Wojna tocząca się w Europie przez ostatnie dwa i pół roku nie odcisnęła się właściwie w żaden sposób na Stanach Zjednoczonych - jeśli nie liczyć wywołanej przez nią koniunktury. Większość Amerykanów z radością trzymała się z dala od potwornych działań zbrojnych toczących się w okopach po drugiej stronie Atlantyku; opowieści docierały do nich niezłagodzone odległością. Ale w 1917 roku neutralności nie dało się już dłużej utrzymywać. Dnia 6 kwietnia, jakiś tydzień od awansu Katherine, Kongres przegłosował przystąpienie Stanów Zjednoczonych do wojny, która miała przejść do historii jako "wojna kończąca wszystkie wojny".*
W studiu malowania cyferblatów mieszczącym się przy Third Street efekty tej decyzji stały się natychmiast odczuwalne. Popyt poszybował w górę. Studio w Newark było zdecydowanie za małe, by wyprodukować żądaną liczbę produktów, więc szefowie Katherine zamknęli je i w miejscowości Orange, znajdującej się nieopodal Newark, otworzyli specjalnie w tym celu wybudowany zakład. Miały w nim pracować nie tylko dziewczęta malujące cyferblaty; firma tak się rozwinęła, że samodzielnie zaczęła wyodrębniać rad z blendy, co wymagało uruchomienia laboratoriów chemicznych i zakładów przetwórczych. Radium Luminous Materials Corporation rozrastała się dynamicznie, więc nowy zakład składał się z kilku obiektów; wszystkie zlokalizowano w samym środku zabudowy mieszkaniowej.
Katherine była jedną z pierwszych pracownic, które przeszły przez próg dwupiętrowego ceglanego budynku, w którym miał się mieścić dział zastosowań. Ona i inne pracownice malujące cyferblaty były urzeczone tym, co zastały. Orange było atrakcyjnym, zamożnym miastem, a mieszczące się na drugim piętrze studio budziło prawdziwy zachwyt: wielkie okna ze wszystkich stron i świetliki w dachu. Do środka wlewało się wiosenne słońce, stwarzając znakomite warunki oświetleniowe do malowania tarcz.
Prawdziwe obywatelki**
Do potencjalnych pracownic wystosowano apel o wsparcie działań wojennych, na który zaledwie cztery dni po wypowiedzeniu wojny odpowiedziała Grace Fryer. Miała więcej powodów niż inni, by chcieć wesprzeć wysiłek wojenny; dwóch jej braci ruszało wraz z kilkoma milionami amerykańskich żołnierzy walczyć we Francji. Wiele dziewcząt malujących cyferblaty kierowało się ideą pomocy żołnierzom: "Dziewczyny były zaledwie garstką spośród tych licznych ludzi, którzy uważali, że ich zadaniem jest położenie swojej 'cegiełki'" - napisała Katherine.
Grace była młodą kobietą o szczególnie obywatelskiej postawie. "Grace już jako uczennica - napisała jedna z jej znajomych z dzieciństwa - chciała być po osiągnięciu dorosłości prawdziwą obywatelką". Jej rodzina miała zacięcie polityczne; ojciec Daniel był delegatem związku stolarzy i nie sposób było wychować się w jego domu, nie zaraziwszy się jego zasadami. Dość często wyrzucano go z pracy, bo związki zawodowe nie cieszyły się wówczas szczególną popularnością, lecz rodzina, choć może i niezamożna, bardzo się kochała. Grace była jednym z dziesięciorga dzieci - czwarta w kolejności - i szczególnie czuła się związana z matką, również noszącą imię Grace; może dlatego, że była najstarszą dziewczynką. Łącznie w rodzinie wychowywało się sześciu chłopców i cztery dziewczynki, a Grace była bardzo oddana rodzeństwu, szczególnie siostrze Adelaide, najbliższej jej wiekiem, i młodszemu bratu Artowi.
Kiedy ogłoszono nabór do wojska, Grace już pracowała na stanowisku, które pozwalało jej zarobić mniej więcej tyle, co w studiu malowania cyferblatów, ale zrezygnowała z pracy, by zatrudnić się w firmie radowej działającej w Orange, gdzie mieszkała. Była niezwykle inteligentna i ładna: kędzierzawe, kasztanowe włosy, piwne oczy, wyraziste rysy. Wiele osób uważało, że jest uderzająco piękna, ale wygląd nie miał dla Grace szczególnego znaczenia. Skupiła się na karierze zawodowej i jako osiemnastolatka była już na dobrej drodze, by zapewnić sobie pozbawioną finansowych trosk egzystencję. Była, krótko rzecz ujmując, "dziewczyną cieszącą się życiem". Błyskawicznie nabrała ogromnej wprawy w malowaniu cyferblatów, stając się jedną z najszybszych pracownic - malowała średnio 250 cyferblatów dziennie.
Tej wiosny pracę podjęła również młoda kobieta o imieniu Irene Corby. Była córką miejscowego kapelusznika, radosną siedemnastolatką. "Bardzo często się śmiała - mówiła jej siostra Mary - byle co ją rozśmieszało". Irene natychmiast zaprzyjaźniła się z koleżankami, zwłaszcza z Grace, a one uważały ją za jedną z bardziej utalentowanych pracownic.
Ostrzenie pędzelków
Wyszkolenie nowo zatrudnionych spadło na Mae Cubberley i Josephine Smith. Kobiety siedziały obok siebie przy długich stołach biegnących przez całą szerokość studia; między nimi było przejście, by panna Rooney mogła dokonywać swoich inspekcji przez ramię. Instruktorki nauczyły je, jak przenosić odrobinę materiału (dziewczyny zawsze nazywały rad "materiałem") do tygielków, "jak drobny obłoczek w powietrzu", a następnie starannie mieszać farbę. Ale wystarczyło najmniejsze drgnienie, by na rękach kobiet zostawały drobinki farby.
Kiedy farba została już wymieszana, trenerki instruowały swoje podopieczne, jak mają zaostrzać pędzelki ustami. "Kazała mi obserwować i naśladować" - zapamiętała Katherine ze szkolenia. I jak niezmienna jest natura świata, tak Grace, Katherine i Irene wykonywały niezmiennie polecenie. Ostrzyły pędzelek wargami... zanurzały go w radzie... i malowały cyferblat. "Obliż, zanurz, maluj": dziewczyny naśladowały się wzajemnie - lustrzane odbicia, które od rana do wieczora zwilżały, zanurzały i malowały.
Wkrótce orientowały się, że rad na ich pędzelkach zaczyna twardnieć. Dostawały drugi tygielek, rzekomo dla oczyszczenia włosia, ale wodę zmieniano tylko raz dziennie i szybko mętniała: nie tyle czyściła, ile wichrzyła pędzelki, co niektóre pracownice uznawały za dodatkowe utrudnienie; swoje pędzelki zwilżały po prostu wargami. Inne jednak zawsze korzystały z wody: "Wiem, że to robiłam - powiedziała jedna z nich - bo nie mogłam znieść tego ziarnistego smaku w ustach".
Smak farby był kwestią dyskusyjną. "Właściwie nie miała żadnego konkretnego smaku" - zauważyła Grace. A jednak niektóre połykały farbę właśnie dlatego, że lubiły jej smak.
Kolejna nowa pracownica, która tamtego lata posmakowała magicznego pierwiastka, to szesnastoletnia Edna Bolz. "Oto osoba obdarzona od urodzenia pogodnym usposobieniem" - napisano o niej później w magazynie "Popular Science". Była jedną z wyższych pracownic, choć i tak mierzyła niecałe sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, i miała jakieś wrodzone wyczucie elegancji. Ochrzczono ją przezwiskiem "Laleczki z Drezna", bo miała prześliczne złote włosy i jasną karnację, a do tego idealny zgryz i, być może w efekcie, promienny uśmiech. Z czasem zbliżyła się do kierowniczki, panny Rooney, która opisywała ją jako "bardzo miły typ dziewczyny, bardzo skromnej, z bardzo dobrej rodziny". Pasją Edny była muzyka, do tego kobieta była głęboko religijna. Podjęła pracę w lipcu, w czasie, gdy produkcja bardzo szybko wzrosła w odpowiedzi na zamówienia ze strony wojska.
Manufaktura lśniących duchów
Tego lata zakład wprost nie nadążał z realizowaniem zamówień. "To było po prostu wariatkowo!" - wykrzyknęła jedna z pracownic. Dziewczyny już i tak pracowały w nadgodzinach, po siedem dni w tygodniu, by zrealizować złożone zamówienia; teraz studio zaczęło działać również w nocy. Na tle czarnych okien pracownice malujące cyferblaty błyszczały jeszcze jaśniej niż zwykle: manufaktura lśniących duchów trudzących się po nocy.
Choć tempo było wymagające, cały ten układ pod wieloma względami stał się zabawny z perspektywy kobiet, które napawały się dramatyzmem długich szycht malowania cyferblatów dla ojczyzny. Większość stanowiły nastolatki - "radosne, rozchichotane dzierlatki" - które potrafiły sobie wygospodarować czas na odrobinę frajdy. Jedną z ulubionych zabaw było wydrapanie na zegarku swojego imienia i adresu: wiadomości dla żołnierza, który będzie go nosił; czasem żołnierz przysyłał w odpowiedzi liścik. Cały czas zatrudniano nowe dziewczyny, przez co praca stawała się atrakcyjna towarzysko. W studiu w Newark pracowało jakieś siedemdziesiąt kobiet; podczas wojny ich liczba wzrosła ponad trzykrotnie. Dziewczęta siedziały teraz stłoczone po obu stronach stołów, oddalone od siebie ledwie o metr.
Wśród nich była Hazel Vincent. Podobnie jak Katherine Schaub pochodziła z Newark. Miała pociągłą twarz, drobny nosek i jasne włosy, które układała zgodnie z najnowszą modą. Kolejną nowo zatrudnioną pracownicą była dwudziestojednoletnia Albina Maggia, córka imigranta z Włoch. Jej rodzicom urodziło się siedem dziewczynek; Albina była trzecia. Okrąglutka, a przy tym maleńka, ledwie metr czterdzieści dwa, miała klasycznie ciemne oczy i włosy. Cieszyła się z powrotu do pracy - jako najstarsza niezamężna córka zrezygnowała z pracy modystki, by opiekować się matką, która przed rokiem zmarła. Odkryła jednak, że nie jest wcale najszybsza w malowaniu cyferblatów. Stwierdziła, że pędzelki są "strasznie nieporęczne" i dziennie malowała tylko półtorej tacki. Mimo wszystko starała się, jak mogła, zauważając później: "Zawsze pracowałam dla firmy ze wszystkich sił".
Do Albiny dołączyła przy długich drewnianych stołach jej młodsza siostra Amelia, nazywana przez wszystkich Mollie. W studiu znalazła chyba swoje powołanie - okazała się niesłychanie produktywna. O trzydzieści centymetrów wyższa od Albiny, była towarzyską dziewiętnastolatką o szerokiej twarzy i natapirowanych brązowych włosach. Często widywano, jak śmiała się z koleżankami. Zaprzyjaźniła się z inną nowicjuszką, Eleanor Eckert (o przezwisku Ella): nie miały przed sobą tajemnic. Ella była ładna i lubiana; miała bardzo jasne, lekko napuszone włosy i szeroki uśmiech. Niewiele jej trzeba było do śmiechu, czy to w pracy, czy w czasie wolnym. Dziewczęta rozmawiały i razem jadły lunche, jedynie na krótko przerywając pracę, by poczęstować się kanapką przez zatłoczony stół.
Wydarzenia towarzyskie organizowała również firma; największym powodzeniem cieszyły się pikniki. Pracownice malujące cyferblaty, ubrane w białe letnie sukienki i kapelusze z szerokimi rondami, zajadały lody w rożkach, siedząc na prowizorycznej kładce przerzuconej przez płynący obok studia potoczek, machając nogami albo przytrzymując się jedna drugiej, żeby nie wpaść do wody. Na pikniki zapraszano wszystkich pracowników, więc podczas tych spotkań dziewczyny miały okazję poprzebywać z tymi, których rzadko widywały: mężczyznami pracującymi w laboratoriach i pomieszczeniach produkcyjnych. Wkrótce nawiązał się dziwny "biurowy romans": Mae Cubberley zaczęła się spotykać z Rayem Canfieldem, pracownikiem laboratorium; był to jeden z wielu romansów nawiązywanych przez dziewczęta, choć zwykle nie z kolegami z pracy. Hazel Vincent, dla przykładu, była zakochana w swoim chłopaku z dzieciństwa, jasnowłosym i błękitnookim mechaniku o nazwisku Theodore Kuser.
Tylko pozytywne skutki
Założyciela firmy, Sabina von Sochocky'ego, urodzonego w Austrii trzydziestoczteroletniego lekarza, spotykano często na tych piknikach w otoczeniu tłumu pracowników: siedział bez marynarki na kocu ze szklanką zimnego napoju w ręce. Dziewczyny rzadko widywały go w studiu - zwykle był zbyt zajęty pracą w laboratorium, by zaszczycać je swoją obecnością - więc pikniki stanowiły wyjątkową okazję, przy której ich drogi mogły się skrzyżować. To on w 1913 roku wynalazł stosowaną przez nie luminescencyjną farbę, co bez wątpienia było dużym sukcesem. W pierwszym roku działalności jego firma sprzedała dwa tysiące świecących w ciemnościach zegarków; teraz produkcja szła w miliony. Z wielu względów jego przedsiębiorczość była zupełnie nieoczekiwana, ponieważ odebrał wykształcenie medyczne. Początkowo pracę związaną z gospodarczym wykorzystywaniem farby traktował jak "zwykłą chałturę", która miała sfinansować badania medyczne, ale rosnący popyt wymusił na nim bardziej biznesowe podejście do sprawy. Spotkał "pokrewną duszę" w osobie doktora George'a Willisa i tak oto dwóch lekarzy założyło firmę.
Zdaniem kolegów po fachu von Sochocky był "niezwykłym człowiekiem". Wszyscy nazywali go po prostu "doktorem". Wydawał się niezmordowany: "zaczynał dzień późno, ale potem gotów był pracować do późnej nocy". W magazynie "American" określano go mianem "jednego z największych na świecie autorytetów w kwestii radu" - a uczył się od najlepszych: samych państwa Curie.
Dzięki nim oraz lekturze specjalistycznych książek medycznych zrozumiał, że rad niesie ze sobą wielkie zagrożenia. Mniej więcej w tym czasie, gdy studiował pod okiem państwa Curie, słyszano, jak Piotr zauważył, że "nie wszedłby do pokoju, w którym znajdowałby się kilogram czystego radu, bo ten wypaliłby mu skórę na całym ciele, oślepił go i prawdopodobnie zabił". Wówczas państwo Curie byli już doskonale zaznajomieni z niebezpieczeństwami radu, gdyż sami wielokrotnie doznali poparzeń. Rad leczył guzy, owszem, niszcząc zrakowaciałą tkankę, ale jego oddziaływanie było bezlitosne i w równej mierze unicestwiało zdrowe komórki. Sam von Sochocky doświadczył jego milczącego, złowrogiego gniewu: rad wniknął w jego lewy palec wskazujący, a kiedy lekarz zdał sobie z tego sprawę, odciął jego opuszek. Teraz wyglądał tak, jakby "obgryzło go jakieś zwierzę".
Oczywiście niewtajemniczeni nie mieli o tym wszystkim pojęcia. Większość zwykłych śmiertelników była przekonana, że rad ma wyłącznie pozytywne oddziaływanie; o tym właśnie pisano w gazetach i czasopismach, taki był przekaz reklamowy na opakowaniach produktów i o tym wystawiano spektakle na Broadwayu.
Mimo to pracownikom laboratorium w zakładzie von Sochocky'ego w Orange zapewniono wyposażenie ochronne. Wydano ołowiane fartuchy i zrobione z kości słoniowej szczypce do przenoszenia fiolek z radem. W styczniu 1921 roku von Sochocky napisał, że z radem można pracować "tylko z zachowaniem najwyższych środków ostrożności".
A jednak mimo tej świadomości i uszkodzenia własnego palca von Sochocky był najwyraźniej tak zafascynowany radem, że według wszelkich relacji postępował z nim bardzo nieostrożnie. Znany był z tego, że bawił się fiolkami zawierającymi rad, trzymając je gołymi rękoma i obserwując w ciemnościach luminescencję, lub zanurzał ręce po łokcie w roztworach tego pierwiastka. Niedbale poczynał sobie również współzałożyciel firmy George Willis, który ujmował fiolki radu między kciuk a palec wskazujący, nie zawracając sobie głowy szukaniem szczypiec. Ich współpracownicy, co w końcu zrozumiałe, szli za ich przykładem. Nikt nie przywiązywał wagi do ostrzeżenia Thomasa Edisona, pracującego zaledwie kilka kilometrów od zakładu w Orange, dosłownie w zasięgu wzroku. Edison zauważył kiedyś: "Może być taki stan, w który rad jeszcze nie wszedł, a w którym wywoła opłakane skutki; wszystkie osoby, które z nim pracują, powinny zachować ostrożność".
A mimo to w słonecznym studiu na drugim piętrze nie przejmowano się ani odrobinę. Nie było tu żadnych ołowianych fartuchów, żadnych szczypczyków z kości słoniowej, żadnych specjalistów od medycyny. Zawartość radu w farbie uznawano za tak znikomą, że tego rodzaju środki ostrożności wydawały się zbędne.
Dziewczyny nie miały oczywiście pojęcia, że w ogóle mogłyby ich potrzebować. Używały przecież radu, cudownego leku. Uważały się za szczęściary, zaśmiewając się w swoim gronie i pochylając głowy nad misterną robotą. Grace i Irene. Mollie i Ella. Albina i Edna. Hazel, Katherine i Mae.
Ujmowały pędzelki i oblizywały je raz za razem, jak je nauczono.
Obliż. Zanurz. Maluj.
*Fragmenty książki "The Radium Girls. Mroczna historia promiennych kobiet Ameryki" Kate Moore w tłumaczeniu Doroty Konowrockiej-Sawy. Możecie ją kupić w Publio.pl >>>
**Śródtytuły pochodzą od redakcji
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.
KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>
Kate Moore jest autorką bestsellerów New York Timesa z ponad dziesięcioletnią praktyką pisarską. Realizuje się w wielu gatunkach, między innymi wspomnieniach, biografiach i powieściach historycznych. W 2015 roku wyreżyserowała docenioną przez krytyków i publiczność sztukę o radowych dziewczętach zatytułowaną "Promienne życiorysy". Mieszka w Wielkiej Brytanii.