Historia
Jeśli chcemy uniknąć wojny, to największą szansę na sukces zapewnia nam dyplomacja (fot. Shutterstock)
Jeśli chcemy uniknąć wojny, to największą szansę na sukces zapewnia nam dyplomacja (fot. Shutterstock)

Gdy w epoce wielkich odkryć nastąpiła eksplozja podróży po świecie, szybko nadarzyły się okazje do przypadkowego wszczynania wojen, ponieważ radykalnie wzrosła liczba krajów, które można rozwścieczyć. Zakładając, że jeśli choć raz na jakiś czas chcemy uniknąć wojny, to największą szansę na sukces zapewnia nam dyplomacja. Dyplomacja jest sztuką, która polega na tym, żeby duże grupy ludzi nie traktowały się wzajemnie po chamsku - albo żeby chociaż były skłonne przyznać, że no tak, niekiedy każdy zachowuje się jak cham, ale może spróbujemy odrobinę to zmienić.

Niestety, w tym też nie jesteśmy zbyt dobrzy. Kluczowy problem ze stosunkami międzynarodowymi wyrasta z bardziej ogólnego i fundamentalnego problemu relacji międzyludzkich, a mianowicie ścierania się dwóch podstawowych zasad ludzkości:

1) Dobrym pomysłem jest ufać ludziom.

2) Byle nie za bardzo!

Tainowe przywitali Kolumba życzliwie (fot. domena publiczna)

To dylemat, który cechuje niemal wszystkie momenty kontaktu pomiędzy różnymi kulturami w historii. Niefortunnie dla ludzi żyjących w tych momentach, nigdy nie wiadomo, który wybór okaże się właściwy. Wciąż nie rozpracowaliśmy owego problemu, ale przynajmniej mamy ten luksus, że możemy spojrzeć na wybory dokonywane przez ludzi w przeszłości i stwierdzić: "Nie, to stanowczo była zła decyzja".

Przed takim problemem stanęli Tainowie, kiedy przybył Kolumb - podczas pierwszych spotkań byli ufni i zrobili na nim wielkie wrażenie swoją życzliwością i hojnością. Oczywiście Kolumb zareagował w sposób, w jaki zwykle reagują biali, gdy ktoś jest wobec nich życzliwy i hojny: "Będą z nich dobrzy służący", pomyślał i po kilku dniach rozważań dodał: "Z pięćdziesięcioma ludźmi możemy ich wszystkich podporządkować sobie i kazać im robić to, co chcemy". Uroczy facet.

"Na litość boską, przestańcie do siebie zapraszać białych ludzi"

Mniej więcej to samo rozegrało się, na większą skalę, parędziesiąt lat później, kiedy aztecki władca Montezuma podjął bardzo, ale to bardzo złą decyzję w sprawie Hernána Cortésa. Aztekowie (albo Mexica, jak sami się nazywali) władali wielkim imperium, które rozciągało się od wybrzeża Pacyfiku po Zatokę Meksykańską, obejmując tereny obecnego Meksyku. Montezuma rządził nim z Tenochtitlánu, będącego największym i najbardziej rozwiniętym ośrodkiem miejskim na kontynencie (obecnie na jego miejscu wyrosło Mexico City). Wszystko szło całkiem dobrze do roku 1519, kiedy to Cortés wylądował na wybrzeżu Jukatanu. Cortés był nie tylko konkwistadorem, był brutalnym konkwistadorem. Hiszpański gubernator Kuby, który mu nie ufał, pozbawił go dowództwa nad misją rozpoznawczą, jednak Cortés po prostu zabrał statki i wyruszył w drogę. Jakiś czas po przybyciu na miejsce rozmyślnie je zatopił, żeby uniemożliwić załodze bunt i powrót na Kubę. Mówię tu wyraźnie, że Cortés nie był graczem zespołowym. I w tym momencie, uciekając przed swoimi rodakami, bez możliwości powrotu do domu, zostawił sobie tylko jeden wybór: konkwistę.

Kiedy Montezuma usłyszał o Cortésie, który wylądował jakieś trzysta kilometrów od Tenochtitlánu, naturalnie się zdenerwował i nie wiedział, co zrobić. Wahał się, czy wysłać mu szczodre dary, czy też ostrzeżenie, że ma się trzymać z daleka.

Cortés tymczasem był zajęty sondowaniem słabości Azteków. Mieli jeden główny problem: ustrój, i to często dość opresyjny. W imperium nie brakowało ludzi, którzy nie byli wielkimi fanami Montezumy, i gdy Cortés posuwał się w głąb lądu, wykorzystywał kombinację gładkiej gadki, szachrajstwa i czasami masowej rzezi, żeby ich nakłonić do sprzymierzenia się z nim przeciwko władcy. Ta sytuacja raczej nie zapowiadała początku nowej ery przyjaźni, ale Montezuma nadal czekał. Możliwe, że jego niepewność powiększało szeroko ponoć rozpowszechnione przekonanie, że Cortés jest wcieleniem boga Quetzalcoatla - chociaż właściwie jedynym dowodem, że ktokolwiek dawał temu wiarę, są tylko listy Cortésa, i naprawdę wygląda to na wymysł w jego stylu.

Cortes przybył do Meksyku w 1519 roku (fot. flickr.com/photos/uscapitol)

Kiedy Cortés w towarzystwie kilkuset hiszpańskich żołnierzy i gromady nowych sojuszników przybył do Tenochtitlánu, Montezuma w końcu podjął decyzję, mimo że wielu doradców mówiło mu, iż popełnia błąd. Szczerze powiedziawszy, nie wiadomo, czy w tej sytuacji w ogóle była jakaś dobra decyzja, ale ta była absolutnie najgorsza: zaprosił Hiszpanów do pałacu jako gości honorowych. Obsypał ich darami, przydzielił im najlepsze pokoje i tak dalej.

Nie skończyło się to dobrze. Dwa tygodnie później Cortés przeprowadził zamach stanu, wziął Montezumę jako zakładnika i zmusił go do posłuszeństwa, ustanawiając marionetkowe rządy. Pierwszym, czego zażądał, była kolacja, a następnie po prostu kazał mu powiedzieć, gdzie trzymane jest całe złoto. Dalej wszystko się rozpętało mniej więcej w połowie roku 1520, pod nieobecność Cortésa - akurat walczył z dużym regimentem hiszpańskich żołnierzy, których przysłał gubernator Kuby, żeby położyć kres temu, cokolwiek, u licha, Cortés wyprawiał.

Jeden z poruczników Cortésa, który został w Tenochtitlánie, z niewiadomego powodu postanowił dokonać masakry licznych azteckich arystokratów, zgromadzonych w Wielkiej Świątyni na uroczystościach religijnych. Rozwścieczeni rzezią Mexica wszczęli powstanie i Cortés wrócił, żeby je stłumić. Nakazał Montezumie, by powiedział swoim ludziom, że mają zaprzestać wrogich działań. Nie zaprzestali - i taki był koniec Montezumy.

Hiszpańskie relacje mówią, że został ukamienowany przez rozjuszony tłum poddanych; najprawdopodobniej jednak zamordowali go Hiszpanie, kiedy stało się jasne, że już nie jest potrzebny jako marionetka. Ledwie po roku krwawych walk Hiszpanie podbili całe imperium i Cortés - który nagle powrócił do łask swoich szefów - został mianowany gubernatorem Meksyku.

Pałac Montezumy (fot. pixabay.com)

Przypuszczalnie nikt nie mógłby zapobiec inwazji, ale przyjęcie Hiszpanów jako gości uchodzi za jedną z najbardziej nierozważnych decyzji dotyczących stosunków międzynarodowych w całej historii. I szczerze mówiąc, gdyby rząd meksykański trzysta lat później, kiedy zaczął zachęcać amerykańskich imigrantów do osiedlania się w Teksasie, zastanowił się nad tym przykładem, kluczowa nauka płynąca ze smutnej opowieści o Montezumie - "Na litość boską, Mexica, przestańcie do siebie zapraszać białych ludzi" - mogłaby doprowadzić do zupełnie innego wyniku.

Na szczęście dla reputacji Montezumy, nie jest on osamotniony na historycznej liście ludzi podejmujących kiepskie decyzje w relacjach międzynarodowych. Znaczenie mądrego dobierania sobie przyjaciół można zilustrować historią Publiusza Kwinktyliusza Warusa, rzymskiego namiestnika Germanii w 9 roku n.e. Warus próbował realizować klasyczny scenariusz okupanta na okupowanych ziemiach: zjednywać sobie lokalnych przywódców, żeby plemiona zachowały względny spokój. Na swoje nieszczęście obdarzył zaufaniem Arminiusza, germańskiego wodza, ponieważ ten był obywatelem rzymskim i nawet dowodził oddziałem pomocniczym w rzymskiej armii. Pomimo ostrzeżeń, że jego zaufany doradca może być niezupełnie szczery, Warus postanowił mu uwierzyć, kiedy Arminiusz powiedział, że wśród germańskich plemion wybuchło powstanie. Arminiusz poprowadził Warusa i jego legiony prosto w zasadzkę, nad którą sam objął dowodzenie, stosując starą sztuczkę: "Pojadę kawałek do przodu, żeby zobaczyć, co się dzieje". Trzy rzymskie legiony zostały wycięte do nogi (była to największa klęska militarna w dziejach Rzymu) i ekspansja Cesarstwa Rzymskiego na północ stanęła w miejscu.

Mur zamiast floty

Przeciwieństwem nadmiernego zaufania jest autodestrukcyjna polityka zagraniczna Chin za czasów dynastii Ming - to studium przypadku dotyczące niebezpieczeństw izolacjonizmu. Przez pierwsze trzy dekady piętnastego wieku Chiny posiadały jedną z największych flot morskich w dziejach świata, dowodzoną przez legendarnego admirała Zheng He. Tworzyło ją około trzystu statków, łącznie z ogromnymi dziewięciomasztowcami (dorównujące im wielkością jednostki gdzie indziej na świecie pojawiły się wiele stuleci później) i pływającymi farmami, na których uprawiano warzywa i hodowano zwierzęta. We flocie służyło trzydzieści tysięcy ludzi. Co więcej, na tle świata Chiny wyróżniały się tym, że w zasadzie nie używały floty do, no wiesz, podbojów. Z pewnością okręty często służyły do walki z piratami, a także przydawały się jako zawoalowana demonstracja siły wobec każdego kraju, który rozważał niewłaściwe zachowanie - ale ze wszystkich siedmiu wypraw morskich Zheng He do różnych miejsc w Azji, Arabii i Afryce Wschodniej tylko z jedną wiązał się względnie niewielki konflikt.

Płaskorzeźba Zheng He w Malezji (fot. Shutterstock)

Chińczycy zawijali do portów tak odległych jak Malakka, Maskat i Mogadiszu, gdzie zamiast wojować, wymieniali się podarkami. Dawali cenne metale i piękne tkaniny, a w zamian dostawali najróżniejsze rzeczy, łącznie ze zwierzętami. Pewnego razu przywieźli z Kenii żyrafę.

W porównaniu z tym, w jaki sposób imperia kolonialne demonstrowały swoją przytłaczającą przewagę, brzmi to dość sympatycznie. I dlatego szczególnie zaskakuje, że po śmierci Zheng He w roku 1433 dynastia Ming. zastopowała. Chińczycy odwrócili się od floty. W odpowiedzi na działalność japońskich piratów wskrzesili starą politykę haijin - czyli niemal całkowity zakaz przewożenia czegokolwiek drogą morską. Wobec prowadzonych na północy wojen z Mongołami, zagraniczne misje dyplomatyczne uznali za zbędny wydateki postanowili inwestować w inny projekt: budowę wielkiego muru granicznego.

W następnych latach Chiny coraz bardziej zwracały się do wewnątrz, zamykając się na świat. Robiły to akurat wtedy, kiedy europejskie floty zaczynały wyruszać na badanie świata, co miało podwójny skutek: po pierwsze, gdy kilkadziesiąt lat później Europejczycy pojawili się na wodach Azji, nie było tam miejscowej potęgi, która stanęłaby im na drodze, i po drugie, Chiny ominął rozpoczynający się właśnie rozkwit nauki i techniki. Minęło bardzo dużo czasu, zanim państwo odzyskało status światowego mocarstwa.

Decyzje dyplomatyczne częściowo opierają się na próbie przewidzenia, jak w przyszłości zmieni się równowaga sił. Ponieważ nie można tego określić nawet w przybliżeniu, nie powinno dziwić, że ludzie tak często się mylą.

Model statku Zheng He w Muzeum w Hong Kongu (fot. Shutterstock)

To kto jest w końcu wrogiem?

Innym przykładem może być powojenna polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych. W ciągu długiego okresu światowej plagi kiepskich decyzji, zwanego zimną wojną, Stany Zjednoczone sprzymierzyły się mniej więcej z każdym, kto spełniał kryterium niebycia komunistą. Wielu z tych sojuszników było skończonymi łajdakami (patrz: rozmaici dyktatorzy w Ameryce Łacińskiej, seria strasznych władców w Wietnamie). Ale na ten główny problem nakłada się następny: często się okazywało, że ci sojusznicy od samego początku nie byli wielkimi fanami USA. Biorąc pod uwagę tylko ostatnie dziesięciolecia, Stany Zjednoczone występowały zbrojnie przeciwko Al-Kaidzie, która wyrosła z afgańskiej partyzantki mudżahedinów, wcześniej wspieranej przez USA, bo mudżahedini walczyli z Rosjanami (gorąco polecam obejrzenie filmu z 1987 roku o Jamesie Bondzie, W obliczu śmierci , jeśli lubisz krzyczeć do ekranu: "O RANY, STARE DZIEJE!". Bond sprzymierza się z mudżahedinami, którym przewodzi czarujący, heroiczny bohater, najlepiej opisany jako "układny bin Laden z wytwornym angielskim akcentem". Ale jest dobry motyw muzyczny).

W tym czasie Stany Zjednoczone były również zaangażowane w konflikt zbrojny przeciwko Irakowi, krajowi, który wcześniej wspierały, ponieważ walczył z Iranem, krajem, który sprzeciwił się Stanom, ponieważ Stany popierały wcześniejszą dyktaturę, ponieważ ona też była przeciwna Rosjanom.

I Stany Zjednoczone prowadzą działania zbrojne przeciwko ISIS, spadkobiercom Al-Kaidy w powojennym Iraku, obecnie prowadzącym w Syrii coś, co jest co najmniej wojną trójstronną, w której Stany sprzeciwiają się reżimowi, który uprzednio wspierały, a następnie próbowały wspierać jego wrogów, ale się okazało, że niektórzy z wrogów reżimu są również przyjaciółmi ISIS, którzy są wrogami tak USA, jak i wrogów USA, chociaż niektórzy inni przyjaciele są wrogami jednych i drugich - aha, i Rosja też tam walczy, po prostu w imię starych dobrych czasów. I tak wygląda sytuacja tylko w jednej niewielkiej części świata.

fot. Shutterstock

Tak, polityka międzynarodowa naprawdę jest trudna. Niewiele w niej miejsca na wzniosłe ideały, a zimna ręka pragmatyzmu oznacza, że często trzeba nawiązywać sojusze z tymi, z którymi można, a nie z tymi, z którymi rzeczywiście się chce. Jednak mnóstwa problemów, na które wciąż się natykamy, można by uniknąć, gdybyśmy pamiętali, że w większości wypadków wróg naszego wroga jest mniej więcej takim samym draniem jak nasz pierwszy wróg.

4 kolejne imponujące porażki w stosunkach międzynarodowych

Atahualpa

Inkaski władca, który w roku 1532 popełnił podobny błąd jak Montezuma, kiedy stanął w obliczu hiszpańskiej inwazji, z tą różnicą, że udoskonalił pomysł, przed spotkaniem z Hiszpanami upijając się i prowadząc swoich żołnierzy prosto w oczywistą pułapkę.

Vortigern

Władca Brytanii z piątego wieku, nie mogąc sobie poradzić z Piktami po odejściu Rzymian, podobno zaprosił saskich najemników, żeby walczyli dla niego. Sasi postanowili po prostu przejąć władzę.

Francisco Solano López

Paragwajski przywódca, któremu udało się wplątać swój mały kraj w wojnę ze znacznie większymi państwami: Brazylią, Argentyną i Urugwajem. Ocenia się, że w konsekwencji zginęła ponad połowa mieszkańców Paragwaju.

Telegram Zimmermana

W 1917 roku Niemcy wysłały tajną depeszę do Meksyku, proponując przymierze militarne, jeśli Stany Zjednoczone przystąpią do wojny - i obiecując Meksykowi Teksas, Nowy Meksyk i Arizonę. Kiedy Brytyjczycy przechwycili depeszę, to tylko zachęciło USA do wzięcia udziału w wojnie (a Meksyk nawet nie był zainteresowany propozycją).

Książka Toma Phillipsa ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros (mat. prasowe)

*Fragmenty książki Toma Phillipsa "Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko" w przekładzie Marii Gębickiej-Frąc

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Tom Phillips. Brytyjski dziennikarz i komik. Jest redaktorem internetowego serwisu Full Fact, cenionej niezależnej organizacji zajmującej się sprawdzaniem faktów. Wcześniej był dyrektorem wydawniczym brytyjskiej wersji serwisu BuzzFeed, gdzie dzielił swój czas między poważne relacjonowanie poważnych spraw... a robienie zupełnie niepoważnych żartów. Należał do grupy komediowej, pracował w telewizji i w Parlamencie, a nawet założył gazetę (fatalna porażka!). Studiował archeologię i antropologię, a także historię i filozofię nauki w Cambridge - i jest miło zaskoczony, że przy pisaniu książki "Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko" skorzystał z wiedzy zdobytej na wszystkich tych kierunkach.