Historia
Emilia Radziejowska i Ewa Tchórznicka (z prawej) podczas występu pt. 'Strip-tease' (fot. Edward Hartwig / nac.gov.pl)
Emilia Radziejowska i Ewa Tchórznicka (z prawej) podczas występu pt. 'Strip-tease' (fot. Edward Hartwig / nac.gov.pl)

Dziś obraz zmian lat 50. wydaje się nam infantylny, jednak w stosunku do poprzedniej epoki kobiecy negliż w prasie, sztukach pięknych, na estradzie czy w filmie był rewolucją, widocznym i symbolicznym zerwaniem ze stalinowską pruderią. Można oczywiście dyskutować, w jakim stopniu inicjatywa należała do kobiet, w jakim zaś odpowiadała męskim potrzebom odreagowania stalinowskiego purytanizmu. W każdym razie już na początku 1957 r. zalew nagości był wyraźnie zauważalny (...).*

"Striptiz holenderski"**

O skali zapotrzebowania na "zachodnie", "burżuazyjne" doświadczenia i przeżycia świadczy niezwykła kariera, jaką od jesieni 1956 r. zaczął robić striptiz, wtedy jeszcze pisany w niespolszczonej formie "strip-tease". Pierwszym wyraźniejszym śladem jest wierszyk zamieszczony w "Szpilkach", zazwyczaj szybko reagujących na nowe zjawiska: Prasa nam Zachód dziś przybliża, Co krok reportaż masz z Paryża. W nocnej życia analizie Autor wspomina o strip-teasie.

O ile w październiku 1956 r. redakcja zaopatrzyła na wszelki wypadek "strip-teas" stosownym przypisem, że jest to "atrakcja nocnych lokali: tancerki rozbierają się stopniowo na oczach publiczności", o tyle już na początku 1957 r. striptiz stanowił - na równi z Brigitte Bardot - ikonę nowej obyczajowości nowych czasów. Spopularyzowany przez prasę, plotkę i kabarety, oddziaływał na wyobraźnię w stopniu odwrotnie proporcjonalnym do liczby tych, którzy mogli się pochwalić "obserwacją uczestniczącą". (...)

Rok 1957. Modelki w sukniach wieczorowych na scenie. W środku, w jasnej sukni stoi Alicja Bobrowska (4. z prawej). Z prawej przy scenie widoczny konferansjer, z lewej - fotograf z aparatem fotograficznym. Przy stolikach siedzą goście (fot. Zbyszko Siemaszko / nac.gov.pl)

Podobną drogę obrała także krakowska Piwnica pod Baranami w 1957 r. prezentująca różne rodzaje "striptizu". - Wykonywałam, wstyd się przyznać, striptiz i ja - wspomina Joanna Olczak-Ronikier, współzałożycielka kabaretu "Piwnica pod Baranami". - Był to striptiz polityczny. Obwieszona byłam (na ubraniu) napisami WĘGIEL, ZBOŻE, WOLNOŚĆ OSOBISTA, które zdejmował ze mnie żołnierz radziecki.

Furorę zrobił wykonywany przez Barbarę Nawratowicz, która również kabaret zakładała, "striptiz holenderski", polegający na rozbieraniu roweru. Mimo to był "numerem niezwykle erotycznym. Niby to za pomocą klucza francuskiego i obcęgów rozmontowywała na części stary, przedpotopowy grat, ale towarzyszyły temu gesty tak obiecujące, w słowach: Opona! Oto ona! - wrzał taki żar zmysłów, że panowie tracili głowy i zaczynali sobie wyobrażać Bóg wie co".

Dalej poszedł wyłącznie warszawski kabaret Stodoła, mieszczący się - co należy potraktować jako chichot przeszłości - w dawnej stołówce budowniczych Pałacu Kultury i Nauki. W prezentowanym od maja 1957 r. programie "W tym szaleństwie jest metoda" był bowiem "prawdziwy" striptiz, wykonywany przez modelkę z Akademii Sztuk Pięknych. Chociaż Krzysztof Teodor Toeplitz komentował w "Nowej Kulturze", że "Wielkie mi hallo, że jakaś dziewczyna rozebrała się w Stodole. Jakby się to mało polskich dziewuch po stodołach rozbierało", to nie ulega wątpliwości, że odsłaniane publicznie kobiece piersi i pośladki były lepszym symbolem pożegnania stalinowskiej przeszłości niż deklaracje polityków czy uruchomienie linii produkcyjnej PCV.

Na miss albo na eksport

Łatwiej dostępnym substytutem dla tego typu przeżyć doświadczanych, jak wspomniano, przez nielicznych i najprawdopodobniej wyłącznie w stolicy, były konkursy piękności, których fala zaczęła zalewać Polskę od jesieni 1956 r., docierając w roku następnym do szczebla powiatu i osiągając kulminację w postaci wyborów Miss Polonia.

Wytłumaczenie tego zjawiska nie jest bynajmniej proste i jednoznaczne. Wybory "najpiękniejszych", zwłaszcza na poziomie kraju, nie były bowiem powszechnym i ugruntowanym elementem pamięci zbiorowej Polaków. Ostatnie odbyły się w 1930 r. we Lwowie, następne zorganizowano w 1932 r. w Paryżu, później zaś sporadycznie czyniła to Polonia francuska na podstawie przysyłanych z Polski zdjęć. Bezpośrednio po wojnie, mimo względnego liberalizmu w kulturze, także popularnej (wciąż zresztą w dużej mierze prywatnej), nie było specjalnego nastroju do organizowania takich imprez, stalinizm zaś w ogóle je wykluczył jako skrajny przykład burżuazyjnej kultury masowej, do tego uwłaczający godności kobiety.

Maria Żabkiewiczówna, Miss Polonia 1934. Fotografia sytuacyjna (fot. Bilażewski-Bil Mieczysław / nac.gov.pl)

Poluzowanie od 1955 r. więzów "socjalistycznej moralności" i jednoczesne uchylanie granicznych furtek, również tych medialnych, przyczyniło się do renesansu i tego zaułka popkultury. (...) Brak jakiejkolwiek opinii negatywnej ze strony organów odpowiedzialnych za kulturę - również tę masową - pozwala przypuszczać, że konkursy piękności traktowano jako rozrywkę stosunkowo bezpiecznie kanalizującą społeczne nastroje i jednocześnie realizującą najbardziej skryte (i skrywane) potrzeby. Nie bez znaczenia była zapewne zarówno nikła szansa na akceptację ze strony Kościoła, jak i fakt swoistego integrowania i animowania lokalnych społeczności. Wybory były organizowane również na głębokich peryferiach, wśród inicjatorów znajdowały się zazwyczaj lokalne dzienniki, a na widowni nie brakowało przedstawicieli miejscowych elit, w tym politycznych. (...) Finalistki konkursów piękności miały z pewnością większe szanse może nie tyle na karierę, ile na wyższy standard życia za granicą, nie były jednak w swoich planach odosobnione. Podobne marzenia miało niemało Polek widzących małżeństwo z cudzoziemcem jako możliwość wyjazdu za granicę. Od przełomu lat 1956 i 1957 szanse rosły, nie tylko z racji szerzej otwartych granic, lecz także powrotu zlikwidowanych pod koniec lat 40. biur matrymonialnych. Nadużyciem byłoby oczywiście stwierdzenie, że powodem ich renesansu był eksport polskich żon. Takie biura były nie tylko rozwiązaniem, nieraz jedynym, dla nieśmiałych, wycofanych czy zagubionych osób, ale również remedium na obyczajowe konwenanse i stereotypy, których stalinizm nie tylko nie wyplenił, ale nieraz jeszcze je wzmocnił. Dotyczyło to w większym stopniu kobiet, a samotna dziewczyna w kawiarni, na zabawie czy w kinie nadal była postrzegana zgodnie z obowiązującym drobnomieszczańskim podziałem wyłącznie na "porządne" i "dziwki".

Choć brzmi to paradoksalnie, nowe czasy wywracające dotychczasową strukturę społeczną i obowiązujące zasady etyczne, przy jednocześnie niskim standardzie życia, bynajmniej nie ułatwiały znalezienia partnera/-ki. - W rezultacie - komentowała dziennikarka "Sztandaru Młodych" - jest tylu ludzi samotnych, jakoś rozpaczliwie pogubionych i ogłupiałych, którzy nie umiejąc się w tym wszystkim znaleźć, odnajdują prawdziwego przyjaciela w poczciwym potworze pt. biuro matrymonialne.

Tańcząca młodzież - około 1955 - 1960 r. (fot. Zbyszko Siemaszko / nac.gov.pl)

"Mam osiemnaście lat. Ma Pan samochód?"

Już doniesienia o pierwszym tygodniu funkcjonowania pionierskiego warszawskiego biura pokazało, kto ma największe problemy: pracownicy fizyczni stanowili ok. czwartej części klientów, a "wszyscy inni to ludzie na stanowiskach i najczęściej ze skończonymi wyższymi studiami". Nic też dziwnego, że powstające od początku 1957 r. prywatne biura matrymonialne, przynajmniej te warszawskie - "Małżeństwo", "Warszawianka" i "Syrenka" - stawiały na nowoczesność, nagrywając rozmowy z interesantami "na taśmie magnetofonowej, aby kandydaci do stanu małżeńskiego mogli się zapoznać z brzmieniem głosu przyszłej żony lub męża", i oferowały wkrótce cały pakiet usług - od skojarzenia pary, przez załatwienie formalności w urzędach stanu cywilnego (o ślubach kościelnych nie wspomniano), po wypożyczenie sukien i garniturów, organizację przyjęcia, samochodu, obsługi fotograficznej i w końcu podróży poślubnej. (...)

W połowie 1957 r. polskie biura matrymonialne nawiązały kontakt ze swoimi odpowiednikami w krajach o dużych grupach polonijnych: w Australii, Kanadzie, Wielkiej Brytanii oraz we Francji. Zainteresowanie było po obu stronach, np. w Poznaniu na anons o 30 zagranicznych kandydatach na mężów zgłosiło się kilka razy więcej kandydatek, odmienne jednak były oczekiwania. Nie powinno również dziwić, że najbardziej egzotyczna propozycja - z Australii, dokąd powędrowało kilkaset ofert - odbiła się największym medialnym echem. Odpowiedzi były jednak rozczarowujące, okazało się bowiem, że "szanse na zamążpójście mają przede wszystkim kobiety skromne, bez większych wymagań, posiadające zawód przydatny w każdym kraju, jak np. krawcowe. [...] Poza tym poszukiwane są żony dla farmerów, a więc kobiety, które potrafią poprowadzić gospodarstwo domowe. (...)

Jerzy Kochanowski i jego książka (fot. materiały prasowe)

W wielkich miastach, gdzie cudzoziemcy stanowili byt nie tylko wirtualny, ale często jak najbardziej realny, młode kobiety próbowały innej, bardziej bezpośredniej strategii. - Dzwoni telefon w hotelu - relacjonował niemiecki dziennikarz - i jasny panieński głosik odzywa się po francusku: "Mam osiemnaście lat. Ma Pan samochód? Jest Pan z Zachodu?". Nasuwające się automatycznie podejrzenia co do młodej damy okazują się nie do końca trafne. Naciskana, przyznała się w końcu: "Chciałabym zrobić karierę. Na Zachodzie". Jej przyjaciółki też czasami próbują i licząc na łut szczęścia, podają hotelowej centrali jakikolwiek numer pokoju. Może odezwie się jakiś książę z krainy pieczonych gołąbków. Im młodsze warszawianki, tym mniej chcą wierzyć, że także u nas na Zachodzie nie ma specjalnych cudów. Trudno powiedzieć, jak skuteczna była to strategia. Jednak nie to jest najważniejsze, ilu Polkom udało się rzeczywiście wyjechać lub/i zrobić karierę. Istotny jest fakt coraz wyraźniejszej zmiany stosunku kobiet do rzeczywistości, pokazywania i podkreślania wspomnianego na wstępie własnego "ja", coraz częściej zastępującego dotychczasowe "my". Nie ulega wątpliwości, że dzięki odwilży było znacznie więcej dziedzin, w których chciały rzeczywiście decydować o swoim losie.

*Fragment książki "Rewolucja międzypaździernikowa. Polska 1956-1957" Jerzego Kochanowskiego **Śródtytuły pochodzą od redakcji

Jerzy Kochanowski. Ur. w 1960 r., profesor, specjalizuje się historii najnowszej Polski, autor książek, m.in. "Proces szesnastu", "Zapomniany prezydent. Życie i działalność Ignacego Boernera 1875-1933", "W polskiej niewoli. Niemieccy jeńcy wojenni w Polsce 1945-1950", "Tylnymi drzwiami: "Czarny rynek" w Polsce 1944-1989". Jego zainteresowania pozanaukowe to podróże i design przełomu lat 50. i 60.