Historia
Początek walk nad Wounded Knee. Ilustracja Frederica Remingtona (fot. Frederic Remington / Wikimedia.org / Domena publiczna)
Początek walk nad Wounded Knee. Ilustracja Frederica Remingtona (fot. Frederic Remington / Wikimedia.org / Domena publiczna)

Głowa Jerzego Waszyngtona ma sześć pięter wysokości i jest najwyższą z głów czterech prezydentów wyrzeźbionych na szczycie góry Rushmore w Dakocie Południowej. Nie wolno się na nią wspinać.

Latem 1970 roku na Waszyngtona wdrapuje się Russell Means, Indianin z narodu Lakota, szczepu Oglala. Ma trzydzieści jeden lat, śniadą twarz pociętą bliznami po barowych burdach, nosi dżinsy, koszulę zdobioną kolorowymi wstążkami, kowbojskie buty i  kapelusz, spod którego na uszy opadają czarne włosy. Zapuścił je kilka miesięcy temu. Dopiero wtedy tak naprawdę został Indianinem.

Twarze prezydentów USA wykute w górze Rushmore (fot. Grahampurse / Wikimedia.org / CC BY-SA 4.0)

Za rok będą już długie, zaplecie je w warkocze. Nie zetnie ich do końca życia. Będą jego znakiem firmowym, kiedy zostanie aktorem w Hollywood, bojownikiem w Nikaragui, kandydatem na wiceprezydenta USA. I wodzem ostatniej indiańskiej rewolucji. Dziennik "Washington Post" napisze o  nim "jeden z najzuchwalszych, najwredniejszych, najwścieklejszych i najsłynniejszych Indian XX wieku". 

To wszystko dopiero przed nim. Teraz, w  roku 1970, Russell Means odwraca się, patrzy w  przepaść i daleko w dole widzi światła latarek ścigających go strażników parkowych. Zawsze myślał, że ma lęk wysokości, ale w ogóle się nie boi. Staje na czubku głowy Waszyngtona, otwiera rozporek i sika.

Wymyślił sobie, że pod oczami prezydenta zostawi wielkie, żółte łzy*.

Pouczające wojny** 

Z dziennika żołnierza kawalerii, 1864 rok, Kolorado: "Był tam mały chłopiec, pewnie trzyletni, ledwie co chodził. Dreptał ostatni w grupie Indian, zupełnie nagi. Zobaczyłem jednego z  naszych, jak zsiada z  konia, wyjmuje strzelbę i  celuje z 75 jardów. Nie trafił. Następny mówi: Ja trafię tego sukinsyna. Uklęknął na jedno kolano, ale spudłował. Podszedł trzeci, strzelił i mały padł". Historyk David Stannard cytuje ten urywek we wstępie do książki "Amerykański Holokaust", w której chce dowieść, że USA zostały ufundowane na ludobójstwie, a amerykańska edukacja, polityka historyczna, literatura i popkultura przez stulecia tuszowały tę prawdę, tworząc kolejne mity. (...)

Młody, Którego Koni Boją Się Wrogowie, dziedziczny wódz plemienia Oglala Teton Dakotów, przed swoim namiotem (fot. U.S. National Archives and Records Administration / Wikimedia.org / Domena publiczna)

Historyk Roxanne Dunbar-Ortiz w swoich książkach pokazuje, że likwidacja lub zniewolenie autochtonicznej ludności od czasów pierwszej kolonii w Jamestown aż do końca XIX wieku były podstawową doktryną, jaką kierowali się Europejczycy budujący nowy kraj. W "Deklaracji niepodległości" podpisanej 4 lipca 1776 roku w części poświęconej "wewnętrznym rebeliantom wśród nas" ojcowie założyciele przestrzegają przed "bezlitosnymi dzikimi Indianami, których znaną taktyką jest mordowanie ludzi bez względu na wiek, płeć i stan". Na wojnach z Indianami kształtował się amerykański militaryzm. (...)

Teza o ludobójstwie nie jest nowa. Długo przed Dunbar-Ortiz, Stannardem i innymi, w 1888 roku, pisarka Helen Hunt Jackson wydała "A Century of Dishonor" ("Wiek hańby"), kronikę przesiedleń i pogromów. (...) Jak dotąd słowa holokaust w odniesieniu do rzezi Pierwszych Amerykanów nie wypowiedział żaden znany polityk amerykański. Najmocniejszy głos ze strony rządu padł z ust wicesekretarza do spraw Indian w  Departamencie Zasobów Wewnętrznych, Kevina Govera, w którego żyłach płynie krew Paunisów i Komanczów. W 2000 roku w przemówieniu z okazji 175. rocznicy powstania Biura do spraw Indian powiedział: "W czasie ekspansji Stanów Zjednoczonych na Zachód Biuro brało czynny udział w czystkach etnicznych dokonywanych na indiańskich narodach. Wojna zawsze niesie ze sobą ludzkie tragedie, ale celowe rozsiewanie chorób, wytrzebienie bizonich stad, używanie alkoholu jako narzędzia do wyniszczania społeczności, a także tchórzliwe mordowanie kobiet i dzieci konstytuują tragedię na tak przerażającą skalę, że nie można brać jej na karb nieuchronnego zderzenia odmiennych modeli cywilizacyjnych".

Z książki "Hitler. Reportaż Biograficzny" Johna Tolanda, jednej z poczytniejszych i najlepiej udokumentowanych biografii Führera: "Koncept praktycznego przeprowadzenia ludobójstwa zawdzięczał wiele, wedle słów Hitlera, studiom, jakie poświęcił on historii Stanów Zjednoczonych. [...] W najbliższym gronie często chwalił wydajność amerykańskiej eksterminacji czerwonoskórych, opornych dzikusów przez strategię ich zagłodzenia i niszczenia w nierównej walce".

Żołnierze amerykańscy wrzucają ciała zamordowanych nad Wounded Knee Indian do masowego grobu (fot. Library of Congress Prints and Photographs Division / Wikimedia.org / Domena publiczna)

Najpierw zginą bizony

Zdjęcie: Kopiec z bizonich czaszek wysoki na trzy piętra. Biały człowiek siedzi sztywno u jego podnóża, jak faraon pod piramidą, jedna ręka szerokim gestem spoczywa na czaszkach, druga na kolanie. Jego kompan stoi wysoko na szczycie piramidy.

Zdjęcie: Wysokie na 2 metry kopce bizonich szkieletów usypane wzdłuż torów kolejowych ciągną się przez prerię po horyzont.

Bizon zajmuje centralne miejsce w lakockiej mitologii. Według jednej z wersji mitu o stworzeniu na początku ludzie żyli pod ziemią. Na powierzchnię wyszli przez Jaskinię Wiatru w Górach Czarnych. Jednak ich wódz pozostał w podziemnej krainie przodków. Nie mogli do niego powrócić. Czując ich znój i głód w nowym świecie, pod słońcem, którego nie znali, wódz wyszedł do nich pod postacią bizona. Odtąd żyli w dostatku - bizon dał im jedzenie, okrycie i dom.

Pierwszy z  zabitych bizonów na każdym polowaniu oddawany jest duchom. Nad jego cielskiem odprawia się modlitwę. (...)

Pułkownik Richard Irving Dodge, rok 1867: "Każdy zabity bizon oznacza jednego Indianina mniej". Dodge jest dowódcą jednego z fortów na Zachodzie, najbliższym człowiekiem generała Williama Tecumseha Shermana, który wymyślił taktykę spalonej ziemi zastosowaną najpierw w wojnie z Południem, a później z Indianami. Generał Philip Sheridan, drugi obok Shermana najważniejszy dowódca kampanii przeciw Indianom na Równinach, rok 1868: "Musimy ich zabiedzić przez wyniszczenie stad [bizonów], tak by osiedli na działkach dla nich przeznaczonych". (...)

Sheridan z Shermanem rozkręcają kampanię eksterminacji stad. Armia przećwiczyła to kilka lat wcześniej w zwycięskiej wojnie przeciw Nawahom, kiedy oddziały pułkownika Kita Carsona wytrzebiły dziesiątki tysięcy ich owiec. Teraz myśliwi z całego kraju tysiącami ściągają na prerię. Od wojska dostają kwaterunek w fortach i amunicję. Przez kilkanaście lat, niemal dzień w dzień, na Równinach trwa rzeź nie mająca precedensu w dziejach świata. Strzela się nawet z okien pociągów. Rekordowe eskapady chwalą się 120 zabitymi bizonami w ciągu 40 minut albo dwoma tysiącami w ciągu miesiąca.

Martwy wódz Wielka Stopa po masakrze nad Wounded Knee. Zdjęcie z 1 stycznia 1891 r. (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Na jedną z wypraw najbogatsi myśliwi z Nowego Jorku zajeżdżają eskortowanym przez armię pociągiem złożonym z dwudziestu pięciu wagonów, wiozą swoich kucharzy, chińską porcelanę i chłodnię wypełnioną butelkami najlepszego wina. Przez całe wakacje będą strzelać i ucztować w luksusie. (...) Pociągi przywożą strzelców, a wywożą skóry. Ich kopy ułożone na bocznicach sięgają dachów domów. Do każdego wagonu wchodzi trzy tysiące skór, każda warta 3,5 dolara, składy ruszające na Wschód liczą po 350 wagonów. W samym 1876 roku na Równinach pada od trzech do czterech milionów bizonów.

W Waszyngtonie wzbiera opozycja wobec polowań. Przez Kongres przechodzi ustawa o  ochronie bizona. Jednak prezydent Ulysses Grant, który wysłał Shermana i Sheridana na Zachód, ją wetuje. Równina zamienia się w cuchnące otwarte cmentarzysko, na którym przez lata zalegają oprawione truchła zwierząt.

Rodziny Lakotów zbierają kości i sprzedają w białych mieścinach, gdzie przerabia się je na nawóz.

- Indianie żyją z tych odpadów? - pyta reporter w jednym z miast.

- Tak - odpowiada pracownik kolei. - Ale dzięki Bogu nie mogą ich jeść. Udało nam się okiełznać tych dzikusów dopiero, gdy pozbawiliśmy ich bizoniego mięsa.

Ostatnia rzeź

W 1890 roku, gdy gromada Wielkiej Stopy przemierza prerię w ostatniej wędrówce do Wounded Knee, gdzie spotka ją rzeź, po Równinach chodzi nie więcej niż kilkaset bizonów. (...) Idą przez ośnieżoną równinę już dziesiąty dzień, grupa ponad 300 Indian - wojowników, kobiet i dzieci. Jest mróz. Wódz Wielka Stopa ma sześćdziesiąt trzy lata, zachorował na zapalenie płuc. Leży w wozie, opatulony kocami. Nie podnosi się nawet na posiłki. Kobiety go karmią. Zapasy są skromne. Suche placki z mąki, trochę fasoli. (...)

7. pułk kawalerii Armii USA w tle, z obozem Indian nad Wounded Knee na pierwszym planie. Rekonstrukcja bitwy na fotografii z 1913 r. (fot. James A. Miller / Wikimedia.org / Domena publiczna)

Gdy zbliżają się do potoku Wounded Knee, dostrzegają cztery oddziały kawalerzystów. Umęczony zapaleniem płuc Wielka Stopa podnosi się pierwszy raz od wielu dni. Każe zatknąć na wozie białą flagę. (...)

Gdy oddziały kawalerii i karawana Lakotów spotykają się na prerii, do wozu Wielkiej Stopy podjeżdża dowódca, major Samuel Whitside. - Wodzu, chcesz walczyć czy poddać się w pokoju? - pyta. Wielka Stopa z trudem wyciska ochrypły szept przez chore płuca: - Chcę pokoju. Moi przodkowie zawsze chcieli pokoju. Nic się nie zmieniło.

Podają sobie dłonie. Koc wodza jest poplamiony krwią, czerwone krople zamarzają mu pod nosem. Whitside wzywa lekarza. Kładą wodza w cieplejszym, krytym wozie wojskowego ambulansu. Kawaleria eskortuje Indian do doliny Wounded Knee. Tam spędzą noc. Nazajutrz armia ma odstawić ich do najbliższej stacji kolei Union Pacyfik i przewieźć do więzienia wojskowego w Omasze w Nebrasce. (...)

Dwa oddziały kawalerii poprzedzają karawanę, dwa jadące z tyłu - ciągną dwie armaty. Przed zmierzchem rozbijają obóz w dolinie. Wielka Stopa dostaje wojskowy namiot ogrzewany kozą i opiekę dwóch lekarzy. Obok stoi kilkadziesiąt tipi, nad nimi powiewa biała flaga. Kawaleria wydaje suchary na kolację.

Przyjeżdża pułkownik James Forsyth z posiłkami i dwiema kolejnymi armatami. Przejmuje dowodzenie. Każe ustawić cztery działa na wzgórzach wokół doliny i wycelować w obóz Indian. Biały handlowiec z Pine Ridge przywozi beczkę whiskey. Mało kto zmruży oko tej nocy. Jest potwornie zimno. Pełnia Księżyca.

Wódz pluje krwią. Słyszy popłakiwania dzieci, śmiechy pijanych żołnierzy, skrzypienie wartowniczych butów na zmrożonym śniegu. Kawalerzyści pełnią straż na wzgórzach rozstawieni co dziesięć stóp. Między nimi rozpalone ogniska. O świcie rozbrzmiewa hejnał.

Kawaleria i działko Hotchkissa nad Wounded Knee. Ilustracja Frederica Remingtona (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Trupy przysypane śniegiem

Forsyth każe policzyć Lakotów. Wszyscy siadają w półokręgu. Przed nimi staje oddział kawalerii. Jest 120 lakockich mężczyzn, 230 kobiet i dzieci. Wielka Stopa siedzi na krześle przed swoim namiotem, zawinięty w koce, otoczony starszyzną. Wojsko znów rozdaje suchary. Potem Forsyth nakazuje Indianom oddać broń. Mężczyźni znoszą na środek obozu strzelby i noże. Kobiety składają w tym czasie legowiska, dzieci - wiele z nich w szkolnych mundurkach - ganiają się między tipi. Słychać ich śmiechy.

Biali stwierdzają, że broni jest za mało. Przeszukują obozowisko. Wynoszą toporki, noże, kilka strzelb. Wojownicy rozmawiają między sobą, niezadowoleni. Jeden z szamanów zaczyna tańczyć Taniec Ducha. Śpiewa do Lakotów, żeby się nie bali, że ich koszule, tak jak naucza Wovoka, są odporne na kule. Wyrzuca w górę garść ziemi. Młody wojownik Czarny Kojot nie chce oddać strzelby. Woła, że drogo za nią zapłacił. Jest przygłuchy, nie rozumie poleceń. Szarpie się z kawalerzystą. (...) 

Gdy o poranku 29 grudnia 1890 roku wypala strzelba głuchego wojownika Czarnego Kojota, w Wounded Knee zaczyna się rzeź. Biali otwierają ogień najpierw z broni ręcznej, a po chwili z armat na wzgórzach. Huk, jazgot i dym wypełniają dolinę po niebo. Po 20 minutach ogień ustaje, kawalerzyści dosiadają koni i ścigają Indian uciekających we wszystkie strony. Na miejscu jest reporter "Omaha World Herald" Thomas Tibbles: "Indiańskie kobiety i dzieci uciekły w dół do jaru położonego po stronie południowej. A inne w górę, za wzgórza. Ale żołnierze gnali za nimi i zabijali po kolei bez litości".

Lakota Amerykański Koń przeżył. "Jedna z kobiet biegła w stronę białej flagi - wspominał. - Zabili ją, gdy już jej niemal sięgała. Widziałem też matkę z dzieckiem na ręku. Dostała kulę i padła. Dziecko leżało na jej brzuchu i zaczęło ssać z martwej piersi".

"Gdy odjeżdżaliśmy wozami z  naszymi rannymi, czerwoni leżeli na śniegu jak ciemne placki, a ich biała flaga łopotała lekko na wietrze" - zanotował anonimowy kawalerzysta.

Książka 'Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu' ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. archiwum prywatne / materiały prasowe)

Nadciąga burza śnieżna, więc wojsko ewakuuje się w pośpiechu, zbiera tylko swoich rannych i nieżywych. Zginęło dwudziestu pięciu białych - większość od ognia własnych armat. W obozie pośród tipi i w promieniu kilometra wokół zostaje prawie 300 indiańskich ciał, w tym wodza Wielkiej Stopy. Wiele z nich w koszulach Tańca Ducha, które jak nauczał prorok Wovoka, miały chronić Indian przed kulami białych. Gdy przejdzie burza, kawalerzyści i Lakoci znajdą trupy przysypane śniegiem, zamarznięte na kość w makabrycznych pozach.

Masakrę nad Wounded Knee uważa się za ostatnie duże starcie zbrojne pomiędzy armią Stanów Zjednoczonych Ameryki a Indianami Wielkich Równin. Do dziś nieznana jest dokładna liczba ofiar. Według członków plemienia Lakotów z 350-osobowej grupy wędrującej wraz z wodzem Wielka Stopa ocalało 50 ludzi. Oficjalne rządowe raporty mówią natomiast, że nad Wounded Knee zginęło 153 Indian, los pozostałych określają zaś jako nieznany.

*Fragment książki "Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu", którą w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>

**Wszystkie śródtytuły pochodzą od redakcji

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Maciej Jarkowiec. Ur. w 1977 r. w Lesznie, z wykształcenia filolog norweski. Kilka lat spędził w USA, gdzie pracował m.in. na kutrach rybackich, na budowach, na farmach, w ogrodach, w hotelach i w knajpach. Nakręcił kilka filmów niezależnych. Pisał ze Stanów dla "Przekroju", później kierował działem zagranicznym "Wprost". Od 2015 roku w "Gazecie Wyborczej". Mieszka w Warszawie z żoną i córką.