Historia
(fot. Paisley Scotland / flickr.com / CC BY 2.0)
(fot. Paisley Scotland / flickr.com / CC BY 2.0)

Dziś wiemy, że jej małżeństwo z księciem Karolem zostało dyskretnie zaaranżowane przez Królową Matkę, matkę Elżbiety II. Młodziutka arystokratka Diana Spencer wpadła w sidła: miała nieszczęście wyjść za mąż za zadufanego w sobie egoistę, człowieka zakochanego wcale nie w niej, tylko w wizji objęcia brytyjskiego tronu.

Karol wzruszał ramionami, kiedy Diana płakała z samotności w chłodnych pałacach, zostawiał ją w szpitalu z rannym, 8-letnim wówczas, Williamem po wypadku i świntuszył potajemnie z byłą partnerką Camillą przez telefon w toalecie. Chciał dalej żyć trochę jak książę kawaler, "rozsiewając ziarno" (taki model ojcostwa doradzał mu jego mentor i przyszywany tata - Louis Mountbatten).

Diana została tymczasem przepuszczona przez maszynkę Windsorów - miała stać się trybikiem w machinie "Firmy", uśmiechać się na imprezach, tolerować obecność Camilli i rodzić dzieci. Zapłaciła za to bulimią i próbami samobójczymi, także w ciąży z Williamem.

Karol i Diana z wizytą w Australii (fot. John Hill / wikimedia.org / CC BY-SA 4.0)

Brytyjska Monroe

Zostawiona sama sobie przez męża, Diana stała się najbardziej fotografowaną kobietą świata, boginią kobiecego piękna porównywaną z Marilyn Monroe. Narzekała na nieodstępujących ją paparazzich, ale często też sama się z nimi umawiała (w zamian za pozytywne artykuły). Nie mogła przeżyć dnia bez jednego tekstu w prasie wychwalającego ją jako ikonę stylu.

Księżna zdołała jednak ocalić swoją psychikę przed totalnym krachem. Pomogła jej trochę - we własnym dobrze pojętym interesie - królowa Elżbieta, zamawiając dla niej najlepszych psychiatrów. Diana wychowała swoich synów na normalnych ludzi, co w maszynce Windsorów zakrawa na cud. To ona jeździła z synami do wesołego miasteczka i zabierała ich do McDonalda.

Udało się więc Dianie trochę rozluźnić skostniałą monarchię - tchnąć ducha autentyzmu w niekończące się oficjałki: wizyty w szpitalach i szkołach, przecinanie wstęg i odsłanianie pomników. Kiedy promieniejąca uśmiechem księżna mówiła kilka słów od serca, tłumy nagle ożywiały się. Kiedy pojawiał się przed ludźmi sztywny Karol (bez Diany) pytano, gdzie jest księżna (Karol pewnego razu nie wytrzymał i wypalił: "Jak państwu nie pasuje, zażądajcie zwrotu za bilety").

Książę Karol z wizytą w USA (fot. Tyle / wikimedia.org / domena publiczna)

W końcu nieszczęśliwa w życiu osobistym Diana zaangażowała się w działalność charytatywną - walczyła z producentami min przeciwpiechotnych, z obojętnością wobec ofiar AIDS i dyskryminacją gejów. Zwracała uwagę na los bezdomnych. Gdyby każdy celebryta robił tyle co Diana...

Miała niezwykły dar kontaktu z cierpiącymi ludźmi - robiła wrażenie osoby pełnej troski, w odróżnieniu od innych "royalsów" odbębniających kolejne oficjalne wizyty w szpitalach czy domach dziecka. W końcu Diana podobno sama uwierzyła, że jej dotyk leczy ludzi. Po jej śmierci, gdy narodził się jej mit, wierzyli w to wyznawcy "Kościoła Diany", który powstał  w Stanach Zjednoczonych. Jego członkowie mieli komunikować się z księżną na seansach spirytystycznych i spisywać te "rozmowy" w swoistej biblii.

Róża z kolcami

Ale Diana nie była aniołem: była też próżna, rozrzutna i przesądna. Była też słabo wykształcona - lubiła się radzić wróżki i czytać koszmarne powieścidła. Była na przemian bardzo nieufna wobec ludzi, a chwilę później całkowicie zależna od wszelkich przejawów miłości z ich strony. Wymusiła na Karolu zwolnienie ponad dwudziestu pracowników dworu, w tym niani, o którą była zazdrosna.

Nie była też z pewnością niewinną "angielską różą" (jeśli już, to ze sporymi kolcami). Karol hołubił swoją Camillę, a Diana - wiele mówiąca o chęci podtrzymania swojego małżeństwa - brała kochanka za kochankiem (zapewne już od 1983 r., o ile nie wcześniej) - nauczyciela jazdy konnej, słynnego gracza rugby, handlarza sztuki i syna największego producenta whisky.

Nie obyło się też bez spektakularnych awantur z Karolem (niektóre z nich nagrały służby specjalne). Kiedyś, gdy modlił się, klęcząc przy łóżku, uznała to za skrajny przejaw hipokryzji i rzuciła się na niego, targając z nienawiścią za wydatne książęce uszy. Innego dnia podczas awantury rzuciła w męża kryształową popielniczką. Trafiła Karola w szyję, ten osunął się na ziemię, ale szybko odzyskał przytomność.

Gorycz Diany łatwo zrozumieć. Cynicznemu mężowi była potrzebna głównie po to, by urodzić kolejnego następcę tronu i przecinać z nim wstęgi w trakcie publicznych wystąpień. Nie chciała się z tym pogodzić. Była zawsze uczuciową idealistką, nawet jeśli trochę szaloną, to szczerą do bólu.

Od samego początku ich związku do szaleństwa doprowadzał ją sentyment męża dla byłej kochanki Camilli - podczas podróży poślubnej na jachcie Britannia z notesu Karola wypadło jej zdjęcie, nosił także spinki do mankietów z jej inicjałem. Snuł się też po pokładzie, malując akwarele (w końcu Diana zniszczyła mu sztalugi i połamała pędzle) i czytając pseudofilozoficzne traktaty. Młodziutka Diana przeżywała dramat: zrozumiała, że rzekomo bajkowe życie księżnej przypomina raczej niewolę.

Do tego w jednej z rozmów jej mąż oświadczył, że jak każdy książę Walii (tytuł następcy tronu) ma prawo do posiadania kochanki. Kiedy Diana zgłosiła się ze skargą do królowej, ta powiedziała, że "nie wie, co jej radzić, bo Karol jest beznadziejny" (te zwierzenia Diany można obejrzeć w filmie "Diana: własnymi słowami", który niedawno pokazała telewizja Channel Four, nagrania sprzedał były doradca do spraw PR księżnej).

Diana i Karol w Białym Domu, z Nancy i Ronaldem Reaganami (fot. Courtesy Ronald Reagan Library / wikimedia.org / domena publiczna)

Tampon i Pączuś

Dwa dni przed ślubem Diana chciała odwołać uroczystości. Siostry przyszłej księżnej - Jane i Sarah - odradziły jej tę decyzję. W przeddzień ślubu Karol namyślił się i oznajmił Dianie, że "właściwie jej nie kocha". Poszła do ołtarza, jak sama mówiła, "niczym owieczka na rzeź". Poprzedni wieczór przepłakała.

Płakał tego wieczoru podobno także Karol - bał się, że popełnił błąd i źle wybrał sobie żonę. Rozwód - rzecz wówczas nie do pomyślenia - mógłby mu skomplikować drogę do wymarzonego tronu.

Ponad dekadę później, kiedy jego małżeństwo z Dianą było związkiem tylko z nazwy, Karol był bliski kompletnej kompromitacji. Zapewne dzięki intrydze jego żony tabloidy ujawniły nagrane przez służby specjalne rozmowy księcia z Camillą - marzył, by zostać tamponem kochanki. Obóz Karola także atakował: Brytyjczycy mogli posłuchać i przeczytać intymną rozmowę Diany z kochankiem, który zwracał się do niej pieszczotliwie "Pączusiu". Właściciel "News of the World" Rupert Murdoch kazał z niej wyciąć dziesięciominutowe rozważania o masturbacji. Zrobił to zapewne z wrodzonej przyzwoitości.

Dziś nikt tych nagrań Diany prawie nie pamięta. W umysłach wielu Brytyjczyków - i Polaków - liczy się tylko to, jak skończyła się historia chyba najbardziej nieszczęśliwego małżeństwa dynastii Windsorów, we wraku mercedesa w tunelu pod Sekwaną.

Wjazd do paryskiego tunelu Alma, w którym doszło do wypadku (fot. Erik1980 / wikimedia.org / GNU Free Documentation License)

Wszyscy pamiętamy: Diana zginęła młodo i tragicznie, ścigana w Paryżu przez paparazzich 31 sierpnia 1997 r. razem z kochankiem Dodim, jadąc bez pasów w mercedesie prowadzonym przez hotelowego pijaczka Henri Paula, ulubionego ochroniarza miliardera al-Fayeda. Paul przez cały dzień od rana popijał likiery, doprawiając je prozakiem. Gdyby zapięła pasy, niemal z pewnością by nie zginęła. Przeżyłaby także, gdyby nie odrzuciła ochrony Scotland Yardu, która się jej należała. Wówczas z pewnością nie odjechałaby z hotelu z piratem drogowym za kierownicą.

Lustra, podsłuchy i wibratory

Diana nie chciała ochrony, bo brytyjskich policjantów uważała za agentów Elżbiety II i księcia Karola. By chronić się przed podsłuchami w pałacu Kensington, kazała zdejmować lustra - ktoś powiedział, że służby używają ich do dyskretnego namierzania rozmów wewnątrz pomieszczeń - korzystają z mikrofonów laserowych, laser ów ma odbijać się od gładkich powierzchni, właśnie luster czy obrazów.

Na parę dni przed jej śmiercią na modnych przyjęciach w Londynie słuchano nagrań Diany i kolejnego kochanka, rozmawiających otwarcie o seksualnych gadżetach (Diana nie ruszała się w podróż bez ulubionego wibratora, kiedyś dostarczono go jej pocztą dyplomatyczną). Nagranie było zapewne dziełem brytyjskich służb specjalnych - MI5 założyło dla księżnej grubą teczkę, oficjalnie po to, by chronić ją przed IRA.

Brytyjskie gazety pisały z ogromnym dystansem o kolejnym ostentacyjnym wakacyjnym romansie 36-letniej księżnej. Pamiętam , że w BBC panował wówczas nastrój znudzenia zakochaną w sobie, nieco pretensjonalną księżną. Nic nie wskazywało wtedy, by udało się jej zbudować mit Diany. Jeśli już, wyglądało na to, że dokonuje się coś odwrotnego: księżna traci szybko publiczną sympatię.

Tym razem jej wybrankiem był bowiem playboy al-Fayed żyjący z pensji tatusia (150 tys. funtów miesięcznie), wielbiciel kokainy i łatwych kobiet. Diana rzuciła się w jego ramiona, kiedy zostawił ją poprzedni kochanek, słynny chirurg Hasnat Khan (o tym wówczas mało kto wiedział). Romans z al-Fayedem miał wzbudzić w nim zazdrość.

Miejsce mające upamiętnić Diane i Ai-Faydea w Harrodsie w Londynie (fot. Bobak Ha'Eri / wikimedia.org / CC BY 2.5)

Nagle, kiedy nad ranem 31 sierpnia serce księżnej, mimo reanimacji w paryskim szpitalu, przestało bić, Brytyjczycy uznali ją gremialnie za narodowego anioła stróża. I poczuli się jak sieroty.

Najciekawsze, że ta histeria objęła chłodnych Anglików. Na ulicach Londynu zatrzymywali się nieznajomi ludzie, płakali, obejmując się z troską. Przed pałacem Kensington, domem Diany pojawiły się stosy kwiatów, ustawiły się wielogodzinne kolejki do ksiąg kondolencyjnych. Książę Karol i królowa woleliby zapaść się na kilka dni pod ziemię. Tego dnia miałem poranny dyżur newsowy w BBC - szaleństwo medialne było potężne.

Królowa serc

Jak narodziła się ta masowa histeria we wrześniu 1997 roku? Dla mediów, szczególnie tych drukowanych, które zaczynały podupadać - napiszmy to wprost - ta tragedia była niczym manna z nieba. Ludzie rzucili się nagle kupować gazety, wystarczyło publikować fotki Diany i wypisywać artykuły o jej "niezwykłej roli dziejowej" i "unikalnym stylu". Diana była brytyjską Marilyn Monroe i Evą Peron. To media są więc odpowiedzialne - częściowo, bo nie całkiem - za sztucznie wykreowany mit Diany.

Równie ważne jest jednak coś innego: mit Diany zrodził się w brytyjskiej duszy w momencie wielkiego przełomu politycznego na Wyspach - po dwóch dekadach rządów partii konserwatywnej do władzy doszedł właśnie rząd Tony?ego Blaira, lewicowego centrysty, który uwiódł naród swoimi obietnicami i natchnionymi przemówieniami (dziś, po latach, niektóre z nich robią wrażenie litanii osobliwych bredni).

Także monarchia wydawała się wtedy wielu Brytyjczykom instytucją zmurszałą. A laburzyści zapowiadali likwidację lordów dziedzicznych. W powietrzu wisiała więc druga rewolucja, zerwanie z konserwatywną, sztywną monarszą tradycją.

Morze kwiatów - to jak najbardziej właściwie określenie dla mnóstwa wiązanek, którymi Brytyjczycy pożegnali Dianę (fot. Maxwell Hamilton / wikimedia.org / CC BY 2.0)

Diana była najpopularniejszą postacią na dworze. Jej śmierć (w nader "wygodnym" momencie, bo romans "z tym Arabem" wróżył wielki skandal - walkę Karola z żoną o opiekę nad dziećmi) była ciosem. Niweczyła nadzieje na reformę monarchii i dalsze unowocześnienie kraju. Diana była kimś w rodzaju pomostu między poddanymi i monarchią. Nagle między ludem i Pałacem wyrosła przepaść. Księżna wydawała się ofiarą nie tylko paparazzich, ale także bezdusznego dworu. Dlatego podczas pogrzebu Elżbieta II stanęła naprzeciw trumny Diany i na oczach milionów telewidzów z całego świata oglądających transmisję skłoniła głowę, oddając jej cześć. Musiała ulec, aby bronić monarchii.

Kult Maryjny?

W micie Diany chodziło jednak o coś głębszego, trudno uchwytnego, na co od razu zwróciło uwagę wielu psychologów i socjologów. Szok i histeria były wynikiem nagłej konfrontacji ze śmiercią. Koniec lat 90. był epoką nadziei i dobrobytu. Brytyjczykom wydawało się, że będzie im się żyć tylko coraz lepiej. Śmierć zaledwie 36-letniej księżnej, ikony kobiecego piękna, ugodziła w ich psyche głęboko. Okazała się narzuconą im konfrontacją z przemijaniem, z kresem życia. Skoro ta śmierć tak zabolała Brytyjczyków, to zmarła musiała być "świętą", a przynajmniej "aniołem", a nie piękną celebrytką. Taki wniosek podpowiada ludziom instynkt.

W te niemal religijne tony Brytyjczycy uderzyli także z innej przyczyny - lata 90. kończyły proces postępującego kryzysu Kościoła Anglikańskiego. Być może miłość do Diany była wynikiem nagłego poszukiwania sacrum w epoce kompletnej laicyzacji życia i względnego dobrobytu?

W anglikanizmie, co podkreślają eksperci, nie ma odpowiednio wyeksponowanej roli Marii Panny (tak jak to jest w katolicyzmie). Jesienią 1997 r. okazało się, że Brytyjczycy chcą mieć swoją Maryję (a na pewno swoją Matkę Teresę). Pragną w Dianie widzieć "niepokalaną dziewicę", niecnie wykorzystaną przez bezwzględnego męża i dwór.

"Diana dostrzegła lukę w brytyjskiej psyche, potrzebę emocji. I sprawnie ją wypełniła" - piszą celnie autorzy "The Royals", przewodnika po brytyjskiej monarchii. Księżna umiejętnie budowała swój mit jeszcze za życia. Kiedy rozpadało się jej małżeństwo z Karolem, w połowie lat 90. udzieliła wywiadu BBC, w którym otwarcie wątpiła, czy Karol nadaje się na króla. Rzuciła też kluczowe zdanie: "Chciałabym być królową serc", dodając chwilę potem: "Robię rzeczy po swojemu, kierując się sercem i emocjami". Zostało to podchwycone po śmierci księżnej przez premiera Tony?ego Blaira. Poważni ludzie powtarzali frazes o "królowej serc".

Diana tańczy z Johnem Travoltą w Białym Domu (fot. United States Federal Government / wikimedia.org / domena publiczna)

Tak narodził się mit Diany, zastępczej "ludowej królowej". Prawdziwej, ciepłej, a nie chłodnej. Instynktownej, nowoczesnej i zwyczajnej. Pogardzanej i lekceważonej. To ostatnie trąciło czułą strunę brytyjskiej duszy: nikogo tak nie szanują Wyspiarze jak "underdoga" (słabeusza, kogoś stojącego na przegranej pozycji). Diana trochę taka była. Ale tylko trochę.

Tak naprawdę była bogatą, dumną arystokratką, która umiała się bronić, knuć intrygi i świetnie dbać o własne interesy. Może za to także tak bardzo lubiły ją Brytyjki, które w rozpoczynającej się epoce rządów laburzystów uzyskały status równy mężczyznom we wciąż dość tradycyjnym społeczeństwie?

Kończmy z tym mitem!

Upływ czasu ostudził brytyjską psyche. We wrześniu 1997 r. wielu trzeźwych ludzi dostrzegało, że kult wokół Diany to w znacznym stopniu histeria, zjawisko do zbadania przez dobrego psychologa społecznego.

Co ciekawe - mimo wielu analiz nikt nigdy nie postawił jednoznacznej diagnozy. Szał na punkcie księżnej pozostał czymś unikalnym, tajemnicą, do której można się zbliżyć, ale nie sposób dotknąć. Tuż przed rocznicą śmierci Diany część komentatorów brytyjskich przyznaje, że wciąż nie rozumie reakcji rodaków sprzed dekady (histeria objęła też inne kraje, ale to już dzieło mediów). Stało się, bo się stało.

Dziś już mało kto wierzy w mit Diany. Wydaje się postacią z innej epoki. W gazetach brytyjskich, prawicowych i lewicowych, ukazują się artykuły mówiące wprost o potrzebie pozbycia się iluzji "świętej" księżnej. Choć jej postać budzi wciąż bardzo wiele sympatii - i słusznie.

Diana w Pakistanie (fot. Fadygujjar / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Dokument Channel Four, w którym zaprezentowano nieznane wcześniej nagrania wideo (osobiste zwierzenia Diany na temat fatalnego małżeństwa), obejrzały z wypiekami na twarzach cztery miliony telewidzów. Ujrzeliśmy bardzo osobistą, wyluzowaną księżną, taką, jakiej nie znał nikt oprócz jej bliskich i kochanków. Ten film nie był w smak Elżbiecie II i establishmentowi.

Windsorowie przez kolejne rocznice - choćby dziesiątą w 2007 roku - robili to, co najskuteczniejsze w niszczeniu pamięci o ludziach: milczeli. Często można było odnieść wrażenie, jakby księżna w ogóle nie istniała. Skłonili także do wstrzemięźliwości w okazywaniu emocji Williama i Harry?ego (niedawno przerwali milczenie, wspominając o swojej traumie po śmierci matki).

Królowa, za radą speców od PR, przejęła tymczasem wiele z zachowań Diany, nauczyła się udawać osobę cieplejszą i pełną empatii, którą nigdy nie była. Tak postępuje sprytny establishment - wchłania dobre rozwiązania, które proponuje opozycja.

Brytyjczycy w większości zapomnieli o swojej "ludowej księżnej". W dość typowym dla nich odruchu obrony tradycji wrócili pod sztandary Windsorów. Królowa mogła szczęśliwie zapomnieć, jak we wrześniu 1997 roku monarchię popierało "tylko" 48 proc. ankietowanych, czyli po raz pierwszy mniej niż połowa (dziś monarchię chce wciąż zachować aż 76 proc. Brytyjczyków).

Wyspiarze nie zapomnieli do końca tylko jednego: chłodu i egoizmu Karola w konfrontacji z Dianą. Nie pozbyli się też niemal otwartej niechęci wobec Camilli, jego kochanki, która w jednej z rozmów z Karolem "zatwierdzała" Dianę jako kandydatkę na jego żonę (Diana była dość naiwna i młoda, by pokrzyżować ich romans, więc Camilla się zgodziła).

Książę Karol z Camillą w Nowym Orleanie (fot. Robert Kaufmann / FEMA / domena publiczna)

Słowa zza grobu

Film dokumentalny Channel Four zmniejszył - jak pokazały sondaże - względną popularność następcy tronu (bije go zdecydowanie w sondażach książę William). Pomimo prób zablokowania emisji filmu Diana przemówiła zza grobu i przypomniała Brytyjczykom swoją dramatyczną historię.

Nieprzypadkowo też "The Sunday Times" w zeszłym roku puścił w obieg informację z "dobrze poinformowanych źródeł", że monarchini chce do końca służyć krajowi i nie ma wcale zamiaru abdykować w wieku 95 lat, jak głosiły niedawno plotki. Królowa nie chce, by jej mało popularny, zarozumiały syn przejął od niej ster dynastii.

Diana może przemawiać zza grobu, ale nie doczekała się do dziś swojego pomnika - to co zbudowano w londyńskim parku przypomina raczej urządzenie irygacyjne. Zagraniczni turyści, których przyprowadzają tam przewodnicy, kręcą z niedowierzaniem głowami. Nie do końca nawet wiadomo, gdzie położyć księżnej bukiet. Pod koniec września 1997 r. gnijące kwiaty sprzed pałacu Kensington zabierano ciężarówkami.

Artykuł opublikowaliśmy po raz pierwszy w 2017 roku.

Marek Rybarczyk. Były dziennikarz radia BBC i wieloletni korespondent "Gazety Wyborczej" w Londynie, potem publicysta "Przekroju" i "Newsweeka". Autor bestsellera "Tajemnice Windsorów" i biografii królowej Elżbiety II. Polak zakochany w brytyjskiej kulturze, a zarazem Brytyjczyk ceniący sobie dystans i autoironię.