego dnia nadeszła gwardia królewska z: 1 chorągwią hajduków, 100 ludzi także z 2 chorągwiami janczarów [królewskich], 200 ludzi także z 7 chorągwiami mieszanego wojska, 700 ludzi".

W innym miejscu Brulig dodał: "Co zaś dotyczy ich dyscypliny wojskowej, zaprowiantowania i szyku, oficerom udawało się utrzymywać porządek i okazywać dobre zamiary, wydając się ludźmi uprzejmymi jako szlachta, a byli przy tym zarówno co się tyczy ubioru, jak i uzbrojenia i koni, wybornie wyposażeni; ale przede wszystkim ci z ponad 2000 szlachty zwracali na siebie uwagę, spośród których każdy uskrzydlony był dwoma orlimi skrzydłami, od hełmu na głowie aż po kolana w pięknej zbroi, uzbrojony w dwie pary pistoletów, muszkieton lub dobytą krócicę, w szablę i kopię, na nadzwyczajnie wielkich i pięknych koniach, także w błyszczące pancerze zdobnych, w dużym porządku, przy dźwięku kotłów i trąbek, bardziej paradowali niż maszerowali".

Artur Grottger, Spotkanie Jana III Sobieskiego z Leopoldem I (wikimedia.org / domena publiczna)

Dyscyplina wojsk polskich przemierzających obce krainy bardzo odbiegała od tej, którą zachowywali żołnierze tureccy, wyprawiając się na Wiedeń. Osmański kronikarz silahdar Mehmed aga z Fyndykły podał kilka przyczyn klęski wojsk muzułmańskich. Wśród nich miał być gniew Allaha za bezeceństwa popełniane przez jego wyznawców, którzy wyruszyli na tę wojnę. Mehmed wypomina im zakazane surowo przez islam: pijaństwo, sodomię czy też gwałty czynione we własnym kraju. Na przykład sami tylko lewandowie (czyli zaciężni żołnierze) Kara Mehmeda mieli w drodze na Wiedeń, ale we własnym jeszcze kraju zgwałcić 200 dziewcząt! (...)

4 września 1683 r.

Król narzekał na katar i bóle w tyle głowy, co zapewne miało związek z deszczami, które uprzykrzały żołnierzom życie od nocy z 1 na 2 września. Rzęsisty deszcz padał przez kilka dni; także i 4 września. Mimo to król wybrał się nad Dunaj zlustrować most, który przerzucano przez rzekę.

Tego dnia wojsko hetmana wielkiego koronnego Stanisława Jana Jabłonowskiego dołączyło do wojsk Jana III Sobieskiego i hetmana polnego koronnego Mikołaja Hieronima Sieniawskiego. (...)

6 września 1683 r.

To dzień przeprawy wojska koronnego przez Dunaj. Przeprawiali się sami żołnierze, bez wozów. Był to jeden z tych momentów, które mogły się zakończyć tragicznie dla idącej Wiedniowi z odsieczą armii. Aż się prosiło, by na rozdzielonych rzeką żołnierzy uderzyły wojska Kara Mustafy. Jednak Polaków nikt nie niepokoił. Dlaczego? Oddajmy głos tureckiemu kronikarzowi, silahdarowi Mehmedowi adze z Fyndykły:

"Chan jegomość jeszcze na początku oblężenia otrzymał był rozkaz, aby wraz z wojskiem tatarskim stał na straży kamiennego mostu Aleksandra na Dunaju, o sześć godzin powyżej Wiednia. Był on w stanie nie dopuścić wojska niemieckiego i polskiego do mostu, ale mimo to nie przeszkodził mu w tym, więc całe ono, oddział za oddziałem przeszło [przez Dunaj] i ruszyło na wojska muzułmańskie. Chan stał tego dnia na koniu, z biczem w dłoni, na wzniesieniu pewnym z widokiem na most, a ściskając w jednym ręku nahaj i rękojeść szabli, drugą zaś oparłszy na biodrze, przyglądał się ciągnieniu giaurów. Imam [przywódca duchowy, kapelan] jego podszedł do niego i powiedział: - Gdybyście, mój chanie, kazali rozbić tych oto giaurów, którzy tak ciągną oddział za oddziałem, to by się chyba powstrzymało tych, co są za nimi, nieprawdaż?- Ech ty, efendi! - odpowiedział chan. - Czy ty nie wiesz, jak się ten Osman znęcał nad nami? Doprowadził nas do tego, że nie znaczymy dla niego nawet tyle, co ci giaurzy - Wołoszyn i Mołdawianie. Ileż to razy pisałem o gromadzeniu i ruchach tego nieprzyjaciela dając znać, że wrogów jest moc i że niepodobna stawić im czoła, oraz namawiałem go, żeby wojska i armaty wyprowadził z okopów [wokół Wiednia] i byśmy w razie potrzeby podjęli walkę otwartą, a jeśli nie, to odeszli w spokoju! Ale on trwał w swoim uporze i nie udało mi się uzyskać uznania dla mojego słowa, w listach zaś, które przysłał w odpowiedzi na moje, wśród tysiąca najrozmaitszych połajanek pisał nawet takie rzeczy jak to, że jemy śmierdzącą koninę! A przecież z pomocą Ałłaha Najwyższego nic by mu nie znaczyło do spółki ze mną pokonać tego nieprzyjaciela. Ja wiem, że czyn to haniebny, z religią naszą niezgodny, ale już nie czuję w sobie zapału. Niech sami zobaczą, jak mało wart jest ten człowiek [Kara Mustafa], i niech wiedzą, co znaczy Tatarzyn! To rzekłszy, smagnął konia i zabrawszy wojsko tatarskie, puścił się przed giaurami wymachując rękami, śmiejąc się i wyprawiając harce".

Kara Mustafa (źródło: Wien Museum / Yelkrokoyade oraz Szilas in the Hungarian National Museum, J. Peeters (1637-1695), wikimedia.org / domena publiczna)

(...) Do tej pory Jan III Sobieski eksponował polską kawalerię, która imponowała wszystkim ówczesnym obserwatorom, a jak starannie ukrywał opłakany wygląd swojej piechoty. 22 sierpnia pod Tarnowskimi Górami przed świtem wysłał piechotę w drogę, aby na popisie wojsk koronnych obserwatorzy widzieli tylko rycerstwo polskie. A co zrobił tym razem? Oddajmy głos Dupontowi:

"Kawaler Lubomirski [...] zauważywszy, że jeden z regimentów naszej piechoty jest źle ubrany [...] powiedział królowi, że trzeba poczekać do nocy i przepuścić ten regiment razem z taborami. Król na to odrzekł, że regiment ma przejść w swojej kolejności i na pewno wywoła najwięcej zachwytów. I faktycznie, gdy ten regiment pojawił się na moście, wszyscy wielcy panowie byli zdumieni, widząc żołnierzy w tak złym stanie. Król, czytając zaskoczenie w ich oczach, powiedział: "Panowie, zwróćcie uwagę na ten oddział. Jest on niezwyciężony. Każdy żołnierz, którego przyjmują, musi złożyć na ręce oficera przysięgę, że dopóki pozostanie na służbie, nosić będzie jedynie mundur zdarty z zabitego wroga. Przy ostatnim pokoju, jaki zawarliśmy, byli wszyscy ubrani po turecku, z turbanami na głowie. I za parę dni zobaczycie ich tak samo ubranych". Od tamtej pory bardzo pilnie obserwowano ten regiment".

W ten oto sprytny sposób Sobieski wyszedł z twarzą. Wybiegi wybiegami, ale wygląd piechoty chwały Polakom nie przynosił. Trzeba jednak dodać i taką obserwację, która nieco złagodzi jej krytyczny obraz:

"Piechota [polska] mizerna, bardziej podarte suknie [ubiór] mająca, niżeli słyszymy o piechocie hiszpańskiej, albo włoskiej [...]. Ci nieszczęśliwi żołnierze, tak obdarci, podobni są nie tak do wojskowych ludzi, jako raczej do drabów, będąc jedni w płaszczu, a drudzy w kawałku sukni podartej. Ci mówię żołdacy, tak akomodowani, są jednak mocy niepojętej, których by nazwać junakami potrzeba. Oni bowiem wytrzymują wszelkie niewygody, głód, nagość i inne trudy, odważną statecznością. Znoszą wszystkie ciężary wojenne i wszelkie niebezpieczeństwa [...]. Widziałem tych żołnierzów umierających od głodu, sfatygowanych usilną pracą, którzy się na ziemi kładli, aby nabijać mogli flinty, które ledwo co dźwigali, a przecie z nich nieustannie ognia dawali. Wprawdzie ta milicyja [siła zbrojna], nie czyni honoru wojsku polskiemu, widząc jej taką mizeryję, i tak nieproporcjonalnych kawaleryi stronę, ale jednak czyni wielką usługę i bezpieczeństwo wojsku, któremu inni tylko ozdobę czynią".

10 września 1683 r.

Tabor wojsk koronnych w końcu przeprawił się przez Dunaj. (...)Tabor polski, szacowany na 32 tys. wozów, odesłano do leżącej nad Dunajem wsi Greifenstein, gdzie go okopano, tworząc warowny obóz.

Żołnierze koalicji wojsk chrześcijańskich zaczęli się wdrapywać na porośnięte Lasem Wiedeńskim góry. Wojsko polskie, które miało utworzyć prawe skrzydło, szło przez najtrudniejszy teren. Żołnierze cesarscy mieli najłatwiejsze przejście, od strony Dunaju. Pośrodku szli żołnierze książąt niemieckich. Ponieważ wozy z zaopatrzeniem nie towarzyszyły żołnierzom, to, jak notował rotmistrz husarski Jan Dobrogost Krasiński: "Trzy noclegi w wielkim niewczasie, ludzie na wodzie i sucharach, konie na liściach dębowych trawić musieli". Szczególnie zła była sytuacja rumaków, które aż do 13 września cierpiały pragnienie. Na takich to spragnionych i przez dwie doby karmionych dębowymi liśćmi koniach rycerstwo polskie walczyło 12 września.

W trakcie przedzierania się przez las i góry doszło do dziwnego incydentu. Opisał go François Paulin Dalerac: "Co się zaś z kolumną infanteryi [piechoty] polskiej stało, jest [rzecz] jeszcze dziwniejsza. Pewien oficer tatarski, w kilkadziesiąt koni swoich napadł [natknął się] na nią, na dolinie pewnej między górami i widząc ludzi wojennych, nie zmieszany tym bynajmniej do generała [Ernesta] Dönhoffa, który był na froncie tej kolumny prędko przybiegł, nie żeby strzelał, lub atakował onego, ale jakoby był właśnie przyjacielem, prosić go pięknie począł o nowiny. Kiedy zatem owemu Tatarzynowi powiedziano, że to było wojsko polskie pod komendą samego króla polskiego, on natychmiast uśmiechnąwszy się, rzekł na to "Wiem ja, wiem dobrze, że tu jest Lubomirski z kilką Polakami, Niemcom na sukurs". I zatem od niego [generała] w onym czasie z ludźmi swoimi pierzchnął. Nad tą akcyją niepomało zdumiony Dönhoff, różnie to sobie konsyderował. Nie wiedzieć zaś dlaczego go łapać nie kazał, czyli dlatego, że ścigać za nim zła droga była, czyli też z tej przyczyny iż Tatarowie w wielkiej się kupie blisko znajdowali". (...)

(fot. materiały prasowe)

Polakom udała się nieprawdopodobna wręcz sztuka - przeciągnęli przez lasy i góry całą swoją artylerię! Nie dokonały tego ani wojska niemieckie, ani cesarskie. Ale wysiłek, jaki w transport dział włożyła polska piechota, był morderczy. Gdy kawaleria spała w nocy z 10 na 11 września, to piechota (każdej brygadzie piechoty przydzielono dwa działa) pracowała: [.] włócząc przez całą noc armatę na góry, za konnym wojskim było, całą noc nie śpiąc, bo do każdego działa i wozu armatnego ledwie nie wszystkie konie zaprzągać było trzeba i rękami ciągnąć, tak że ledwo w południe nazajutrz [11 września] dobiliśmy się na to miejsce, gdzie lewe skrzydło nocowało"

Noc ta nie była spokojna. Wśród kawalerii polskiej wszczęto alarm. W zamieszaniu, które przy tym powstało, a dodać trzeba, że noc była bardzo ciemna, poginęło mnóstwo koni i ich rzędów. Jeśli chodzi o króla, to ten 10 września oddzielił się na 26 godzin od swojej armii. Pojechał przodem, aby zlustrować teren przyszłego boju i na kolejną naradę dowódców. Towarzyszyli mu jego hajducy. Za nim ciągnięto dwa wozy i muły z niezbędnym bagażem. Po zmierzchu "w maleńkim lasku król z konia zsiadłszy noc tę u ogniska małego przesiedział".

***

12 września 1683 pod Wiedniem wojska polsko-cesarskie pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego starły się z armią Imperium Osmańskiego pod wodzą wezyra Kara Mustafy.

*Fragment książki Radosława Sikory "Nie tylko husaria. Nieznane oblicze polskiej armii"

Radosław Sikora. Historyk i publicysta. Specjalizuje się w historii nowożytnej i historii wojskowości. Ukończył Politechnikę Wrocławską. W 2010 uzyskał stopień doktora nauk humanistycznych w zakresie historii na Akademii Podlaskiej w Siedlcach. Autor książek historycznych, m.in. "Husaria w walce", "Bitwa pod Tczewem 17-18 sierpnia 1627 roku", "Husaria. Duma polskiego oręża".