Wszystko idzie zgodnie z planem. Najpierw udaje mu się zebrać astronautów chętnych do lotu na Księżyc lub Marsa. Są lata sześćdziesiąte XX wieku, w tych czasach oczarowanie kilkunastu młodych osób obietnicą podboju kosmosu nie wydaje się być trudne.
Jest człowiekiem wykształconym; zdaje sobie sprawę, że na astronautów czekają warunki zupełnie inne niż na Ziemi, więc opracowuje plan treningowy, który ma fizycznie przygotować ich do misji.
Decyduje się też podzielić ze światem swoim programem, który uważa za innowacyjny i wyprzedzający o kilka lat to, nad czym pracują dotychczasowe potęgi technologiczne, czyli Stany Zjednoczone i Związek Radziecki.
Na jednym z archiwalnych nagrań Edward Mukuka Nkoloso, założyciel Zambijskiej Akademii Kosmicznej, wskazuje prawą ręką na rakietę, która ma wynieść astronautów na orbitę.
Kamera pokazuje w zbliżeniu coś, co przypomina metrowej wysokości domek z kartonu.
Z kolan
Na terenach Rodezji Północnej, późniejszej Zambii, lata pięćdziesiąte były bardzo burzliwe. Kończyły się czasy kolonialne, formowała się tożsamość polityczna Zambijczyków, zakładane były partie, które często ze sobą walczyły. - Nie znaczy to jednak, że reżim kolonialny słabł - wyjaśnia Błażej Popławski, afrykanista. - Mniejszość biała wcale nie chciała podarować Zambijczykom nawet autonomii. Do tej pory wspominają oni lata 50. jako wyjątkowo brutalne i pełne bólu.
Rok 1960 to punkt zwrotny w historii Afryki. Wówczas na kontynencie niepodległość uzyskało aż 17 krajów. Powoli stawało się oczywiste, że i Zambia niebawem uwolni się od kolonizatorów. Wciąż jednak trwały dyskusje nad ustrojem. Ostatecznie, 24 października 1964 roku marzenia o niezależności spełniły się. Prezydentem kraju został Kenneth Kaunda, który rządził nim przez kolejnych 27 lat.
Mukuka Nkoloso nie mógł wybrać sobie lepszego dnia na wystrzelenie swojej rakiety niż właśnie 24 października. Pojawili się politycy i oficjele z całej Afryki, była brytyjska księżna Maria Windsor, przyjechała nawet delegacja z Polski, a wszyscy mieli spotkać się na stadionie wybudowanym specjalnie na tę okazję. Rząd Zambii nie zgodził się jednak na start rakiety. Wymówką komitetu organizującego uroczystość było to, że mogłaby wystraszyć gości i mieszkańców.
Kompromitacja? Nic podobnego. Kraj zyskał więcej uwagi w zachodnich mediach niż kiedykolwiek wcześniej.
- Gdy Zambia odzyskiwała niepodległość, nikt nie wiedział, gdzie ona właściwie leży - zauważa Popławski. - Gdyby dziś zapytać o to przechodniów na ulicy, też pewnie mieliby problem, żeby ją wskazać. A wtedy w codziennej prasie amerykańskiej nagle pojawiły się dziesiątki artykułów o Zambijskiej Akademii Kosmicznej. Wspominał o tym nawet magazyn "Time". Przypuszczano, że chodzi o grupkę szaleńców, teksty nadawały się raczej do kategorii "humor", ale nagle wszyscy o nich usłyszeli. O powstaniu samej Zambii pisano dużo mniej.
Bartek Sabela, podróżnik, którego ostatnia książka opowiada o Afronautach [pojęcia 'afronauci'' jako jedna z pierwszych użyła fotografka i reżyserka Christina de Middel, autorka krótkometrażowego dokumentu na temat zambijskiego programu podboju kosmosu z 2014 r. pod tym samym tytułem - przyp. red.], misję kosmiczną Nkoloso łączy z odzyskaniem niepodległości. - Moim zdaniem ten pomysł był mocno związany z ideą wyzwolenia się z więzów kolonializmu i panującej tam niesprawiedliwości. Rodacy Nkoloso to ludzie, którzy żyli w niewoli, tłamszeni, dyskryminowani, zabijani bez żadnych większych konsekwencji... Dla mnie to taki fantastyczny krzyk budzącego się człowieka, który pełen dumy wstaje z kolan i chce lecieć od razu na Księżyc. Zupełnie jak w baśni.
Przyjaciel prezydenta
W wywalczeniu świętowanej właśnie niepodległości Nkoloso również miał swój udział. Już w czasie II wojny światowej bił się u boku Brytyjczyków, mając nadzieję, że wycofają się z okupowanej Rodezji Północnej. Tak się jednak nie stało.
Po zakończeniu walk wrócił do domu. Był dobrze wykształcony, podjął pracę jako nauczyciel. Na wojnie nauczył się kilku języków, w swoje wypowiedzi potrafił wplatać łacińskie i francuskie cytaty. Przez wielu postrzegany był wręcz jako naukowiec. Trochę szalony.
Gdy przyszły lata pięćdziesiąte, Nkoloso został jednym z czołowych zambijskich nacjonalistów, bardzo bliskim współpracownikiem, wręcz przyjacielem Kennetha Kaundy, przyszłego prezydenta. Co prawda nie wszedł do rządu, pełnił jednak funkcję osobistego ochroniarza głowy państwa.
Nie zawsze zgadzali się ze sobą. Nkoloso, w przeciwieństwie do Kaundy, był politykiem bezkompromisowym, wierzył w rozwiązania siłowe i uważał, że do niepodległości trzeba dążyć walką zbrojną.
Do dziś zachowały się grupowe zdjęcia, na których widać obu panów. Razem z nimi ustawiali się ówcześni zambijscy politycy i przedstawiciele elit, ubrani mniej lub bardziej z europejska. Wśród nich wyróżnia się, już wtedy uważany za ekscentrycznego, Nkoloso w stroju ludowym i z dzidą w ręku.
W latach 1956-1957 Nkoloso przebywał w więzieniu. Według Popławskiego ta informacja może być kluczem do zrozumienia, czemu powstała Zambijska Akademia Kosmiczna: - Był tam bity do nieprzytomności i torturowany przez białych kolonizatorów. Przy tak poważnych uszkodzeniach głowy trudno wykluczyć, że po prostu zwariował, a opowieść o powstaniu Akademii to opowieść o zwykłym szaleńcu.
Przemawia za tym również tekst napisany przez samego Nkoloso. Opisuje w nim swoje obawy o dalsze losy misji. Podkreśla rolę rządu, który powinien przyjąć ustawę - ona pomogłaby w walce z "satanistycznymi intrygami" wrogów Agencji. Jest pewien, że Lusaka, stolica Zambii, pełna jest rosyjskich i amerykańskich szpiegów, którzy chcą wykraść jego tajemnice. Uważa też, że wszyscy szpiedzy powinni być skazywani bez procesu.
Pierwsze problemy
Mukuka Nkoloso wystąpił do UNESCO z wnioskiem o dofinansowanie swojego programu. Poprosił o siedem milionów funtów. Dofinansowanie nie zostało mu przyznane.
Zburzono budynek wykorzystywany przez Zambijską Akademię Kosmiczną. Nkoloso miał nadzieję, że na jego miejscu powstaną mieszkania dla nowych oficerów, których będzie szkolił. Tak się nie stało.
Jego metody zaczęły budzić wątpliwości. Wprowadzanie w stan nieważkości dzięki bujaniu na huśtawce, poddawanie przeciążeniom podczas staczania w beczce oraz nauka chodzenia na rękach przestały jawić się jako skuteczne ćwiczenia przygotowujące do lotu w kosmos. Przypominały bardziej nie zawsze bezpieczne zajęcia wychowania fizycznego.
Po długich miesiącach treningów, odmowie zezwolenia na wystrzelenie rakiety 24 października i braku wsparcia ze strony rządu morale astronautów zaczęło spadać. Młodzi ludzie zbyt mało skupieni na programie kosmicznym byli podatni na inne pokusy. Astronautka Matha zaszła w ciążę, a rodzice zabrali ją z powrotem do swojej wioski.
Prezenter brytyjskiej telewizji ITN , przyglądający się treningowi Afronautów, swoją relację kończy stwierdzeniem, że ma przed sobą bandę głupków.
Jego zdanie o Nkoloso i jego ekipie z czasem zaczął podzielać prezydent Kenneth Kaunda. Początkowo traktował grupę Afronautów jako ekscentryczną odskocznię od codziennej politycznej działalności. Później uznał jednak, że absurdalny projekt Nkoloso, z góry skazany na porażkę, może zaszkodzić wizerunkowi dopiero co oznaczonej na mapie świata Zambii. Władze starały się stworzyć opowieść o wielkim, powstałym z kolan kraju; historia działacza politycznego, który zdecydował się stworzyć Zambijską Akademię Kosmiczną i swoich astronautów turlać w beczkach, nie była nikomu na rękę.
- Dyskurs polityczny każdego nowo powstającego kraju afrykańskiego jest pełen patosu - dodaje Popławski. - Tam nie ma miejsca na żart, wszystko musi się udać. Nkoloso jako działacz polityczny, nauczyciel, wychowawca był ważny przed 64 rokiem. Co prawda otrzymał stanowisko honorowe w Liberation Center, czyli ośrodku upamiętniającym okres walk narodowowyzwoleńczych, a elity traktowały go jako zasłużonego działacza, ale jednocześnie stał się szaleńcem, którego trzeba było od siebie odsunąć.
Kaunda ostatecznie nie wydał zgody na kontynuowanie projektu, nie przyznał mu również dofinansowania. Zambijska Akademia Kosmiczna umarła śmiercią naturalną, a Mukuka Nkoloso niemal przestał istnieć w pamięci przeciętnych Zambijczyków.
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie
Przekonał się o tym Bartek Sabela, kiedy pojawił się w ojczyźnie Nkoloso, by szukać materiałów do swojej książki o Afronautach. Na ich historię trafił zupełnie przypadkowo. Wysłał swoje zdjęcia na konkurs. Na jury nie zrobiły one dużego wrażenia, jednak wśród nagrodzonych prac zauważył fotografie Cristiny De Middel. Od razu przykuły jego uwagę. Przedstawiały czarnoskórych ludzi w strojach przypominających dość niepraktyczne kombinezony astronautów. To, co znalazł, początkowo wziął za fotoreportaż. Napisał maila do Cristiny. Odpowiedziała, że nie są to zdjęcia historyczne. Sesja była tylko inspirowana postaciami Afronautów, scenografia została przez artystkę zaplanowana, a tak w ogóle, to w Zambii nigdy nawet nie była. Jak przyznawała w wywiadach, większość osób, które obejrzały jej prace, pomyliła się tak jak Sabela. A on już połknął zambijskiego bakcyla.
- Byłem pewien, że o Afronautach, a szczególnie o Nkoloso, znajdę mnóstwo informacji. Okazało się jednak, że po 50 latach żyje niewiele osób, które go pamiętają. Kilka z nich udało mi się odnaleźć, ale były już w bardzo słusznym wieku, powyżej dziewięćdziesiątki, więc nie zawsze ich wspomnienia były wiarygodne - przyznaje. - W Afryce wciąż króluje przekaz ustny. Historie rzadko się zapisuje, więc łatwo giną. Albo zaczynają żyć własnym życiem. W pewnym momencie już trudno powiedzieć, co jest prawdą, a co przerośniętą opowieścią.
Sabela postanowił najpierw dotrzeć do syna Nkoloso. Trafił na niego szybko. Niestety, z innymi osobami już nie poszło tak łatwo. - Wałęsałem się tam przez cztery tygodnie. Chodziłem, szukałem, dzwoniłem, pytałem, przychodziłem znowu, i znowu, i znowu. Grzebałem w muzeach, archiwach gazet, telewizji, rozgłośni radiowych, archiwach narodowych, archiwach partyjnych. Przerzuciłem ogromne ilości papieru - wzdycha. - W pewnym momencie stwierdziłem, że nie uda mi się z tego stworzyć historii. Że po prostu nie potrafię jej znaleźć, odgrzebać. Wróciłem do Polski. Zacząłem pisać i zobaczyłem, że ta historia jest pełna dziur. Matko Boska, pomyślałem, nie da się tego posklejać w sensowną opowieść. Ale miałem do niej tak duży sentyment, że musiałem ją dokończyć.
Po powrocie z Zambii Sabela postanowił przeszukać archiwalne wydania amerykańskich gazet. - Myślałem, że syn Mukuki Nkoloso zmyślił, że przyjeżdżali do nich dziennikarze ze Stanów - przyznaje. - Słuchasz jakiegoś starszego gościa, który opowiada o wydarzeniach sprzed 60 lat, nic, co mówi, nie jest dosłowne, więc się zastanawiasz, czy ci dziennikarze i ich artykuły, a może i cała historia nie jest wymyślona. A potem znalazłem teksty, o których mówił. Kolejne części jego relacji również powoli zaczęły się potwierdzać.
Bemba i w tekście Shona
- Ze wszystkich opowieści, które zebrałem, wyłania się postać naprawdę fascynującego człowieka - opowiada dalej Sabela. - Co musiało stać za jego pomysłem? Obezwładniająca moc marzenia, pomysłu, idei? Przecież to się dzieje w latach sześćdziesiątych w Zambii, a on chce lecieć na Księżyc, jest w tym superśmiały i szczery. Coś pięknego.
- Czy gdyby ta historia zdarzyła się w Polsce lat sześćdziesiątych, to też by cię tak wkręciła? - pytam.
- Wiesz co, pewnie mniej - odpowiada. - Ale pamiętajmy o tym, że mówimy o dwóch różnych światach. U nas ludzie mogli mieć mapę nieba nad łóżkiem, oglądali w telewizji programy o kosmosie. A i tak sama idea lotu na Księżyc powodowała ogromne emocje. To co dopiero tam, w Afryce, gdzie uczniowie Nkoloso siedzieli wśród sawanny? Poza tym, na jego pomysł składa się też jakieś tło kulturowe, mówię tu o różnych wierzeniach, legendach, które jeśli nawet teraz są żywe, to były żywe również 50 lat temu.
- To znaczy, że one miały wpływ na jego zachowanie?
- Może nie tyle na zachowanie - wyjaśnia Sabela - ale wydaje mi się, że jego pomysł był inspirowany nie tylko wiedzą czysto naukową. Całe tło kulturowe jest dla nas trochę trudne do zrozumienia i nie do końca dostępne. Wynika ono między innymi z takich rzeczy jak szamanizm, czary. I sądzę, że inspiracje do swoich działań mógł czerpać z przeróżnych źródeł, które nam wydają się bardzo sprzeczne. Z jednej strony nauka, z drugiej strony wszystko co związane z magią.
I rzeczywiście. Wśród wierzeń istniejących na terenie dzisiejszego Zimbabwe znajdziemy przypowieść, która mogłaby być inspiracją dla Mukuki Nkoloso. - Władca Shona chciał zbudować wieżę, która miała sięgnąć gwiazd - opowiada Popławski. - U Bemba z kolei są opowieści o tym, że ich przodkowie pochodzą z kosmosu, z Księżyca, z planet. My, Europejczycy, mamy manierę interpretowania zachowań Afrykanów w kategoriach magii, dziwności, egzotyki. Ale czy naprawdę możemy założyć, że Nkoloso, chcąc budować rakietę kosmiczną na początku lat sześćdziesiątych, żył wierzeniami Bemba i Shona?
Odpowiedzi na wszystkie pytania Nkoloso zabrał ze sobą do grobu.
Zmarł 4 marca 1989 roku.
Został pochowany z honorami państwowymi.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Dominika Klimek. Dziennikarka radiowa, współpracuje z Programem IV Polskiego Radia, studenckim Radiem Aktywnym, korespondentka w projekcie Miasto Archipelag. Autorka bloga audiowizualnego dźwięk/obraz .