Historia
Charakterystyczna, nowojorska zabudowa przy Tompkins Square, w East Village (fot. Shutterstock)
Charakterystyczna, nowojorska zabudowa przy Tompkins Square, w East Village (fot. Shutterstock)

Slumming

Żywiołem mieszkańców Lower East Side [dzielnica w południowo-wschodniej części Manhattanu - przyp.red.] była noc. Nowojorskie knajpy podejmowały gości do godziny czwartej rano i rzadko kiedy pustoszały wcześniej. Bywały noce, kiedy ich rozpalona klientela prowadziła niekończące się dyskusje o malarstwie ekspresjonistycznym, jazzie i poezji. Zakrapiane alkoholem debaty na śmierć i życie były istotną składową wykształcenia nowojorskich literatów, krytyków i późniejszych akademików. Nie zawsze jednak było tu tak poważnie. Znacznie częściej Lower East Side była areną dzikich libacji, którym bitnicy zawdzięczali swoją złą sławę. Inkubatorem, gdzie w cieplarnianych warunkach wzrastały hipisowskie idee lata miłości, których krzewiciele całymi garściami czerpali z manifestów Allena Ginsberga i Eda Sandersa [poeci, jedni z twórców generacji Beatników - przyp.red.] stałych bywalców The Dom i Stanley's Bar.

Na Lower East Side knajpy pustoszały dopiero ok. czwartej rano. Na zdj. Manhattan nocą na początku lat 60. (fot. Shutterstock)

(...) Nocny świat brudnych, pijanych i ordynarnych bitników rozpalał wyobraźnię bogaczy z Górnego Manhattanu, którzy coraz liczniej do niego zaglądali. Ta wewnątrzmiejska turystyka miała swoją nazwę - slumming, a jej historia sięgała lat dwudziestych, kiedy finansjera Nowego Jorku wybierała się do klubów na Harlemie, by posłuchać Duke'a Ellingtona czy Louisa Armstronga. Czterdzieści lat później limuzyny zaczęły pojawiać się w okolicach St. Mark's Place, dowożąc bogaczy do takich miejsc jak The Five Spot, Slug's, The Dom, Fillmore East czy Electric Circus. Pierwsi z nich pojawiali się jeszcze w latach pięćdziesiątych i szybko przekonali się, że nikt nie będzie im tam czapkował i przychylał przychylał nieba. W wywiadzie dla "Jazz Times" Charles Turyn, stały bywalec The Five Spot, wspominał spotkanie z przystojniakiem o imieniu Paul:

Uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym on zapytał mnie, czy interesuję się jazzem. Odpowiedziałem, że oczywiście. Wtedy on zadał mi jedno z najgłupszych pytań dotyczących muzyki, jakie słyszałem w życiu. (...) Im dłużej gadaliśmy, tym więcej bzdur wygadywał. Moje wzburzenie rosło, więc w końcu powiedziałem, żeby przestał gadać takie pierdoły. [...] On jednak uścisnął mi dłoń, podziękował bardzo gorąco, zatrzymał przejeżdżającą taksówkę, wsiadł i odjechał. Wtedy z baru wyszedł Joe Termini  i zapytał, czy wiem, kogo właśnie nazwałem palantem. Okazało się, że to był Paul Newman, który przygotowywał się do roli w "Paryskim bluesie" i potrzebował informacji o słuchaczach jazzu.

Cóż, z tak rozwiniętą empatią, serdecznością i cierpliwością Turyn szybko został barmanem. Kiedy w 1964 roku Tolkin otworzył The Dom, obcesowy amator jazzu momentalnie znalazł w nim zatrudnienie. Nadawał się - w końcu w klubie roiło się od bogaczy, których należało czasem sprowadzić na ziemię. (...)

Jazz

Wspomniana The Five Spot znajdowała się na Cooper Square i była jednym z pierwszych miejsc, które ściągały na Lower East Side bogatą publiczność. Jeszcze zanim w 1962 roku klub przeniósł się na St. Mark's Place, dał się poznać jako jeden z najważniejszych jazzowych lokali Nowego Jorku. Całymi tygodniami grywali tam Thelonious Monk [pianista jazzowy - przyp.red.] czy John Coltrane [saksofonista jazzowy - przyp.red.]. Wśród publiczności zasiedli wówczas Miles Davis [trębacz jazzowy - przyp.red.], Leonard Bernstein [kompozytor i dyrygent - przyp.red.] i wiele innych znakomitych postaci świata sztuki. Stałymi gośćmi w The Five Spot byli bowiem nie tylko muzycy i zakochani w jazzie bitnicy - zaglądali tam również Franz Kline czy Willem de Kooning [malarze, przedstawiciele abstrakcyjnego ekspresjonizmu - przyp.red.]. Rezydujący na południowym Manhattanie malarze spędzali w jazzowych zaułkach Lower East Side tak wiele czasu, że niekiedy okazywali się najlepszymi krytykami w mieście.

Nazwa Alphabet City pochodzi od Alei A,B,C i D, które wyznaczają granice tego rejonu (fot. Shutterstock)

Tak było tego wieczoru, kiedy uratowali Cecila Taylora. Jego atonalna muzyka działała identycznie na doświadczonych krytyków, przysypiających na krzesłach meneli i snobów z Górnego Manhattanu. Wszyscy czekali, kiedy wreszcie ucichnie. Pierwsze występy Taylora kończyły się więc szybko - czasem po zaledwie kilku nutach. Jego beznadziejną sytuację odmienił koncert w The Five Spot. Pianista podczas szalonego koncertu złamał dwa klawisze w starym fortepianie Terminich. Wściekli właściciele nie chcieli mieć z nim więcej do czynienia, ale wtedy interweniowali malarze. Zachwyceni kreatywnością muzyka, zapowiedzieli braciom: jeśli Taylor przestanie grać, oni przestaną przychodzić. Biorąc pod uwagę, że ci twórcy stanowili w The Five Spot grupę wyjątkową - jako nieliczni mieli pieniądze do wydania - Termini zakontraktowali zespół na kilka następnych tygodni.

Kline czy de Kooning mogliby nie mieć dość odwagi, by stawiać warunki właścicielom The Annex czy Slug's - klubów, które ze względu na położenie w niebezpiecznym Alphabet City nie cieszyły się najlepszą sławą. W Slug's grywali Jackie McLean [saksofonista jazzowy - przyp.red.] czy Charles Mingus [kontrabasista jazzowy - przyp.red.], a równie wielkich artystów można było wypatrzyć wśród publiczności. Z tego względu przed klub między biednymi alejami B i C czasem podjeżdżały limuzyny, z których wychodzili mężczyźni w trzyczęściowych garniturach i kobiety w futrach. Kilka metrów dzielących ich od drzwi lokalu pokonywali w pośpiechu, ponieważ w tej okolicy wystarczył moment, by stracić portfel albo coś więcej. (...)

Klub The Dom mieścił się przy ulicy St. Mark's Place (fot. Shutterstock)

Nowa klientela

Kluby jazzowe i bitnikowskie speluny przyciągały bogatych ekscentryków. W jednym z reportaży poświęconych Slug's muzycy wspominają dziwacznie ubranego gościa, który wieczorami przychodził ze świeczką w dłoni, by przyglądać się wiszącym na ścianach obrazom. W ogóle nie interesował się przy tym grającymi kilka metrów dalej jazzmanami. Oglądał obrazy i wychodził. Często towarzyszyło mu kilka równie barwnych postaci. Był to Salvador Dali. Ekscentryczne zachowania wspominał również jeden z funkcjonariuszy nowojorskiej policji, który przyjechał do Slug's z interwencją. Gdy wszedł do środka, przywitał go straszny zgiełk, ale na scenie dostrzegł jedynie pianistę. Po chwili okazało się, że trębacz stoi w budce telefonicznej, a reszta muzyków gra, dzieląc miejsca z publicznością. Tym samym zdezorientowany policjant wziął udział w koncercie Sun Ra Arkestra.

Wszystkie te kluby, mimo że organizowały spektakularne wydarzenia, już choćby z racji swoich rozmiarów nie mogły ściągać tłumów na Lower East Side. Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy otworzyły się tam takie lokale jak The Dom, a później Fillmore East i Electric Circus. W "The New York Times" z 1964 roku zwróciła na to uwagę dziennikarka Charlotte Curtis. Wśród miejsc, które przyczyniły się do tej nowej mody, już na początku wymieniła knajpy Stanleya Tolkina. "Chcę tylko prowadzić bar - nie potrzeba mi żadnych kłopotów" - asekurował się ich właściciel, pytany przez nią o przyczyny inwazji młodych artystów na Lower East Side. W dalszej części artykułu Tolkin opisywał przemiany, którym przyglądał się bacznie zza drewnianego kontuaru: "Na początku pojawili się artyści, później nauczyciele, pisarze i w pewnym momencie mieliśmy wszystkich: speców od reklamy, lekarzy mieszkających w pobliskich kamienicach, początkujących prawników i budowlańców".

Widok z Manhattan Bridge na Lower East Side (fot. Shutterstock)

Choć za sprawą Warhola The Dom stał się modny wśród klasy średniej i wyższej, jego klientela była dość zróżnicowana społecznie i etnicznie. Publicystkę "The New York Times" najbardziej uderzył udział Afroamerykanów w kształtowaniu się tej nowej bohemy. Curtis pisała wprost, że nigdzie indziej nie widziała tylu mieszanych par, często już sobie poślubionych. Zdaniem publicystki, The Dom nie wyglądał specjalnie imponująco: duża sala o ścianach pomalowanych na czerwono, przytłumione światło, głośna muzyka i smród papierosów. Przy stolikach dyskutowano o spektaklach, wystawach i premierach, a na parkiecie ćwiczono kolejne wariacje twista.

Zmiany

Wraz z dopływem nowojorskich elit nocne życie Lower East Side nieodwracalnie się jednak zmieniało. W Stanley's Bar czy Slug's wciąż rządzili miejscowi, ale kiedy w The Dom pojawił się Warhol, klub zaczął przyciągać chcących się pokazać bogaczy z całego Manhattanu. Dość powiedzieć, że Jackie Kennedy wraz z prezenterem telewizyjnym Walterem Cronkite'em zaglądała tu, by sprawdzić, przy czym bawi się nowojorska młodzież. Michelangelo Antonioni rozglądał się za statystami i gawędził z Claudią Cardinale, a wspomniany już Dali został wyrzucony na ulicę, kiedy pijany próbował wykonać słynny trik ze ściągnięciem obrusu spod szklanek i kufli. (...)

W Nowym Jorku moda zmieniała się szybko. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych zarówno jazzmani, jak i przepici uczniowie Corsa czy Kerouaca nie działali już tak bardzo na wyobraźnię znudzonych dziewcząt. Wraz z nimi na popularności zaczął tracić alkohol, który coraz częściej przestawał być używką pierwszego wyboru - ustępował miejsca marihuanie, LSD albo pobudzającym seksualnie poppersom. Te ostatnie zdominowały formującą się wtedy scenę disco, która za sprawą takich klubów jak The Cheetah czy Arthur zaczynała zdobywać Górny Manhattan. Kwas, haszysz, marihuana wypierały piwo i wódkę w lokalach, gdzie dominowały psychodeliczny rock i filozofia New Age, nawołująca do zmiany sposobu postrzegania świata.

Andy Warhol był stałym bywalcem the Dom. Na zdj. wystawa jego prac w Madrycie w 2018 r. (fot. Shutterstock)

W tym ostatnim celował Electric Circus, który otworzył się w 1967 roku w budynku Polskiego Domu Narodowego. Tym samym Tolkinowi wyrosła konkurencja z prawdziwego zdarzenia. Sam ją sobie zresztą zafundował, wynajmując piętro zarządzanego przez siebie budynku dwóm biznesmenom: Jerry'emu Brandtowi i Stanleyowi Freemanowi. Ten pierwszy pracował wcześniej jako impresario i ściągnął do Stanów The Rolling Stones. Organizował również koncerty The Beach Boys i Sama Cooke'a. Miał więc doświadczenie. Ten drugi był nowy w tej branży, ale miał pieniądze, które chciał zainwestować. Razem otworzyli modny, psychodeliczny klub. Od tego momentu w kamienicy funkcjonowały więc dwa bardzo popularne lokale.

Sąsiedztwo Electric Circus nie pozostało bez wpływu na charakter The Dom. U Tolkina pozostała głównie czarna klientela, która grała w karty, słuchała jazzu i tańczyła do ulubionych piosenek puszczanych z szafy grającej. Białe dzieciaki z bogatych domów, wzięci artyści i telewizyjni celebryci przenieśli się piętro wyżej, skuszeni psychodelią. Przy wejściu oczekiwał ich menedżer Tom Williams, który zbierał pieniądze, pilnował, aby nikt nie wślizgnął się bez biletu, i witał bardziej znamienitych gości. A tych nie brakowało. Do klubu zaglądały takie sławy jak Andy Warhol ze swoją świtą, czy Truman Capote. Na otwarciu mogli się spotkać Muhammad Ali, David Rockefeller oraz książę Laosu. Menedżer najcieplej wspomina jednak wizyty Leonarda Bernsteina, który pracował na Górnym Manhattanie, ale lubił kończyć dzień w lokalu na Lower East Side. - Druga w nocy, głośna muzyka, tłumy na parkiecie i nagle wchodził on: majestatyczny, elegancki, otoczony wianuszkiem artystów. W oczy rzucał się przede wszystkim jego strój. Przysięgam, że nigdy wcześniej nie widziałem człowieka, za którym ciągnęła się długa peleryna. Samo poruszanie się w czymś takim było nie lada umiejętnością. Bernstein z pewnością ją posiadał. Był gwiazdą.

Książka Jana Błaszczaka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (mat. prasowe)

*Fragmenty książki "The Dom. Nowojorska bohema na polskim East Endzie" Jana Błaszczaka. Możecie ją kupić w Publio.pl >>>

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Jan Błaszczak. Dziennikarz współpracujący z działami kulturalnymi "Tygodnika Powszechnego", "Przekroju" i "Polityki". Publikował również na łamach m.in. "Machiny", "Wprost" i "Gazety Magnetofonowej". Ma na koncie wywiady m.in. ze Steve'em Reichem, Johnem Paulem Jonesem, Charles'em Aznavourem, Raekwonem i Johnem Lydonem. Jako reporter współpracował z Programem II Polskiego Radia. Na co dzień pracownik działu programowego Filmoteki Narodowej - Instytutu Audiowizualnego.