Historia
Dawniej monarchowie panicznie bali się otrucia (fot. Shutterstock)
Dawniej monarchowie panicznie bali się otrucia (fot. Shutterstock)

Próba zacności*

Monarchowie lękali się nie tylko tego, co spożywali. Przerażenie ogarniało ich na myśl o dotknięciu przedmiotu, który mógł być pokryty trucizną, i wprowadzeniu jej do ciała przez skórę. Jak pisał Ambroise Paré, szesnastowieczny francuski lekarz królewski: "Dzisiejsze trucizny zabijają nie tylko po połknięciu, ale i nałożone czy zastosowane od zewnątrz". Dżentelmeni, którzy co rano słali Henrykowi VIII łóżko, musieli całować każdą powłokę i prześcieradło, wszystkie poduszki i koce, których dotykali, by udowodnić, że nie zaaplikowali na nie trucizny. Król martwił się też, że wrogowie mogą próbować zatruć ubranie jego syna. Nowa odzież, prosto od krawca, nigdy nie była noszona od razu przez księcia; najpierw trzeba ją było wyprać i wysuszyć przy kominku, aby pozbyć się wszelkich szkodliwych substancji. Zanim książę założył na siebie jakikolwiek element stroju - rajtuzy, koszulę czy kaftan - służba najpierw musiała go sprawdzić. Słudzy albo pocierali prawą i lewą stroną ubrania o własną skórę, albo ubierali w nie chłopca o wzroście Edwarda i czekali, by się przekonać, czy nie zacznie płakać, że skóra mu płonie.

Henryk VIII wydał dekret, że nikt nie może nawet dotknąć jego syna bez wyraźnego pozwolenia. Nieliczni wybrańcy, którym wolno było złożyć pocałunek na dłoni chłopca, najpierw zobowiązani byli przejść "próbę zacności": musieli ucałować dłoń służącego, po czym wszyscy wpatrywali się w ucałowane miejsce, by się przekonać, czy nie wystąpią rumień i pęcherze spowodowane trucizną, którą całujący rozsmarował po nałożeniu antidotum na swoich ustach. Nawet poduszka na nocniku Edwarda była testowana, zanim z niej skorzystał, choć nie wiemy jak. Może jeden ze służących siadał na niej z gołym zadkiem i czekał, by sprawdzić, czy pośladki się nie zaczerwienią i nie zaczną palić.

Henryk VIII (fot. Wikimedia Commons)

W roku 1560 sekretarz stanu Elżbiety I, William Cecil, obawiając się katolickiego spisku, którego celem byłoby otrucie nowej protestanckiej królowej, wprowadził specjalne środki ostrożności dotyczące nie tylko jedzenia władczyni, ale też jej ubrania. Zarządził, że królowej nie wolno przyjmować tradycyjnych podarunków - perfumowanych rękawiczek czy rękawów, które dopinano do sukni. Nikt nieupoważniony nie mógł się zbliżyć do jej garderoby. Królewska bielizna i "każda rzecz, która mogła się zetknąć z jakąkolwiek częścią ciała jej królewskiej mości" musiała być pilnie strzeżona, poddawana próbom i uważnie oglądana, zanim została założona przez władczynię. Co do sprawdzania królewskich majtek, możemy się tylko zastanawiać, czy damy dworu Elżbiety I całowały je, pocierały nimi dłonie czy może zakładały na siebie, by sprawdzić, czy miejsca intymne nie zaczną ich piec, by w końcu je zdjąć i przekazać jej wysokości. Dworzanki często też testowały na obecność trucizny dary w postaci perfum czy kosmetyków, zanim te trafiły w ręce królowej.

I rzeczywiście, za długiego życia Elżbiety I roiło się od spisków mających na celu otrucie jej w taki czy inny sposób. W 1587 roku francuski ambasador w Anglii, baron Châteauneuf-sur-Cher, uknuł spisek mający na celu zatrucie jednej z królewskich sukni, wydaje się jednak, że szkodliwa substancja nigdy nie została zaaplikowana, a gdyby nawet do tego doszło, zapewne nie wyrządziłaby żadnej szkody, zważywszy na wielką ilość różnorakiej bielizny noszonej przez ówczesne damy.

W roku 1597 hiszpańscy jezuici zawiązali spisek, pragnąc zgładzić królową Elżbietę i jej faworyta, Roberta Devereux, hrabiego Essex. Wynajęli w tym celu pracującego w królewskiej stajni Edwarda Squire'a, który miał posmarować trucizną łęk u siodła władczyni. Najwyraźniej substancja nie zadziałała, bo królowa do konnej jazdy zawsze zakładała skórzane rękawice. Wówczas to Squire zgłosił się, by towarzyszyć hrabiemu w podróży statkiem, gdzie pokrył trucizną jego krzesło, lecz znowu doznał sromotnej porażki. Hiszpanie uznali, że Squire to podwójny agent, a nie zwykły nieudacznik, i poinformowali o jego spisku angielski rząd. Niedoszły zabójca został powieszony, wypatroszony i poćwiartowany.

Elżbieta I (fot. Wikimedia Commons)

Lęk przed powietrzem

Wątpliwe, by jakakolwiek trucizna przeniesiona na skórę mogła zabić dorosłą osobę. Jeden z niewielu udokumentowanych przypadków zgonu na skutek wchłonięcia trucizny przez skórę miał miejsce w 1857 roku, kiedy to pewna Angielka dokładnie pokryła ciało swej sześciotygodniowej córeczki proszkiem, który miał być pudrem dla niemowląt, a okazał się arszenikiem. Dziewczynka nie miała jak powiedzieć, że skóra ją szczypie, a trucizna, wchłonięta do krwiobiegu przez pęcherzyki i miejsca intymne, opanowała całe ciałko, zabijając dziecko. Gdyby jednak dorosły wziął do ręki zatruty papier, kawałek tkaniny, drewna czy jakikolwiek inny przedmiot, pieczenie, które by wtedy poczuł, zmusiłoby go do natychmiastowego umycia skażonego miejsca i wszystko skończyłoby się najwyżej podrażnieniem skóry. Ówczesna nauka była jednak w powijakach, dlatego nikt o tym nie wiedział, a niewiedza zawsze podsyca ogień strachu.

Niektórzy monarchowie bali się nawet powietrza, którym oddychali. W 1529 roku do uszu Małgorzaty, królowej Nawarry, maleńkiego kraju wcinającego się klinem pomiędzy Francję a Hiszpanię, dotarło, że pewien katolicki biskup spiskuje, by otruć ją w niekonwencjonalny sposób za jej przyjaźń z protestantami i wysiłki zmierzające do zreformowania Kościoła. "Chodzą słuchy, że mnisi wynaleźli nowy sposób trucia swoich wrogów - pisała - za pomocą dymu z kadzidła" podczas nabożeństw.

W roku 1499, gdy Cezar Borgia - syn Rodryga Borgii, papieża Aleksandra VI - gwałtem i grabieżą torował sobie drogę przez Włochy, część arystokratów postanowiła otruć papieża, a tym samym odebrać Cezarowi armię. Watykański muzyk i zarządca zgodził się wręczyć Aleksandrowi petycję tak nasączoną trucizną, że same jej opary miały zabić papieża, gdy tylko ten rozwinie zwój, jednak spisek został odkryty, zanim cokolwiek zdążyło się wydarzyć.

Cezar Borgia (fot. Wikimedia Commons)

Podobnie w latach siedemdziesiątych XVII wieku grupa paryskich trucicieli postanowiła zabić Ludwika XIV, wręczając mu zatrutą petycję, lecz nigdy nie udało im się dotrzeć w pobliże króla. Niedoszli zamachowcy nie pozostawili żadnych podpowiedzi co do rodzaju użytej trucizny, ale na pewno trudno im było przygotować zatrute listy tak, żeby samym się przy tym nie podtruć oparami.

Wydaje się mało prawdopodobne, by jakakolwiek trucizna tamtych czasów była w stanie zachować swą moc na papierze czy też by ofiara trzymająca nos kilkanaście centymetrów od kartki mogła wciągnąć do płuc jej śmiertelną dawkę. Gdyby jednak opary trucizny dostały się ostatecznie do organizmu, mogłyby zabić. Ambroise Paré słusznie uważał, że wdychane substancje są najbardziej niebezpieczne ze wszystkich, pisząc, iż "trucizna, która wchodzi do ciała z zapachem, najszybsza jest i najskuteczniejsza".

Trucizny epoki renesansu, które do organizmu dostawały się przez przewód pokarmowy, przeważnie były wydalane za sprawą wymiotów i biegunki, dając ofierze szansę na przeżycie, podczas gdy trujące gazy - na przykład pozbawione zapachu i smaku opary rtęci - trafiały wprost do mózgu. Trudno jednak sobie wyobrazić, by mogły komuś zaszkodzić słabe opary wyschniętej na papierze trucizny. Jeśli chodzi o żywiących mordercze zamiary mnichów, to gdyby ich knowania się urzeczywistniły, wszyscy w kościele rozchorowaliby się i umarli, łącznie z nimi samymi.

Paré opisał sprytny sposób na otrucie wybranej ofiary - i tylko ofiary - za pomocą zapachowej kulki z perforowanego metalu znanej jako pomander, wypełnionej ziołami lub innymi aromatycznymi składnikami zatopionymi w wosku, którą wieszano na łańcuszku u pasa. Ilekroć kulka uderzyła o nogę bądź spódnicę osoby ją noszącej, w górę unosił się świeży obłok przyjemnego zapachu. Jeśli ktoś znalazł się w wyjątkowo cuchnącym miejscu, przytykał taki odświeżacz powietrza wprost do nozdrzy. "Pewien człowiek nie tak dawno temu - pisał Paré - podniósłszy do nosa i powąchawszy pomander, który został potajemnie zatruty, doznał zawrotów głowy, twarz mu nabrzmiała i choć szybko uzyskał pomoc, otrzymując sternutatoria [środki wywołujące kichanie, takie jak pieprz] i im podobne, to skonał niedługo potem".

Monarchowie mieli powody, by bać się morderstwa także z rąk własnych lekarzy. W roku 1517 kardynał Alfonso Petrucci ze Sieny usiłował otruć papieża Leona X, nakłaniając jego medyka do wtarcia zatrutej maści w chronicznie ogarnięte chorobą pośladki jego świątobliwości. Spisek został w porę odkryty, a kardynał stracony. W roku 1613 sir Thomas Overbury umarł w męczarniach, gdy doktor opłacony przez jego wrogów na dworze Jakuba I zrobił mu lewatywę z kwasu siarkowego.

Papież Leon X z kardynałami (fot. Wikimedia Commons)

Otrucie czy zatrucie pokarmowe?

Groźba otrucia budziła przerażenie u ludzi żyjących na królewskich dworach, gdyż nie sposób było stwierdzić, czy monarcha został zamordowany, czy umarł z przyczyn naturalnych. Medyczna wiedza na temat ludzkiego ciała była zatrważająco mizerna. Za każdym razem, gdy ktoś chwycił się za brzuch i pobiegł do najbliższego nocnika, osoby, które to widziały, zapewne spoglądały po sobie z podejrzliwością i przestrachem.

Objawy zatrucia arszenikiem, naparstnicą i muchomorem sromotnikowym są bardzo do siebie podobne: ból brzucha, biegunka, mdłości, wymioty, ból głowy, dezorientacja, odwodnienie, śpiączka i śmierć. Jednak z takimi samymi symptomami zmagają się osoby cierpiące z powodu zatrucia pokarmowego wywołanego salmonellą czy E. coli (bakteriami występującymi w kale, brudnej wodzie, niepasteryzowanym mleku i mięsie), a także te, u których doszło do zakażenia włośniem (pasożytem pochodzącym z niedogotowanej wieprzowiny). Tego rodzaju trawienne problemy musiały być powszechne w czasach nierównomiernie pieczonego mięsa (podczas pieczenia na rożnie jedna część nierzadko pozostawała surowa, podczas gdy druga była kompletnie wysuszona), zanieczyszczonych studni, braku lodówek, pasteryzacji i inspektorów sanitarnych.

Przebywanie w pobliżu żywego inwentarza zwiększało ryzyko zatrucia się E. coli, a krowy, owce i świnie trzymano na wszystkich dworach. Kucharze rzadko myli ręce, a przed wynalezieniem kroplówki, która zapobiega fatalnym skutkom gwałtownego odwodnienia, zatrucie pokarmowe mogło być tak samo zabójcze jak arszenik. Pałacowi lekarze nie wiedzieli, że arszenik ani inne trucizny nie wywołują gorączki - ta jest objawem zatrucia pokarmowego, a przede wszystkim malarii. Nie znaczy to, że osoba ogarnięta gorączką nie mogła zostać nafaszerowana arszenikiem ani że ktoś, kogo od dłuższego czasu podtruwano, nie mógł umrzeć z powodu choroby, której towarzyszyła wysoka temperatura. Była to jednak istotna wskazówka.

Papież Aleksander VI przedstawia św. Piotrowi Jakuba Pesarę (fot. Wikimedia Commons)

Malaria szalała w dawnych czasach, zwłaszcza we Włoszech. Rzymscy cesarze osuszyli wiele bagien, które były wylęgarnią komarów, lecz pod koniec V wieku, gdy imperium ogarnął chaos, mokradła pojawiły się ponownie. Wielu włoskich kardynałów, książąt, dowódców wojskowych, a nawet papieży umarło na malarię, ponieważ jednak mieli całą rzeszę wrogów, za przyczynę ich śmierci uznawano arszenik. Doskonałymi przykładami ofiar tej malarycznej gry pomyłek byli papież Aleksander VI i jego bezwzględny syn dowodzący papieską armią, Cezar.

Na początku sierpnia 1503 roku obaj spożywali obiad pod chmurką w towarzystwie kardynała Adriana Corneta w jego winnicy nieopodal Rzymu. Dwunastego sierpnia wszyscy trzej nagle zachorowali, być może na skutek ukąszenia przez tego samego przenoszącego malarię komara. Papież zmarł 18 sierpnia, Cezar i Corneto zaś otruć kardynała, ale doszło do zamiany butli z winem i przez pomyłkę sami napili się zatrutego trunku. Wydaje się, że nikt nie rozumiał, iż objawy zatrucia arszenikiem nie występują dopiero po tygodniu, natomiast objawy malarii - tak.

Dworzanie na północy Europy wiedzieli o tajemniczych zgonach na dworach Italii i o finansowanych przez rządy wytwórniach trucizn we Florencji i Wenecji. Prawdę mówiąc, byli tego świadomi do tego stopnia, że kiedy umarła niespodziewanie jakaś królewska osobistość, wbijali podejrzliwe spojrzenia w najbliższego Włocha w swoim otoczeniu. W XVI wieku w Anglii powstało nowe określenie: o kimś, kogo uznano za ofiarę otrucia, mówiło się, że został "zitalizowany".

Książka 'Trucizna, czyli jak pozbyć się wrogów po królewsku' ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak Horyzont (mat. prasowe)

W zatytułowanym The Devil's Banquet (Czarcia uczta) zbiorze kazań z 1614 roku angielski duchowny Thomas Adams pisał: "Zauważyć można, że istnieją grzechy lgnące do pewnych nacji, grzechy im właściwe, dla nich typowe i im przyrodzone, tak jak lgnące do kości ciało. (...) Gdyby chcieć umiejscowić każdy grzech w jednym konkretnym kraju, to we Włoszech znalazłoby się zabijanie za pomocą trucizny". W powieści Thomasa Nashe'a The Unfortunate Traveller (Nieszczęsny wędrowiec) z 1594 roku angielski hrabia streszcza ówczesne przekonania dotyczące Włochów,mówiąc, że są oni uzależnieni od "rozpusty, trucia i grzechów rodem z Sodomy".

Odkładając na bok rozpustę i grzechy sodomskie, trudno osądzić, czy Włosi byli bardziej skłonni doprawić arszenikiem wino swego wroga niż przedstawiciele innych narodów. Dokumenty z archiwów Toskanii i Wenecji dowodzą, że ich władcy przy licznych okazjach próbowali zabójstw za pomocą trucizny. Możliwe, że inni monarchowie czynili podobnie, choć swoich prób nie dokumentowali. Tak czy inaczej, pewne jest, że Włoch na zagranicznym dworze mógł zostać oskarżony o trucicielstwo właśnie z powodu swej narodowości. W roku 1536 włoskiego dworzanina, hrabiego Sebastiana Montecuccolego, obarczono winą za otrucie dziedzica francuskiego tronu, osiemnastoletniego Franciszka III Bretońskiego, ponieważ podał dzban z wodą, z którego książę się napił i krótko potem zapadł na śmiertelną chorobę. Choć sekcja zwłok wykazała zmiany w płucach Franciszka, król dał się przekonać, że to Włoch zamordował jego syna, i kazał rozerwać nieszczęśnika końmi. Niezależnie od tego, co zabiło delfina, nie była to trucizna, gdyż ta nie wywołałaby u niego wysokiej gorączki.

*Fragmenty książki "Trucizna, czyli jak pozbyć się wrogów po królewsku" Eleanor Herman w przekładzie Violetty Dobosz

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>