Jadwiga niewyraźnie przypominała sobie, że Stanisław był kiedyś przyzwoitym człowiekiem. To jednak musiało być bardzo dawno temu. Zanim jeszcze zaczął przepijać całe zarobki. Wódka towarzyszyła mu nawet w pracy, wreszcie więc wypowiedziano mu stanowisko. Teraz już tylko Jadwiga zarabiała na sześcioosobową rodzinę. Pieniędzy ledwie starczało na jedzenie, ale mąż i tak zabierał je na alkohol. Gdy Jadwiga odmawiała, "bił ją i katował w niemiłosierny sposób" (...). Pieniędzy było coraz mniej. Głód wygnał Jadwigę za pracą na prowincję. W domu została jednak jej najstarsza córka, 12-letnia Celinka. Jak donosiły "Ostatnie Wiadomości Krakowskie" w 1935 roku:*
Od tej pory ta mała dziewczynka stała się pastwą różnych wybryków ojca. Początkowo dziecko starało się opierać różnym wyuzdanym żądaniom ojca, ale groźna siekiera w ręku i chamskie słowo w ustach (...) zmuszały ją do uległości. Po przyjeździe matki, Celinka opowiedziała jej o wszystkim, co się działo w czasie jej nieobecności. Gdy ta w ostrych słowach zaczęła robić wyrzuty mężowi, pijak rzucił jej w twarz takie słowa: "Ja Celinkę chowam dla siebie! Niech tylko trochę podrośnie, a ciebie wyrzucę z domu".
Mężczyzna zagroził całej rodzinie śmiercią, gdyby ktokolwiek odważył się udać ze skargą na policję. Nadal maltretował Celinkę, a nawet zmuszał ją do obserwowania, jak seksualnie znęca się nad Jadwigą. Nastolatka czuła się osaczona. Potrzebowała, by ktoś wsparł ją choćby dobrym słowem. Wreszcie, zdesperowana, "zwierzyła się koleżankom, co z nią ojciec wyprawia". W efekcie stała się pośmiewiskiem całej klasy. Otrzymała nawet wulgarne przezwisko związane z kazirodczymi praktykami Stanisława. Przynajmniej obelgi dotarły wreszcie do uszu jednej z nauczycielek. Ta zawiadomiła Stację Opieki Społecznej, doprowadzając do aresztowania Stanisława.
"Na dojście do stosunku kazirodczego wpływają takie okoliczności, jak choroba lub śmierć żony, mieszkanie w jednej izbie, widok obnażonej córki" - twierdzili redaktorzy "Przeglądu Policyjnego", opierający się na badaniach niemieckiego eksperta Georga Schwaba.(...) Paweł Horoszowski, odpowiedzialny za hasło "kazirodztwo" w Encyklopedii Podręcznej Prawa Karnego z 1937 roku, dopowiadał, że "w etiologii [tego] przestępstwa, jak zresztą wszystkich przestępstw seksualnych, największe znaczenie przypisuje się alkoholowi". Przeciętny wiek sprawcy szacowano na 44 do 48 lat. "Mężczyzna w tym okresie życia" - komentował Horoszowski - "ma zwykle dorastającą córkę, przy czym popęd płciowy do żony, z powodu utraty jej powabu, czy też jej obojętności na stosunki płciowe zwykle nie istnieje. W razie więc braku innego obiektu seksualnego może, w pewnych okolicznościach, dojść do kazirodztwa To była opinia prawnika. Lekarze też jednak twierdzili, że pociąg do własnych córek stanowi...jeden z objawów klimakterium czy też kryzysu wieku średniego! (...)
28 stycznia 1928 roku łódzkie pogotowie ratunkowe zostało wezwane do domu przy ulicy Cegielnianej 29. Znaleziono tam 27-letnią Genowefę Strzelińską, która przecięła sobie "nożem żyły rąk i szyi". Cudem, zdołano ją odratować. Zapytana o powód zamachu samobójczego zeznała, że:
Od 9 lat ojciec jej, Feliks Strzeliński zmuszał ją do uprawiania z nim czynów lubieżnych, w roku 1925 zaś, korzystając z chwilowej nieobecności żony dokonał na niej gwałtu i od tego czasu ilekroć żona wychodziła, zmuszał ją do utrzymywania z nim stosunków płciowych. (...)
Nie tylko ojcowie
Prasa sporadycznie informowała o tragicznych przypadkach, w których sprawcą nie był ojciec, ale inny bliski krewny. W kwietniu 1929 roku na dworcu kolejowym w Krotoszynie (miasteczku położonym 50 kilometrów od Kalisza) z pociągu wysiadła młoda kobieta w zaawansowanej ciąży. Posterunkowy patrolujący peron natychmiast zwrócił na nią uwagę. Miała posępny wyraz twarzy i aż drżała z bólu. Empatycznemu policjantowi natychmiast przyszło do głowy, że to nie żadna matka dzieciom, ale... przemytniczka, która "pod pozorem ciąży uprawia zwykły szmugiel". Zanim jednak zdążył do niej podejść i zażądać dokumentów, kobieta zniknęła w tłumie podróżnych. Namierzył ją po jakimś czasie i tylko utwierdził się w swoich podejrzeniach. Nie minęło nawet kilka godzin, a ciążowy brzuch zdążył zniknąć. Policjant odprowadził podejrzaną do komisariatu. Nie trzeba było nawet sięgać po brutalne techniki śledcze. Kobieta natychmiast się załamała. Miała 18 lat, nazywała się Zofia Bednarczyk i przyjechała z Łodzi, w której mieszkała przy ulicy Profesorskiej 3.
Bednarczykówna, zalewając się łzami, oświadczyła dyżurnemu przodownikowi, że mieszka razem z bratem swym, robotnikiem fabrycznym, który ją utrzymuje. Jest on nałogowym pijakiem i pewnego razu, w sierpniu ubiegłego roku, będąc w stanie podchmielonym dokonał na niej gwałtu i od tego czasu zmuszał ją do utrzymywania z nim bliższych stosunków.
Onegdaj poczuła silne bóle przedporodowe i po naradzie z bratem wyjechała do Krotoszyna, gdzie zamieszkują bliscy ich krewni, aby wydać tam dziecko na świat i pozostawić je krewnym na wychowanie. W drodze do Krotoszyna zmieniła swój pierwotny zamiar i postanowiła dziecko natychmiast po urodzeniu uśmiercić.
Kiedy przyjechała do Krotoszyna, czując, że zbliża się rozwiązanie, pobiegła do ogrodu naprzeciw dworca kolejowego, gdzie ostatnimi siłami scyzorykiem wykopała grób i po urodzeniu dziecka natychmiast je zakopała. Na miejsce natychmiast wysłano patrol. Policjanci rozkopali świeżą mogiłę, wyciągając z niej wciąż żywe dziecko. Dalsze losy Bednarczyk nie są znane. Wiadomo tylko, że do Łodzi wysłano telegram z wezwaniem do ujęcia brata, by ten potwierdził, czy kobieta "przy zeznaniach swych kierowała się prawdą".
Należy podejrzewać, że szczególnie rozpowszechnione były przypadki napastowania nastolatek przez ich ojczymów. Według niemieckich statystyk kryminalnych z roku 1929 pasierbice padały ofiarą opiekunów nawet 5 razy częściej niż córki ofiarą ojców.(...)
W 1929 roku 13-letnia Irma Marksowna "przebywająca z chorą matką na letnisku pod Łodzią", udała się pieszo do miasta po zasiłek chorobowy z Kasy Chorych. Po odebraniu pieniędzy wstąpiła wieczorem do domu swojego ojczyma Reinholda Witkego przy ulicy Niecałej 1. Pijany mężczyzna "zamknął drzwi na klucz i zniewolił dziewczynkę". Gdy skończył, zagroził, że zabije ją, jeśli ta komukolwiek zdradzi, co nastąpiło. Był to pierwszy gwałt, ale nie ostatni.
Podobnie wyglądał los 11-letniej Józi Chmielarczyk z Warszawy. Dwukrotnie napastował ją "nieludzki ojczym. Ile jeszcze było podobnych spraw? Nie sposób określić, bo nikt nie prowadził statystyki zgwałceń dokonywanych przez ojczymów.
Nie robiono tego, bo wskazane akty w świetle prawa nie uchodziły za kazirodztwo. I jeśli były ścigane, to tylko według przepisów o molestowaniu nieletnich. "Kto spółkuje z krewnym w linii prostej, bratem lub siostrą, podlega karze więzienia do lat 5" - brzmiał artykuł 206 Kodeksu karnego z 1932 roku. Dwukrotny minister sprawiedliwości i jeden z twórców ustawy, Wacław Makowski, tłumaczył, że w przepisie celowo pominięto stosunki między powinowatymi oraz wszelkie niestandardowe czynności seksualne. "Przedmiotem ochrony prawnej" nie była moralność publiczna. Chodziło tylko i wyłącznie o "wzgląd eugeniczny", a więc obronę czystości i jakości rasy. Także autorzy oficjalnego uzasadnienia kodeksu podkreślali, że "społeczeństwo nie ma powodu zajmować się miłosnymi komplikacjami na tle życia rodzinnego". Prawodawcę interesowały tylko przypadki mogące wpływać na "utrzymanie gatunku". Przepis o kazirodztwie został rozmyślnie rozmyty i złagodzony. Nawet w tej formie wielu specjalistom wydawał się jednak przykładem zbędnej nadgorliwości. Paweł Horoszowski zwracał uwagę, że w wielu krajach zupełnie zniesiono karalność kazirodztwa. Było tak w Belgii, Portugalii, Japonii i Związku Radzieckim. Autor przytoczył też długą listę specjalistów sprzeciwiających się wskazanej regulacji. Ich zdaniem "sama niemoralność jakiegoś czynu nie powinna powodować ingerencji kodeksu karnego". Bądź co bądź prawo nie zabraniało "płodzenia dzieci alkoholikom" i chorym wenerycznie. Jeśli im nie wiązano rąk, to dlaczego kazirodcy mieli być poszkodowani?
Tego samego argumentu używał Tadeusz Boy-Żeleński. Jego felieton 'Nieco pedagogii' przed wojną nie wzbudził żadnego oburzenia. I to mimo że autor nawoływał do przymusowego kastrowania niepełnosprawnych. Stwierdził, że z punktu widzenia eugeniki kazirodcy są mniej groźni od chociażby... głuchoniemych:
Niezawodne zwyrodnienie rasy wyda połączenie dwojga głuchoniemych, których dzieci będą również głuchonieme i będą ciężarem dla społeczeństwa. Zamiast rozczulać się nad nimi, powinno by się ich sterylizować, tak jak już się to czyni w wielu stanach Ameryki.
Inni publicyści sięgali po motywy medyczne. W 1935 roku wydawany w Łodzi "Głos Poranny" poświęcił pięć kolumn na udowadnianie, że "jeśli rodzina jest zdrowa", to "nie ma powodu do obaw o potomstwo". I można zawierać śluby choćby między najbliższymi krewnymi. Podobne dywagacje nie miały oczywiście żadnego oparcia w faktach. Mogły jednak wpływać na sędziów, którzy wyraźnie unikali ścigania kazirodców. W 1924 roku w Niemczech skazano za to przestępstwo 862 osoby. W Polsce - zaledwie 5333. W części przypadków gwałciciele córek byli zapewne pociągani do odpowiedzialności z innych paragrafów. Należy jednak podejrzewać, że skala bezkarności była olbrzymia. Na jaw wychodziły przede wszystkim sprawy zakończone tragicznie: samobójstwem lub śmiercią jednej z zamieszanych osób.
W parze ze śmiercią
W 1926 roku we wsi Góry pod Warszawą 58-letni Wojciech Markowski "poderżnął sobie gardło brzytwą, podłożywszy uprzednio ogień" na strychu swojej chałupy. Wszystko dlatego, że podejrzewał, iż 17-letnia córka mogła donieść, że on od roku wykorzystuje ją seksualnie.
W 1936 roku w Zgierzu pod Łodzią rozegrała się nawet brutalniejsza sprawa, o osobliwym tle politycznym. Gustaw Trenker jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej wyjechał do Niemiec, porzucając swoją żonę i dwie małe córeczki. Wrócił po 22 latach, wpierw upewniwszy się, że córki mają pieniądze i mężów. Wprosił się do 24-letniej Eli. Ponieważ małżonek kobiety pracował w fabryce, "Trenker pozostawał z córką sam i skierował ku niej swe afekty". Szybko zaczął "namawiać ją do uległości", przechwalając się, że "w Niemczech był poważnym przywódcą partii narodowo-socjalistycznej". Na dowód pokazał "około 150 tys. marek, które jakoby przywiózł na propagandę narodowo-socjalistyczną". Banknoty szybko jednak okazały się bezwartościowymi świstkami z okresu galopującej hiperinflacji. Gdy metoda podrywu na pomocnika Hitlera zawiodła, 58-letni mężczyzna uciekł się do przemocy. Gwałcił córkę nawet wtedy, gdy w domu, zaraz za ścianą, przebywali goście. Załamana Elżbieta wreszcie wyznała prawdę najbliższym. W odpowiedzi ojciec rzucił się na nią z nożem, zadając jej pięć ciosów w głowę i szyję. Śmierć była niemal natychmiastowa.
W tym przypadku śmierć poniosła ofiara kazirodztwa. Na ataki ze strony zwyrodniałych mężczyzn wykorzystujących córki byli jednak narażeni także zięciowie. Osobliwy przypadek wykryto pod Wilnem w 1933 roku. Także i tu ojciec, Władysław Piotrowski, zapałał żądzą do młodej latorośli - Anieli. Zapłodnił córkę, po czym nakazał jej, by zaczęła się dla niepoznaki oddawać przypadkowym parobczakom. Jednym z tych mężczyzn był Michał Wojciunowicz. "Rodzina Michała nie miała nic przeciwko zbliżeniu młodych", ale informacja o ciąży porządnie wystraszyła kawalera. W efekcie dziecko urodziło się jako nieślubne, a Aniela nadal ulegała swojemu oprawcy. Teraz jednak godziła się na kazirodztwo "za cenę przyrzeczenia", że ojciec... doprowadzi do jej ślubu z Michałem! Wesele rzeczywiście się odbyło, a Michał okazał się człowiekiem "kochającym, uczciwym i trzeźwym". Dla Władysława był on jednak przede wszystkim konkurentem. Nie mogąc znieść, że córka woli innego, upił zięcia i rozpłatał mu głowę siekierą.
Warto wspomnieć także historię, która rozegrała się pod Grójcem w 1925 roku. Niejaki Antoni Galacz dowiedział się od swojej świeżo poślubionej małżonki, że ta przez całą młodość była gwałcona przez ojca. Gospodarz "Fronczyk, mając kilka córek, obchodził się z nimi wedle zwyczaju półdzikich plemion, traktujących kazirodztwo jako zasadę". Przepełniony odrazą pan młody doprowadził do zamordowania teścia. Jego przypadek jest o tyle charakterystyczny, że sprawy o kazirodztwo często wychodziły na jaw właśnie dzięki mężom ofiar.
W milczeniu
Skrzywdzone kobiety robiły wszystko, by nie dzielić się swoją hańbą. Klara Tajrich z Łodzi, którą ojciec "przez 6 lat zmuszał do obcowania z sobą", nie powiedziała o tym nikomu, "nie chcąc niszczyć życia" matce. Wolała uciec z domu i zacząć się prostytuować, niż wyjawić, że ojciec jest zwyrodniałym kazirodcą.
Nawet zresztą kiedy matki dowiadywały się o sytuacji, niekoniecznie szły ze swoją wiedzą na policję. Anonimowa nastolatka ze Lwowa została zgwałcona przez ojca w 1924 roku, gdy matka wyjechała na jeden dzień na prowincję. Mężczyzna, Leon J., "zamknął drzwi na klucz i dawszy jej cukierki, zniewolił ją i pod groźbą zabicia zakazał jej o wypadku wspominać". 15-letnia dziewczyna mimo to zwierzyła się rodzicielce. W odpowiedzi "energiczna pani Ksawera J. Wyprawiła mężowi piekielną awanturę w domu, jednak chcąc uniknąć skandalu na zewnątrz, tej przykrej sprawy nie wyjawiała". Leon J. w efekcie przestał się z czymkolwiek kryć. Odtąd już ustawicznie maltretował córkę. Gdy i o tym żona się dowiedziała... poczęła "robić mężowi wyrzuty". Dopiero dalsze, wielokrotne gwałty i groźby sprawiły, że Ksawera niechętnie udała się na posterunek.
W innych przypadkach kobiety czekały ze zgłoszeniem sprawy, aż mąż zacznie się dobierać do drugiego lub trzeciego dziecka. Były też takie, które szły na policję, ale tylko dlatego, że mąż odmawiał...zapłacenia im za milczenie. Paweł Horoszowski komentował, że żony kazirodców często kierują się "obawą utraty źródła utrzymania, w razie uwięzienia męża".
Znaczącą rolę miał też odgrywać "intymny charakter tych przestępstw". Mężów skrzywdzonych kobiet ten ostatni argument jednak nie powstrzymywał. Przykładowo gdy niejaka Bronisława Demin z Łodzi wyznała swojemu mężowi Julianowi, że w wieku 14 lat zgwałcił ją ojciec, mężczyzna, niewiele myśląc, udał się na komendę. Był przekonany, że robi dokładnie to, co należy. Nie przewidział tylko, że prasa zaraz poda nazwisko jego, jego żony i teścia. A do tego ich dokładne adresy zamieszkania. Tyle jeśli chodzi o ochronę danych osobowych.
Nie wszyscy partnerzy zachowywali się jednak równie honorowo. Świadczy o tym dobitnie głośny przypadek, do którego doszło w Drohobyczu w 1934 roku. W sprawę zamieszany był zamożny rentier, mimo że Paweł Horoszowski upierał się, iż "wśrod kazirodców reprezentowane są wyłącznie warstwy niższe". "Express Wieczorny Ilustrowany" informował:
Przed kilku laty córka znanego obywatela miejskiego M. Kozłowskiego wyszła za mąż za urzędnika. Pożycie małżeńskie było zupełnie zgodne, ale po pewnym czasie mąż zauważył, że żona jego, ilekroć wracała z wizyty od swego ojca, ma zmienioną twarz, a często również spuchnięte oczy od płaczu. Zapytywał kilkakrotnie o przyczynę, ale nie otrzymywał nigdy odpowiedzi. Zaczął więc śledzić swą żonę i wówczas dowiedział się o potwornej prawdzie. Teść jego, 67-letni starzec, zapałał niezdrową miłością do własnej córki. I ilekroć ta go odwiedzała, zmuszał ją do uległości.
Mężczyzna nie doniósł na zboczonego emeryta. Nie próbował też ratować swojej żony. Udał się do Kozłowskiego, ale tylko na... biznesowe pertraktacje. Zaproponował prosty "interes". "Sprzeda mu prawa do swej żony a jego córki, za cenę przepisania na jego nazwisko domu w Drohobyczu. Za tę cenę zobowiązał się wobec teścia, że sam zmusi swą żonę do uległości". Ofiara była śmiertelnie przerażona. Wiedziała, że ojciec gotów jest ją choćby zabić. Kiedy jednak zdradził ją nawet rzekomo kochający mąż, czara goryczy się przepełniła. Udała się do urzędu prokuratorskiego. Kozłowski zasiadł na ławie oskarżonych. Skazano go na symboliczne 8 miesięcy więzienia. O wyroku dla męża nic nie wiadomo.
Sędziowie nagminnie okazywali kazirodcom daleko posuniętą wyrozumiałość. Podobnie jak w przypadku zgwałceń ofiary odruchowo podejrzewano o kłamstwa i fałszywe doniesienia. Częste były przypadki uniewinniania oskarżonych. Nawet gdy sąd wydawał wyrok skazujący, nieraz znajdował usprawiedliwienia dla sprawców. Wojciech Jakubiec spod Cieszyna wykorzystywał dwie swoje córki: 9- i 19-letnią. W 1933 roku gazeta "Siedem Groszy" doniosła: "Sąd po przesłuchaniu świadków przyznał oskarżonemu okoliczności łagodzące, a w szczególności to, że krytycznego dnia był pijany". Wyrodny ojciec miał spędzić za kratami 10 miesięcy i to mimo że "był już poprzednio karany więzieniem za kazirodztwo".
Przynajmniej w tym przypadku nie ukarano skrzywdzonej kobiety. A i takie historie się zdarzały. W 1933 roku lubelski sąd rozpatrywał sprawę niejakiego Michała Szulipa. W jego domu "panowały okropne stosunki. 60-letni Michał utrzymywał intymne stosunki ze swą córką, 24-letnią Paraską, którą ojciec zdeflorował jeszcze kiedy miała lat 13". O sytuacji donieśli władzom sąsiedzi. Sąd skazał mężczyznę na rok więzienia, ale połowę kary darowano mu na mocy amnestii. Tak samo potraktowano córkę. Ponieważ "nie starała się" wystarczająco silnie "wyzwolić spod natarczywości ojca", wsadzono ją do celi na 6 miesięcy. Choćby po to, by pokazać kolejnym ofiarom, że czasem lepiej milczeć.
*Fragmenty książki Kamila Janickiego "Epoka milczenia. Przedwojenna Polska, o której wstydzimy się mówić".
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Kamil Janicki. historyk, publicysta i pisarz. Autor książek wydanych w łącznym nakładzie ponad 200 000 egzemplarzy, w tym bestsellerowych "Pierwszych dam II Rzeczpospolitej", "Żelaznych dam", "Dam złotego wieku", "Dam polskiego imperium", "Epoki hipokryzji" i "Dam ze skazą". Redaktor naczelny portalu TwojaHistoria.pl.