Historia
Świadek zbrodni katyńskiej Parfien Kisielew w rozmowie z dr. Ferencem Orsósem (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)
Świadek zbrodni katyńskiej Parfien Kisielew w rozmowie z dr. Ferencem Orsósem  (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Nawet jego dzieci nie wiedziały, że tam był. Tylko żona. Milczeli o tym przez 45 lat. Dopiero gdy w 1991 roku premier Tadeusz Mazowiecki z kanclerzem Helmutem Kohlem zawarli porozumienie w sprawie odszkodowań za pracę przymusową w czasie II wojny i powstała Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie, poszedł do biura na Kruczą w Warszawie. W korytarzu dostał do wypełnienia formularz. Po raz pierwszy wpisywał nazwy zakazanych miejscowości. Długopisem, czytelnie, drukowanymi literami, bo ręce mu drżały. Gdy skończył, wezwali go do pokoju. Jakiś ziewający, niezbyt młody facet siedział przy biurku. Wziął wypełniony formularz, przeleciał wzrokiem i znudzona twarz nagle napłynęła mu krwią*.

- Pan był w Katyniu?

- Tak; napisałem - szepnął.

Krople potu wolno spłynęły mu po karku. Urzędnik już nie chciał z nim rozmawiać, tylko chwycił słuchawkę. - Panie pułkowniku, mam tu takiego jednego, który przyniósł mi oświadczenie, że był w Katyniu.

Ekshumacja ciał oficerów zamordowanych przez NKWD, Katyń 1943 r. (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Chciał uciec. Tyle lat siedział cicho, mógł sobie posiedzieć jeszcze trochę. Bezpieka miała długie ręce. I jeszcze dłuższą pamięć.

- Pójdzie pan do pułkownika Sawickiego - usłyszał od urzędnika. - On jest pana bardzo ciekawy.

A pułkownik Sawicki urzędował w innej części budynku. Czekał w otwartych drzwiach. Gestem zaprosił do gabinetu. - Słucham, co ma mi pan do powiedzenia - wyciągnął rękę na powitanie.

- Nazywam się Henryk Troszczyński. To ja powiedziałem Niemcom o grobach naszych żołnierzy w Katyniu.

W 2017 roku był ostatnim żyjącym świadkiem tamtych wydarzeń. Henryk Troszczyński zmarł w 2019 roku.

***

35 facetów z walizkami, w niemieckich mundurach, w niemieckich płaszczach, w niemieckich furażerkach maszeruje ulicami okupowanej Warszawy w kierunku dworca. Na rękawach białe opaski z czarnym napisem: der Arbeiter in der deutschen Wehrmacht, co znaczy mniej więcej: robotnik w niemieckich siłach wojennych. Heńkowi, który ni w ząb nie rozumie jeszcze po niemiecku, wytłumaczył to bauleiter. Bauleiter jest kierownikiem ich grupy z niemieckiego nadania. W pociągu rozmawiają normalnie, po polsku. Mają przedziały tylko dla siebie, więc nikt im nie bruździ. Przecież bauleiter też Polak. Folksdojcz, ale Polak. Wesz nie wesz, jednak swoja. Trzyma wszystkie dokumenty, których mogła zażądać Feldpolizei albo, jak mówili Polacy, feldżandarmeria. Jadą pociągiem wojskowym z niemieckimi żołnierzami rzuconymi na wschodni front. Tamci nie są specjalnie szczęśliwi. Z dwojga złego woleliby piaski Sahary niż śniegi Rosji. Po raz pierwszy coś nie zadziałało w wojennej maszynce Hitlera. Jego Blitzkrieg - wojna błyskawiczna - zaczynał zwalniać. Właśnie pod Smoleńskiem Niemcy dostali od Rosjan pierwsze lanie.

Z lewej polskie banknoty i naramienniki znalezione w badanych mogiłach katyńskich. Z prawej odnalezione w Katyniu: nieśmiertelnik i pamiątkowy medalik chrzcielny (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna / Bundesarchiv, Bild 183-B23992 / CC-BY-SA 3.0)

Bolszewicy nie tylko nie dali się zamknąć w okrążeniu, ale jeszcze przeprowadzili przeciwnatarcia, ratując kilka swoich dywizji. Owszem, hitlerowcy złamali opór i poszli dalej, ale bitwa o Smoleńsk, mająca trwać jakieś trzy dni, toczyła się ponad miesiąc. Heniek z chłopakami jadą odbudowywać miasteczko. (...)

Las**

Każdego ranka polscy robotnicy stają w dwuszeregu obok dwuszeregu wojskowych robotników niemieckich, odwalają podstawową musztrę z odliczaniem włącznie i przyjmują rozkazy dzienne, a potem zgodnie maszerują remontować radzieckie miasto. (...) W czasie wolnym praktycznie nikt ich nie pilnuje. Swobodnie spacerują po całym miasteczku, gdzie Niemcy, Rosjanie i Polacy żyją w przedziwnej symbiozie. Ta wojna ma wiele wymiarów. I wszyscy są jej ofiarami. Już nawet Niemcy zaczynają to rozumieć. (...)

Zaraz po skończeniu prac na dworcu cała grupa 35 robotników z Polski dołącza do baukompanii lieutenanta Gregora Slovenzika przerzuconej do miejscowości Katyń, na  uroczysko Kozie Góry. Przywożą ich traktorami, na odkrytych przyczepach, do domu stojącego w środku lasu. Całkiem porządnego, żeby nie powiedzieć eleganckiego, chociaż nieco zdewastowanego przez wojnę. To część dawnego ośrodka wypoczynkowego pracowników Obwodowego Zarządu NKWD w Smoleńsku. Od początku im się ten las nie podoba. W Polsce takiego nie widzieli. Gęsty i ciemny. Drzewa potężne, aż ciężkie od ogromnych konarów, nie przepuszczają zimowego słońca. (...)

Zobacz wideo

Całymi dniami, przy największych mrozach, budują w lesie baraki dla niemieckich żołnierzy wracających z frontu wschodniego. (...) Potem Heniek buduje baraki w Katyniu. Kończą stawiać ściany, dach i z cegły szamotowej budują piece z paleniskiem o wielkości blatu sporego biurka. Przewody kominowe prowadzą zygzakiem, żeby ciepło rozchodziło się po całym pomieszczeniu. To już robota ulgowa. Przynajmniej śnieg nie wali w twarz i wiatr nie tańczy za kołnierzem. Kiedy po całym dniu wracają do swoich kwater, każdy pcha się jak najbliżej pieca. (...)

Bimber ma kolor herbaty z mlekiem i jakieś białe frędzle w nim pływają, ale grzeje od środka. Rozwiązuje języki. A jest o czym mówić. Tylko potem te słowa bolą, jak zadry w sercu, nie dają spać. W nocy biorą łopaty i idą we wskazane miejsce. Szosa. Na piętnastym kilometrze od Smoleńska, po lewej stronie, niewielkie wzgórze. Niezbyt strome, ale z drogi trzeba dać spory, wysoki krok. Tam zaczyna się dziwna przecinka z młodnikiem brzózek i sosenek. Niziutkie drzewka, delikatne, jakby wyblakłe. Heńkowi sięgają raptem do paska u spodni. Idą dokładnie 50 kroków. Heniek liczy. I już nie zapomni. 50 dużych kroków. Ziemia jest jeszcze zmarznięta, ale nie muszą głęboko kopać. Wystarczy ściągnąć wierzchnią warstwę poszycia, by łopata zaplątała się w wojskowy płaszcz. Zupełnie inny niż ten, który mają na karku. To jest gorsze niż włożenie palców do rany w boku. Bo ta rana miała nie zabliźnić się przez następne pokolenia. A tu las żywi się polską krwią. - Ilu? - zapytał Heniek gospodarza z pobliskiej chaty. - Tysiące, panie - odpowiedział. - Wiele tysięcy.

Było wielu świadków

O wojnie na Kresach Wschodnich Heniek nie wiedział właściwie nic. Tyle co z oficjalnych komunikatów, gdy jeszcze słuchali radia w Warszawie. W domu o ataku Ruskich 17 września czytali w gazetach. Rodziny na wschodzie nie mieli. Wszystkiego dowiadywał się dopiero tutaj. W Katyniu. (...)

 "W wyniku agresji sowieckiej w dniu 17 IX 1939 zostało internowanych, a następnie osadzonych w trzech obozach: Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku około 16 000 Polaków. Obozy w Kozielsku i Starobielsku były obozami oficerskimi, chociaż pewien niewielki procent uwięzionych stanowili chorążowie, podchorążowie i podoficerowie Wojska Polskiego, a także osoby cywilne, jak np. sędziowie czy osadnicy wojskowi, nawet młodociani junacy i kadeci. Obóz w Ostaszkowie miał zgoła inny profil. Zgrupowano tam funkcjonariuszy Policji Państwowej wszystkich stopni, Służby Więziennej, Straży Granicznej, pracowników wywiadu i żołnierzy żandarmerii. Oficerów było niewielu, około 400. Był to obóz największy, liczył 6500 więźniów. W okresie od listopada 1939 do marca 1941 r. wywieziono z powyższych obozów, indywidualnie lub w niewielkich grupach, kilkuset więźniów. Niemal wszyscy zaginęli bez wieści***".

Ekshumacja masowego grobu oficerów polskich w Katyniu, 1943 r. Z prawej strony tzw. węzeł katyński - tak na plecach wiązano ręce ofiarom (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Nadzieja zgasła 12 maja 1940 roku. Wtedy z obozu w Kozielsku odjechał ostatni kolejowy transport więźniów do stacji Gniezdowo, skąd autobusami, po 30 jeńców w każdym, przewieziono ich do odległego o około 3 kilometrów Lasu Katyńskiego. (...)

Nieliczni wierzyli jeszcze w pogłoski, jakoby polskich żołnierzy przetransportowano w głąb ZSRR, gdzieś w odległe śniegi Syberii. Heniek wiedział już, że to nieprawda. Miejscowi też wiedzieli. I ci "starzy" Polacy, przymusowi robotnicy, co dłużej już siedzieli w Katyniu. Kilka dni wcześniej, wieczorem, po pracy, Heniek leżał na swojej pryczy, na samej górze pod sufitem. Ktoś grał na grzebieniu, ktoś zaszeleścił starym listem z domu, ktoś brzękał metalowymi kubkami, wyskoczył korek z butelki. Już nie pamięta, jak się toczyła ta rozmowa, ale usłyszał, jak jeden ze "starych" powiedział cicho: Przynieś, pokaż im.

Tamten szurał krzesłem, wstając od stołu, a gdy wrócił, delikatnie położył na chustce do nosa dwa guziki z orzełkiem. - To z ich mundurów. Leżą zakopani tu, niedaleko. Każdy chłop wam o tym opowie.

Rana, która się nie goi

Nie chcieli wierzyć. Następnego wieczora wszyscy nowi rozleźli się po dieriewni [wieś - przyp. red.]. Kupowali bimber i pytali. Teraz już miejscowi opowiadali chętnie. Żadnej tajemnicy nie robili. Oni tu mieszkali od pokoleń i ich rodziny nie takie rzeczy widziały. Tutaj NKWD najpierw rozstrzeliwało przeciwników rewolucji. Miejsce mieli sprawdzone. Ale po raz pierwszy było tak, że całymi pociągami przywozili. A potem już tylko od strony lasu słychać było odgłosy strzałów, krzyki ludzi. Czasem takie buńczuczne, harde, niezłomne, ale częściej bólu. Takie w jęk przechodzące. Potem jeszcze pojedyncze strzały. I cisza. Kiedy tam poszli, cisza krzyczała. Postawili niewielki krzyż. Ich wcale nie był pierwszy. (...)

Członkowie Międzynarodowej Komisji podczas ekshumacji grobów polskich oficerów w Katyniu (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Jeden znajomy, Poznaniak, trafił do składu załogi słynnego pociągu budowlanego Bauzug 2005-M remontującego trasę kolejową na odcinku Witebsk - Smoleńsk. W tym samym pociągu pracował Teofil Ryszard Rubasiński, właściwie Teofil Dolata, posługujący się także nazwiskiem Władysław Kaczmarek. To on wiele lat później przełamał polskie milczenie w sprawie zbrodni katyńskiej. Jako pierwszy w artykule Leszka Adamczewskiego "Na trasie pociągu 2005", opublikowanym w "Głosie Wielkopolskim" 23 marca 1989 roku, opowiedział, jak odkryli ciała pomordowanych polskich oficerów ze skrępowanymi drutem na plecach rękami. Jak postawili tam pierwszy krzyż.

- Było to podczas żniw - wspominał pan Teofil, wówczas 20-letni mieszkaniec podpoznańskiej Rokietnicy. - Wezwano mnie i kolegów do dyrekcji Deutsche Reichsbahn w Poznaniu, gdzie po powierzchownych oględzinach lekarskich oddelegowano nas do formowanego akurat Bauzugu numer 2005. Przybyły z Monachium pociąg budowlany stał już na stacji w Kobylnicy i składał się z kilku przystosowanych do celów mieszkalnych i roboczych wagonów pasażerskich i towarowych. Załogę pociągu stanowili polscy robotnicy kolejowi, ściągnięci z tras: Poznań - Krzyż i Poznań - Gniezno. Było nas mniej więcej 45 (...) ja miałem numer 41. (...)

Wkrótce - przez całe Prusy Wschodnie - Bauzug 2005-M dojechał do Mołodeczna, gdzie przez kilka miesięcy załogi dziesięciu pociągów roboczych przebudowywały i modernizowały tamtejszą stację kolejową.

Teofil Rubasiński w 1939 i w 2010 r. To on jako pierwszy trafił na masowe groby polskich oficerów w Katyniu (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna / Tomasz Kamiński / Agencja Gazeta)

- Następnego dnia po święcie Trzech Króli w 1942 roku - kontynuował swe wspomnienia pan Teofil - wyruszyliśmy z Mołodeczna w kierunku frontu. Przez Mińsk i Orszę dotarliśmy do stacji Gniezdowo, znajdującej się niedaleko Smoleńska. Tam pociąg zatrzymał się w pobliżu miejscowości Kozie Góry. I stał tam prawie trzy miesiące. Polscy robotnicy remontowali i przekuwali na zachodnioeuropejską szerokość tory kolejowe na trasie Witebsk - Smoleńsk. (...) Z dwoma kolegami wybrałem się do Lasu Katyńskiego. Zauważyliśmy, że w niektórych miejscach ziemia była lekko wybrzuszona. Rosły tam małe świerki o wyblakłym kolorze zielonym. Zaczęliśmy kopać. Wkrótce dotarliśmy do rozkładających się zwłok jakiegoś żołnierza w płaszczu. Z całą pewnością nie był to płaszcz polski. Zakopaliśmy więc tę mogiłę i wyszliśmy z lasu. Obok płotu stała chatka, koło której kręcił się starszy mężczyzna z długą brodą. Koledzy zapytali: 'Gdzie tu leżą oficerowie polscy?'. Brodacz zaprowadził nas do lasu i wskazał, mówiąc - 'tu kopcie!'. Znów zaczęliśmy kopać. I rychło pojawiły się częściowo zgniłe płaszcze wojskowe. Nasze, polskie! Majora, kapitana... Widzieliśmy skrępowane drutem na plecach ręce ofiar. Zakopaliśmy mogiłę, a nazajutrz przyszliśmy w to miejsce liczniejszą grupą. Na mogile postawiliśmy brzozowy krzyż.

To był mord polityczny

O ich odkryciu dowiedzieli się Niemcy ze stacjonujących w okolicach Smoleńska jednostek Wehrmachtu i lokalnych władz okupacyjnych, lecz nie byli nim zainteresowani. Śmiali się nawet, wspomina pan Teofil. Może nie wierzyli... Tak jak nie wierzyli ci spośród polskiej załogi Bauzugu 2005-M, którzy skłaniali się ku radykalnym lewicowym poglądom, komunizmowi. (...) Nie wierzyli nam, że w Lesie Katyńskim leżą zwłoki zamordowanych przez NKWD wiosną 1940 roku oficerów polskich. 'To nieprawda. To wymysł hitlerowskiej propagandy' - wołali. 'Więc idźcie i sprawdźcie. To zaledwie kilkaset metrów stąd' - odpowiadaliśmy im. Po kilku dniach ta grupa polskich robotników Bauzugu wybrała się do Lasu Katyńskiego. Nie wiem, czy odkopali oni tę samą co my, czy jakąkolwiek inną mogiłę. W każdym razie uwierzyli nam. I oni właśnie postawili tuż obok naszego mały krzyż brzozowy... Heniek z kolegami stawiają swój jako trzeci. (...)

Heniek pracuje z Niemcem niewiele od niego starszym. Jak na te nienormalne warunki to chyba się nawet zaprzyjaźnili, chociaż prawdziwą przyjaźń ograniczała bariera nie tylko językowa. Heniek bywa nawet u niego w niemieckich koszarach. (...) Wreszcie któregoś dnia w mieszanym języku niemiecko-rosyjsko-migowym opowiada o odkryciu wojskowych polskich grobów. Tu niedaleko, na pagórku. W ciągu kilku zaledwie dni wiadomość rozchodzi się po całych koszarach. (...)

embed

Katyń 1940 - Geografia zbrodni (fot. Wikimedia.org / GFDL)

Porucznik Gregor Slovenzik (pojawiający się w historii także jako Słowenczyk lub Slowenczyk) docenia wagę krążących po koszarach informacji, potwierdza je u okolicznych mieszkańców. Wysyła do Berlina raport wraz z plikiem zdjęć. Tam zaś na rozkaz Goebbelsa rusza niebawem cała machina propagandowa, której celem nie jest wyświetlenie prawdy, ale skłócenie potencjalnych sojuszników, czyli Anglii, Francji i USA z sowiecką Rosją. Zbrodnia na polskich żołnierzach staje się narzędziem w wojennej bitwie politycznej. (...)

13 kwietnia 1943 roku Radio Berlin informuje, że w lesie na zachód od Smoleńska, w pobliżu wioski Katyń, odkryto masowe groby z ciałami kilku tysięcy polskich oficerów, zamordowanych przez Sowietów wiosną 1940 roku. Trzy dni później Rosjanie komentują tę informację jako "najgorszą potwarz" i o zbrodnię obwiniają Niemców. Jeszcze tego samego dnia kierownictwo Niemieckiego Czerwonego Krzyża telegraficznie domaga się od Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża wysłania do Katynia specjalnej delegacji. Niemal równocześnie z podobnym wnioskiem o powołanie neutralnej komisji występuje za pośrednictwem Stanisława Radziwiłła, reprezentującego w Genewie Polski Czerwony Krzyż, polski rząd. I tu pojawia się problem. Międzynarodowy Czerwony Krzyż jest skłonny do powołania neutralnej komisji pod warunkiem wystąpienia z podobnym żądaniem trzeciej zainteresowanej strony, czyli Rosji sowieckiej. Rosjanie nie są zainteresowani.

W tej sytuacji Niemcy powołują Międzynarodową Komisję Lekarską, którą kierują do zbadania masowych grobów. Jej członkowie pojawiają się w Katyniu 28 kwietnia. Do pracy przy poszukiwaniu i odkopywaniu grobów są wykorzystywani rosyjscy jeńcy i robotnicy. Nikt jednak nie zabrania Heńkowi i pozostałym Polakom w czasie wolnym przyglądać się prowadzonym pracom. Więc stoją na brzegu rozkopanego dołu. Są przerażeni.

Książka 'Chłopak z Katynia' ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora. Na zdjęciu po lewej Henryk Troszczyński (fot. materiały prasowe)

*Fragment książki "Chłopak z Katynia"

**Wszystkie śródtytuły pochodzą od redakcji

***Stanisław Jaczyński, "Obozy jenieckie w ZSRR IX 1939 - VIII 1941", w: "Zeszyty Katyńskie", nr 2 "Zbrodnia katyńska: Droga do prawdy", red. Marek Tarczyński, Warszawa 1992, s. 51.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Henryk Troszczyński. Urodzony 28 lipca 1923 roku w Warszawie. Powstaniec warszawski, pseud. "Murarz". Walczył na Woli w zgrupowaniu "Waligóra". Ostatni żyjący świadek odkrycia grobów polskich oficerów w lesie katyńskim.

Jerzy A. Wlazło. Przez blisko 20 lat związany z mediami lokalnymi i ogólnopolskimi. Autor powieści sensacyjnych, przygodowych dla młodzieży, bajek i reportaży literackich.