W środę 8 kwietnia 2009 roku kapitan statku handlowego Maersk Alabama, Richard Phillips, został uprowadzony przez czterech somalijskich piratów. Doszło do tego przy wybrzeżu wschodniej Afryki. Phillipsa zmuszono, by zszedł do małej krytej łodzi ratunkowej, którą piraci skierowali do brzegów Somalii, skąd zamierzali wymusić okup na Stanach Zjednoczonych, grożąc sprzedaniem Amerykanina powiązanej z Al-Kaidą grupie terrorystycznej Al-Szabab.*
Gdy Phillips siedział w ciasnej, piekielnie nagrzanej łodzi, okręty US Navy zmierzały już w kierunku sceny wydarzeń, chociaż nie miały na pokładach ludzi, którzy mogliby podjąć zdecydowaną akcję ratowniczą. W końcu nasze jednostki zablokowały piratów i wysłały śmigłowce, które wisząc tuż nad łodzią, utrudniały jej żeglugę. Niemniej na tym musiano poprzestać. Lotnicy patrzyli bezradnie, gdy kapitan podjął próbę ucieczki, skacząc za burtę, zaraz jednak został wciągnięty z powrotem do łodzi. Piraci wiedzieli, że w tej sytuacji nie uda im się raczej dotrzeć do brzegu, ale zawsze mogą wykorzystać zakładnika jako kartę przetargową. Marynarka Wojenna wiedziała z kolei, że może utrzymać ich z dala od brzegu, ale im dłużej będzie to trwało, tym gorzej może się skończyć dla kapitana.
Sytuacja była patowa, zwłaszcza że w łodzi zabrakło paliwa. Po trudnych negocjacjach niszczyciel USS Bainbridge wziął ją na hol. Cały świat obserwował poczynania obu stron, a napięcie rosło.
My śledziliśmy sprawę od samego początku. Wiedzieliśmy również, że rozwiązanie kwestii będzie zależało od kontekstu politycznego, niemniej zaczęliśmy sobie to i owo planować na wypadek, gdybyśmy mieli wziąć udział w tak nagłaśnianej historii. Wprawdzie ćwiczyliśmy podobne scenariusze i byliśmy najlepsi na świecie, nasz Team jednak nigdy dotąd nie odbijał zakładnika na morzu. Bywało, że wysyłano już niektóre drużyny na tego rodzaju akcje, ale zawsze wycofywano je tuż przed planowanym atakiem.
Tym razem zdarzyło się jednak inaczej. Usiedliśmy do burzy mózgów i zaczęliśmy rozpatrywać wszystkie możliwe warianty. Trochę to trwało. Mogliśmy czerpać z doświadczenia zebranego przez dwadzieścia pięć lat istnienia SEAL, ale nikt dotąd nie ćwiczył takiej akcji, czyli ataku na całkowicie zakrytą szalupę ratunkową holowaną przez okręt wojenny. Łódź miała osiem i pół metra długości, była całkowicie obudowana i wejść do niej można było tylko przez dwa włazy. Jak wydostać gościa z czegoś takiego? (...)
Urodziny na służbie**
W piątek, 10 kwietnia, wypadały moje urodziny, na dodatek czteroletnia już córka miała w przedszkolu imprezę wielkanocną. Tym razem ja z nią pojechałem, cały szczęśliwy. Pomysł był taki, że dzieci będą siedzieć przy stolikach, a dorośli wystąpią w roli kelnerów i będą obsługiwać swoje pociechy. Dobrze się bawiliśmy, zwłaszcza że nie miałem dotąd zbyt wielu takich okazji. Byłem w połowie donoszenia babeczek i wszystkiego, co lubią przedszkolaki, gdy odezwał się mój pager i pokazał kod alarmowy. To było to. Mieliśmy ruszać do akcji.
Zaraz zadzwoniłem do żony:
- To ja. Muszę lecieć. Bądź tu jak najszybciej.
Już wiedziała. Żony ludzi z SEAL są mądrzejsze od swoich mężów i mają lepszą sieć wywiadowczą. Była już w drodze. Wiedziała, że mam godzinę, aby dostać się do pracy. Czekał nas lot dwoma C-17 Globemaster III z parą łodzi motorowych na pokładach. Czas był najważniejszy i wszyscy o tym wiedzieliśmy, łącznie z żonami. Gdy Nicole przejęła córkę, pocałowałem wszystkich i wyszedłem. Na wojnę.
Do dowództwa miałem dwadzieścia minut jazdy, czekanie w przedszkolu zajęło z dziesięć. Wciąż jednak miałem kilka chwil w rezerwie i pomysł, jak je wykorzystać. Pod naszą bazą jest sklep 7-Eleven, postanowiłem więc tam wstąpić, pobrać z bankomatu tyle gotówki, ile tylko się da, i uzupełnić zapas tytoniu Copenhagen oraz papierosów. Wiedziałem, że wysadzą nas na środku oceanu, ale trudno było orzec, gdzie potem nas rzuci. Mógł to być teren mało przyjazny dla amerykańskich seali, gdzie gotówka i papierosy są na wagę złota. Na przykład wówczas, gdy trzeba kupić sobie wolność. A jeśli nie, to pełny portfel i dobre zaopatrzenie zawsze się przydadzą (...)
Skierowałem się na piętro, do naszej sali ogólnej. Rozpiska wisiała na ścianie tak jak podczas treningów, podpisałem się więc i podałem godzinę. Zostało mi jeszcze sporo czasu, ale i tak należało się spieszyć. Mieliśmy wiele do zrobienia, a w takich sytuacjach minuty płyną bardzo szybko. (...) Na dole dowódcy drużyn i starsi członkowie zespołu uzgadniali taktykę i spisywali kolejność skoków. Kto za kim i kto w której łodzi w którym samolocie. Niby wszyscy już to wiedzieli, ale są rzeczy, które należy sprawdzać i po trzy razy. Tymczasem młodzi ładowali wszystkie torby do naszych skrzyń. Każdy członek eskadry miał cztery torby, przygotowane i opisane na tę konkretną misję. (...) Do samolotu mieliśmy wziąć torby ze sprzętem do skoków.
Było w nich wszystko potrzebne do desantu na spadochronie i korzystania z łodzi motorowej. Kolejna torba nosiła plakietkę "Walka z terroryzmem" i te umieszczaliśmy w łodzi, aby wylądowały razem z nią na wodzie. W środku był sprzęt do ratowania zakładnika: karabin, hełm, noktowizor i tak dalej. Wszystko do wypakowania, gdy będziemy już w łodziach po skoku. Trzecia torba, "Wysunięty punkt oczekiwania", też znajdowała się w łodzi i miała tam pozostać albo być przekazana przez załogę samolotu do wspomnianej bazy, gdyby łodzie okazały się nazbyt obciążone. Torby te były dość ciężkie i zawierały różne różności potrzebne człowiekowi po misji, czy to w bazie, czy na okręcie. Na przykład kosmetyki, klapki i skarpetki na zmianę oraz mundur. Czwarta była torba "Ciąg dalszy która zostawała w klatce. Zawierała rzeczy, które mogły okazać się potrzebne, gdyby zespół musiał zaraz ruszać na kolejną misję. (...)
Prawie wakacje w tropikach
Postanowiliśmy, że skoczymy zgodnie z planem, a następnie popłyniemy łodziami do przypominającego lotniskowiec okrętu desantowego, USS Boxer, który normalnie miał na stanie śmigłowce i jednostki desantowe. Nie otrzymaliśmy jeszcze zgody na działanie, zamierzaliśmy więc wykorzystać wielki okręt jako bazę i poczekać na jego pokładzie. Początkowo chcieliśmy wziąć cztery łodzie i wszystkich ludzi z zespołu.
Personel pomocniczy poleciałby wtedy dwoma samolotami do Dżibuti. Wyszło nam jednak, że możemy potrzebować tych ludzi, techników od radia i tak dalej, aby pomogli nam wszystko ustawić. Wzięliśmy więc odpowiednią liczbę spadochronów tandemowych, by mogli skoczyć z nami.
Ten nowy pomysł kilka spraw jednak skomplikował. Po pierwsze skok miał objąć więcej ludzi i łodzie ze sprzętem należącym do nas wszystkich mogły być zanadto obciążone. Trzeba było usunąć z nich część worków, głównie tych z udogodnieniami na później. Po drugie zaś, i to wcale nie był drobiazg, wielu z personelu pomocniczego nigdy jeszcze nie skakało. Nie wszyscy byli zadowoleni z tej niespodzianki. Gdy powiedziałem jednemu, że ma skoczyć, gwałtownie zaprotestował i odmówił. Powiedział, że leci do Dżibuti. - Nie ma mowy - odparłem. - Skaczesz. Razem z tym facetem. - Przedstawiłem go Bootsowi, który był jego opiekunem w tandemie. Mój przyjaciel był zdecydowanie podekscytowany misją. Pomocniczy jakoś nie. Cały czas jęczał, że nigdy nie marzył o skokach ani ich nie planował, zwłaszcza dzisiaj. Próbowałem go zmotywować, wyjaśniając, że będzie ciepło, że woda jest tam czysta i w ogóle. Wakacje w tropikach! Ale on powtarzał swoje:
- Nie wstąpiłem do Marynarki Wojennej, żeby służyć w SEAL. Nie jestem sealem i nie mogę skakać!
- Masz rację. - odparłem. - Ale tylko w połowie. Skaczesz!
We właściwej chwili załoga opuściła rampę i zobaczyłem piękny Ocean Indyjski z szarym prostokątnym akcentem. To był USS Boxer. Przycisnęliśmy się do burt, bo najpierw miały polecieć łodzie, a one wypadały z maszyny całkiem szybko. Każdy samolot wyrzucał dwie plus trzech ludzi do obsługi każdej z nich. To dawało sześciu skoczków. Gdy zapaliło się zielone światło, łodzie tylko śmignęły obok nas i zniknęły. Sześciu łodziowych skoczyło zaraz za nimi. (...) Potem obejrzałem się na skoczków za mną. Byli gotowi. Zerknąłem na tego pasażera tandemu, który bał się skakać, i posłałem mu uśmiech oraz uniesiony kciuk. Pokręcił głową, wciąż przerażony. Nagle wyjrzał zza niego Boots z uśmiechem od ucha do ucha. Też uniósł kciuk i rzucił: "Jasne, stary!". Jego pasażer obejrzał się zdziwiony.
- Nie oczekuj ode mnie zbyt wiele, brachu - powiedział Boots. - Niewiele wiem o tych sznurkach.
Biedny facet zrobił jeszcze większe oczy.
Dostałem sygnał od nadzorującego skok i pobiegłem po rampie. Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy. Było nas razem stu dwóch z dziewięćdziesięcioma sześcioma spadochronami. Sześć z nich było tandemami. Jak wszyscy za mną rozejrzałem się za łodziami, ale żadnej nie dostrzegłem. Skręciłem ostro w lewo, aby wszyscy mnie zauważyli i zaczęli podążać za mną. Miałem tylko kilka minut na znalezienie naszej strefy wodowania, ale widziałem w dole wyłącznie cielska rekinów wielorybich. Rysowały się wyraźnie pod powierzchnią bardzo czystej wody. Pięknie się prezentowały, ale nie miałem czasu, aby je podziwiać. Potrzebowałem łodzi, które, jak się w końcu zorientowałem, tkwiły akurat pośrodku plamy światła. Były dokładnie w miejscu, gdzie słońce odbijało się w oceanie. To była kolejna luka treningowa. Normalnie łodzie krążyły po wodzie w taki sposób, aby ich kilwatery tworzyły wyraźnie widoczne koło. Te też tak robiły, ale nic nie było widać.
Głupio wyszło. Prowadziłem setkę ludzi, ale sam nie wiedziałem dokąd. Uznałem, że najlepiej będzie przeciąć obszar wodowania pod kątem prostym i wtedy może coś zobaczę. Najpierw skręciłem z wiatrem, potem pod wiatr. Utrzymywaliśmy ten kurs przez kilkaset metrów, po czym znów skręciliśmy w prawo, szybując jakieś pięćset stóp nad wodą. I łodzie się pokazały, były po lewej. Każdy wiedział, obok której powinien wodować. Celowałem w drugą łódź i chlupnąłem tuż obok jej burty, tyle że wpakowałem się przy tym w dużą meduzę. Pięknie. Na szczęście byłem dość grubo ubrany i jej parzydełka ledwie mnie sięgnęły.
Wdrapaliśmy się na łodzie i policzyliśmy się. Wszystko było w porządku, zatem ruszyliśmy w kierunku Boxera. USS Boxer wciągnął nasze łodzie na pokład i natychmiast poszukaliśmy miejsca dla siebie, aby zaplanować, co dalej. Podczas gdy snajperzy siedzieli na Bainbridge'u, wyczekując okazji do czystego strzału, inni z nas mieli zastąpić grupę z załogi niszczyciela, która zwykle dostarczała zaopatrzenie kapitanowi i piratom. Mieli ubrać się tak samo i jak gdyby nigdy nic zbliżyć się do szalupy. Oczywiście nie zdradzając, kim są naprawdę.
Mistrzowie wyczekiwania
Tymczasem holowana szalupa była z wolna przyciągana do okrętu. Sześciu snajperów, którzy usadowili się na rufie, obserwowało ją cierpliwie. Snajperzy są mistrzami wyczekiwania. Zmieniali się na pozycjach. Trzech albo czterech przy celownikach, reszta odpoczywa. Mogli tak przez wiele dni, byli dobrze przygotowani. Piraci nie. Z czasem robili się coraz bardziej rozdrażnieni.
Snajperzy z rufy wiedzieli, co dzieje się na łodzi, bo ktoś sprowadził somalijskiego tłumacza, który sporadycznie krzykiem komunikował się z piratami. Dostawali jedzenie i wodę, ale skończył im się khat. Wszyscy namiętnie żuli te liście, które działają pobudzająco, trochę jak amfetamina. Do tego należało dodać chorobę morską i nerwy związane z załamaniem się negocjacji kilka dni wcześniej. Ogólnie byli w kiepskiej formie psychicznej. Zwłaszcza jeden, który nie panował nad sobą i co rusz krzyczał na kapitana Phillipsa. Potrafił go nawet uderzyć.
Sytuacja była trudna. Ponieważ piraci nie należeli do żadnej znanej grupy terrorystycznej i formalnie rzecz biorąc, nie byli wrogimi bojownikami (ponieważ nie toczyliśmy wojny z Somalią i wszyscy byli na wodach międzynarodowych), prawny status całej sytuacji nie był zbyt jasny. Prawnicy w Waszyngtonie ciągle debatowali nad stosowną interpretacją, uznano jednak, że przedstawiciele amerykańskich sił zbrojnych mogą użyć siły, także po to, by zabić, o ile będą przeciwdziałać bezpośredniemu zagrożeniu wobec siebie, przedstawicieli sojuszników lub osób cywilnych sojuszniczych stron.
Piraci udowodnili, że nie można im ufać. Strzelali do śmigłowca. Ostrzelali okręt. Kiedy kapitan Phillips pokazywał im, jak obsługiwać szalupę, obezwładnili go i wzięli na zakładnika.
Walt, oficer SEAL siedzący na rufie razem ze snajperami, został upoważniony przez kapitana Bainbridge'a do podejmowania samodzielnych decyzji w sprawie akcji. Teraz on za wszystko odpowiadał. Nie znaczyło to jednak, że nikt nie będzie czepiał się go o to czy tamto, gdy dym się w końcu rozwieje. To zawsze mogło się zdarzyć. Dwadzieścia cztery godziny po rozpoczęciu wyczerpującego czuwania Jonny ponownie spojrzał przez lunetę celownika. Z tego, co snajperom udało się usłyszeć i zobaczyć, wynikało, że sytuacja jest coraz gorsza. Piraci bali się coraz bardziej i odbijało się to na ich zachowaniu. Byli coraz bardziej agresywni. Ten najbardziej nerwowy zaczął ćwiczyć egzekucję. Przykładał niezaładowaną broń do głowy kapitana i pociągał za spust.
Pytanie, czy było to bezpośrednie zagrożenie życia Richarda Phillipsa. Problem wiązał się z tym, że szalupa miała małe iluminatory. Dwóch z trzech piratów było zwykle widocznych, ale trzeci, ten nerwus, był poza zasięgiem. A gdyby naszym nie udało się zabić wszystkich trzech od razu, ocalały niemal na pewno zabiłby kapitana.
Snajperzy po bokach Jonny'ego trzymali dwóch widocznych piratów w celownikach, Jonny zaś wypatrywał trzeciego. Nagle na chwilę ukazała się jego głowa, po czym znowu zniknęła. Nie odrywając oka od lunety, Jonny zwrócił się do Walta:
- Możemy nie mieć drugiej szansy. Gdy znowu wystawi łeb, odstrzelę mu go.
- Dobra, masz wolną rękę. - odparł Walt.
Kilka sekund później pirat znowu się pokazał. Jonny poświęcił mnóstwo czasu i wystrzelił wagon amunicji, ćwicząc namierzanie "skaczących" celów. Takich, które pojawiają się tylko na krótko w losowy sposób i wymagają natychmiastowej reakcji oraz doskonałego celowania. Teraz cały ten trening się opłacił. Wystarczył drobny ruch palca wskazującego. Poczuł odrzut karabinu i pocisk pomknął z prędkością 770 metrów na sekundę w stronę głowy, która ukazała się w iluminatorze. Dwóch pozostałych snajperów wystrzeliło praktycznie w tej samej chwili.
Wszyscy piraci zniknęli z iluminatorów, ale snajperów z Bainbridge'a powiadomiono, że zaraz po ich palbie rozległ się pojedynczy strzał. To mogło oznaczać złe wieści. Jonny najpierw pomyślał, że spudłował i kapitan Phillips został stracony. Musiał poczekać na wyjaśnienie sprawy.
Jeden z naszych snajperów zsunął się po linie holowniczej na szalupę, jak na torze przeszkód BUD/S. Każdy seal przechodził go tysiące razy i za każdym razem zastanawiał się, czy to mu się kiedyś przyda. No i się przydało. W szalupie znalazł żywego Phillipsa i martwych piratów. Zaraz zameldował przez radio:
- Wszystko w porządku. Phillips bezpieczny. Wszyscy trzej piraci nie żyją. Kiedy jeden z piratów upadł, musiał w śmiertelnym skurczu ściągnąć język spustowy broni. Phillips, którego piraci związali jak jelenia, że aż stracił czucie w dłoniach i tak mu spuchły, że wyglądały niczym "rękawice klauna", jak później napisał, nie widział, co się stało. Wiedział tylko, że piraci chcieli go zastrzelić. Szykował się na śmierć, gdy nagle usłyszał trzy szybko następujące po sobie strzały, po których zapadła cisza, jakiej nie zaznał od wielu dni. Pomyślał, że może piraci, którzy byli coraz bardziej skłóceni, wystrzelali się nawzajem, ale krótko potem dobiegł go głos kogoś, kto niewątpliwie był Amerykaninem. To był nasz seal, który pytał, czy wszystko z nim w porządku.
Ja byłem w tym czasie na pokładzie Boxera i układałem z moim szefem plan działania. Piraci chcieli, aby odholować ich do Somalii, gdzie mieli jakieś przyjazne wioski. Kazali uprzedzić przez radio starszyznę, że wracają. Gotowi byliśmy spełnić wszystkie ich żądania, ale zakończyć holowanie kilka mil na północ od miejsca, do którego zmierzali. Zakładaliśmy, że tam opuszczą szalupę w przekonaniu, że zaraz spotkają się ze starszyzną. Miało być ciemno i nie mieliby prawa widzieć, że na nich czekamy. I to byłby ich koniec.
Tyle że potrzebowalibyśmy naprawdę solidnej podkładki, aby przeprowadzić akcję na terenie Somalii. Gdy nasi dowódcy zaczęli starać się o akceptację dla tego i jeszcze czterech alternatywnych planów, siedziałem nad kawą w mesie podoficerskiej. Nagle komórka oznajmiła piskiem o nadejściu SMS-a.
"Mamy go" - przeczytałem.
Spytaliśmy: "Kogo macie?".
"A jak myślicie? Cały i zdrowy".
Wesołej Wielkanocy, kapitanie Phillips.
*Fragmenty książki "Komandos" Roberta O'Neilla w przekładzie Radosława Kota
**Śródtytuły pochodzą od redakcji
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Robert O'Neill urodził się w Butte w Montanie i mieszkał tam do 1996 roku, kiedy ukończył dziewiętnaście lat i wstąpił do US Navy. Przydzielony do SEAL brał udział w ponad czterystu akcjach na czterech teatrach działań wojennych. Podczas tej godnej uwagi służby został aż pięćdziesiąt dwa razy wyróżniony, między innymi dwa razy Srebrną i cztery razy Brązową Gwiazdą, trzykrotnie został też wymieniony w rozkazach prezydenckich.