Wywiad ukazał się w czerwcu 2017 r.
Śledczy, którzy przesłuchiwali Agcę, mówili o jego "ponadprzeciętnej inteligencji, przebiegłości i wyrachowaniu". Pamiętałem go z archiwalnych nagrań, gdy krzyczał w trakcie rozprawy, że jest Jezusem Chrystusem. [...] Teraz siedziałem naprzeciwko niego. Zawodowy zabójca. Zastrzelił redaktora naczelnego lewicowej gazety "Milliyet", próbował zabić Jana Pawła II. Nigdy wcześniej nie rozmawiał z polskim dziennikarzem. [...]
Przedstawił przez wszystkie lata od zamachu kilkadziesiąt wersji wydarzeń. Oskarżył Bułgarię, Rosję, Iran, Watykan i samego siebie. Nikt nie traktował go już poważnie. Nie liczyłem, że zdradzi mi nazwiska zleceniodawców zamachu na papieża. Chciałem, żeby zmierzył się pierwszy raz z pytaniami dotyczącymi jego samego i Polski. [...] Rozmawialiśmy prawie trzy godziny, podczas których zobaczyłem kilka twarzy Alego Agcy. [...]
08.07.2016, Stambuł, Turcja
[...] Gdzie pan celował?
- Tutaj.
Serce?
- Tak. Pociągnąłem za spust. Raz, drugi i. Za trzecim już się nie udało. Browning, który miał być niezawodny, przestał działać. Zaciął się. Spanikowałem. Skierowałem lufę w swoją stronę. Nic!
Samobójstwo?
- Taki był plan. 13 maja 1981 roku miał być moim ostatnim dniem na ziemi i pierwszym w raju.
Padły dwa strzały, a ranione zostały trzy osoby. Jedna kula utkwiła papieżowi w brzuchu. Druga drasnęła jego łokieć i ugodziła dwie turystki ze Stanów Zjednoczonych. Ilario Martella, śledczy, który przesłuchiwał pana kilkadziesiąt razy, przeprowadził analizę lotu kuli. Niemożliwe, żeby jeden strzał ranił trzy osoby, które stały w trzech różnych miejscach.
- Tak właśnie było.
Świadkowie mówią o czterech strzałach.
- Padły dwa.
Kto był z panem na placu Świętego Piotra?
- Nikt! [...]
Pamięta pan ten dzień?
- Obudziłem się o drugiej. Nie mogłem spać. Leżałem w łóżku do piątej nad ranem ze wzrokiem wbitym w sufit. Poranna gimnastyka i szybki prysznic. Założyłem szarą kurtkę, białą koszulę i ciemne buty. Wyszedłem o ósmej. "Miłego dnia" - rzuciła w moją stronę recepcjonistka. Spacerowałem po mieście. Byłem w Koloseum, widziałem Campo de' Fiori, odpoczywałem na Piazza Venezia. Zachowywałem się jak turysta. Wysłałem kilka pocztówek do przypadkowych osób w Wielkiej Brytanii: "Pozdrowienia z Watykanu. Dzisiaj papież pójdzie do piekła". [...]
Jan Paweł II cztery dni po zamachu nazwał pana bratem, modlił się za pana i "szczerze przebaczył". Pan w swoich wspomnieniach napisał, że nigdy nie zdobyłby się na taki gest.
- Tak, ponieważ papież i ja to dwie różne osoby. Nie wykluczam jednak, że mógłbym komuś przebaczyć. Nie można głosić ewangelii i nienawidzić. Świat da się zmieniać jedynie, czyniąc dobro.
Żałuje pan, że strzelał do papieża?
- To pytanie jest bez sensu. Nie można żałować czegoś, co było planem boskim, co i tak musiało się wydarzyć. Gdyby Jan Paweł II ruszył na Marsa, założyłbym skafander kosmonauty i poleciał za nim. Nie strzelałem do Karola Wojtyły, obywatela Polski. Nie! To nie ma nic wspólnego z Polską. Raniłem papieża, który jest moralnie odpowiedzialny za dwa tysiące lat rządów Kościoła katolickiego na ziemi. Watykan dopuszczał się nieprawdopodobnych zbrodni, morderstw. Był źródłem grzechu.
Jan Paweł II odwiedził pana w więzieniu.
Tak, 27 grudnia 1983 roku. Telewizja RAI mówiła o tym spotkaniu, zanim ktokolwiek mnie o nim poinformował. Papież miał pojechać do więzienia Rebibbia i "najprawdopodobniej" (użyli tego słowa) spotkać się ze mną. Powiedziałem Martelli, który mnie przesłuchiwał, że to dobry pomysł. Podpisałem oświadczenie, w którym zgodziłem się na rozmowę z papieżem. Nie mogłem i nie chciałem odmówić. Już wtedy czułem, że jestem częścią tajemniczego planu boskiego.
Drzwi zaskrzypiały i zobaczyłem w nich białą postać. Papież miał pogodny wyraz twarzy. Zerwałem się. Pocałowałem jego rękę. Za nim kłębili się dziennikarze i fotoreporterzy. Usiedliśmy na skromnych stołkach w głębi celi. Rozmawialiśmy dwadzieścia dwie minuty, które przeszły do historii. Nasze spotkanie zostało porównane do dziesięciu najważniejszych spotkań w dziejach ludzkości: między innymi do spotkania Winstona Churchilla, Franklina D. Roosevelta i Józefa Stalina w Jałcie, w której ważyły się powojenne losy świata.
O czym rozmawialiście?
Pytałem o trzecią tajemnicę fatimską. Chciałem poznać jej treść. Nie rozumiałem, dlaczego papież jej nie upublicznił. Zwlekał z tym do 2000 roku.
Napisał pan w książce "Obiecali mi raj", którą trzymam teraz w ręku, że zdradził pan papieżowi nazwisko zleceniodawcy zamachu: ajatollaha Ruhollaha Chomeiniego, irańskiego przywódcy w latach 1979-1989.
- Ta książka nie ma żadnej wartości. Wyrzućmy ją na margines historii. Nic takiego papieżowi nie powiedziałem.
Kłamie pan teraz czy w książce?
- Oskarżyłem Chomeiniego, bo to kryminalista, który ma na sumieniu setki tysięcy niewinnych ludzi.
Prosił pan papieża o przebaczenie?
Nie, ale powiedziałem, że jest mi przykro. Nie chciałem, żeby cierpiał. Jan Paweł II wzruszył ramionami: "Moje cierpienie nie ma żadnego znaczenia". Zostaliśmy przyjaciółmi, a nawet braćmi. Objął mnie. Pobłogosławił. Nalegał, żebym nawrócił się na katolicyzm, ale odmówiłem.
Nalegał?
- Tak, to normalne. Papież jest misjonarzem. Gdybym się zgodził, byłbym dzisiaj kardynałem papabile, czyli tym, który może wziąć udział w konklawe, a w efekcie zostać następcą świętego Piotra. To na pewno! Bóg miał wobec mnie jednak inne plany.
Papież przyjął pana matkę, Müzeyyen Agcę, na prywatnej audiencji 20 lutego 1987 roku.
Przyjechała z moim młodszym bratem, Adnanem. W sumie byli cztery razy w Rzymie. Nie, Adnan o jeden raz więcej! Przy każdej okazji spotykali się z Janem Pawłem II. To były mistyczne chwile. Moja matka płakała. Papież ją przytulał i pocieszał: "Jesteście dla mnie jak rodzina". Później widzieliśmy się we trójkę w więzieniu. Odwiedzali mnie. Dużo rozmawialiśmy.
Musieli być panem rozczarowani.
- Nawet gdyby byli, nie przyznałbym się do tego.
Gdzie pan się wychował?
- Mieszkaliśmy w małej, zapomnianej wiosce Yesiltepe, niedaleko miasta Malatya w południowo-wschodniej Turcji. Nasz dom to kamienna konstrukcja, wzmacniana błotem i zaprawą, bez podłogi, kanalizacji, bieżącej wody i elektryczności. Rodzice byli analfabetami. Nie mieli pieniędzy. Odziedziczyli biedę po swoich rodzicach, a ja miałem ją odziedziczyć po moich. Przeprowadziliśmy się do Hekimhan. Poszedłem do szkoły. Ponad czterdzieści osób w klasie. Uczyliśmy się o "wielkiej Turcji". Ojciec dostał pracę w kopalni. Znowu musieliśmy zmienić miejsce zamieszkania, ale tym razem nasze życie miało być prostsze. Pojawiły się pieniądze i szczęście. Do czasu. W kopalni doszło do wypadku. Ojca przewieźli do szpitala w Zonguldak. Zanim zdążyliśmy go odwiedzić, już go tam nie było. Zmarł.
Ile miał pan lat?
- Dziewięć.
Tragedia.
- Nie, to normalne. Na przykład w Pakistanie dzieci wychowują się bez ojców, szybko dorastają, od razu idą do pracy. Mają po sześć, siedem lat i już zarabiają na utrzymanie rodziny. To nie jest Szwecja czy Finlandia, gdzie państwo zapewnia dach nad głową i jeszcze dorzuca pieniądze na jedzenie i edukację. Sprzedawałem wodę na dworcu kolejowym w Malatya. Szklanka za 10 centów. Miałem tylko jedną, ale podróżni z Iraku, Iranu czy Syrii nie brzydzili się pić po sobie. Jak ktoś ma pragnienie, chce je po prostu ugasić. Kiedy skończyłem piętnaście lat, zatrudniłem się jako robotnik. Potrzebowałem więcej pieniędzy. Nosiłem na plecach worki z cementem po 50-60 kilogramów. Nigdy nie marudziłem. Gdybym urodził się w zamożnej rodzinie, poszedłbym do normalnej szkoły, później na studia, wziął ślub, wychowywał dzieci, a dzisiaj pewnie byłbym dziadkiem. Moje życie przypominałoby każde inne: anonimowe i bezbarwne. Ja za to mogłem doświadczyć głodu i cierpienia. Tak jak Jezus Chrystus żyłem wśród biednych i nieszczęśliwych, i tak jak on byłem jednym z nich.
I dlatego został pan terrorystą?
- Trafiłem do Szarych Wilków jeszcze przed studiami, kiedy mieszkałem w Malatyi. Zostałem wtajemniczony przez kolegów. Uwierzyli we mnie, otoczyli opieką i dali poczucie godności. Mieliśmy walczyć o wielką Turcję, przeciw komunizmowi, chrześcijaństwu i zachodniej zgniliźnie, która rozprzestrzeniała się na świat. Stworzono mnie do wielkich celów, a nie do podłej pracy w kopalni, w której zginął mój ojciec. [...]
Oskarżył pan bułgarskich dyplomatów o współudział w zorganizowaniu zamachu.
Mówiłem to, co chcieli usłyszeć śledczy. William Casey, szef CIA, i Ronald Reagan, prezydent Stanów Zjednoczonych, próbowali zrzucić winę na Związek Radziecki. Bułgaria znajdowała się w orbicie wpływów Kremla. Trwał wyścig zbrojeń. Byliśmy w środku zimnej wojny. Zachodnie służby próbowały wciągnąć mnie do swojej gry.
Proces stulecia, jak nazwał go "The New York Times", zakończył się porażką, bo odwołał pan swoje zeznania. Nikomu, poza panem, nie udało się udowodnić winy.
- Napisałem list do prokuratora Martelli w 1997 roku, a w nim zdradziłem powody, dla których wszystkiemu zaprzeczyłem. 10 października 1983 roku przesłuchiwali mnie w zakładzie karnym bułgarscy śledczy: Jordan Ormankow i Stefan Markow Petkow. Martella zaproponował im kawę. Ormankow przyjął zaproszenie. Petkow odmówił i został ze mną w celi. Znał turecki. Idealny moment, żeby mi grozić, prawda? Stworzyłem historyjkę, w którą chcieli wierzyć włoscy śledczy. Uwierzyłem, że dzięki temu odzyskam wolność. Liczyłem na akt łaski prezydenta Włoch. [...]
Jest pan nazwany człowiekiem stu prawd.
- A jak są nazywani ci, którzy chcieli, żebym kłamał? [...]
Dla wielu Polaków jest pan zbrodniarzem.
- To nie moja wina, a Polaków. Jan Paweł II przyszedł do mnie, objął i nazwał bratem. Przebaczył, chociaż nie prosiłem o łaskę. Nigdy wcześniej nie rozmawiałem z dziennikarzem z Polski. Jest pan pierwszy, dlatego proszę przekazać swoim rodakom, żeby zrozumieli i zaakceptowali wolę Boga, jego tajemniczy plan, który doprowadził mnie przed oblicze papieża.
Ma pan okazję, żeby przeprosić Polaków.
- Nie ma takiej potrzeby. Nie muszę przepraszać ani prosić o wybaczenie. Jan Paweł II nie zginął. Cierpiał, ale żył dalej przez dwadzieścia cztery lata. Tak zdecydował Bóg, to była jego wola i plan, który został zrealizowany. Narodziłem się na nowo 13 maja 1981 roku na placu Świętego Piotra. To był rok zerowy. Zostałem wysłany na ziemię przez Stwórcę, żeby powiedzieć o zbliżającym się końcu świata. 31 grudnia 2099 roku będzie ostatnim dniem ludzi na tej planecie. [...]
Czym pan się zajmuje?
- Nie pracuję. Co miałbym robić? Trochę piszę. Myślę o nowej książce o roli Stwórcy we wszechświecie, o zbliżającym się końcu świata i czekającej nas zagładzie. Zrzeknę się praw autorskich, żeby każdy mógł ją opublikować.
Z czego pan żyje?
- Wydaję 1000 euro miesięcznie. To nie jest dużo. Pieniądze dostaję od mieszkańca jednego z europejskich krajów, który wierzy w to, co robię.
Jest pan szczęśliwy?
- Od sześciu lat przebywam na wolności, ale czuję się, jakbym żył na pustyni. Tutaj nikogo nie obchodzi moje przesłanie. Ludzie nie rozumieją, że za chwilę będziemy świadkami końca świata. Kiedy do więzienia trafia znany piosenkarz lub mafioso, wszyscy interesują się jego losem. Odwiedzają go, przysyłają listy i prezenty. Przez trzydzieści lat, które spędziłem za kratami, zainteresował się mną tylko jeden człowiek.
Jan Paweł II ?
- Tak, okazał mi miłosierdzie. Nie mam wielu przyjaciół. Kilku znajomych, których poznałem w ostatnich latach i może jeszcze kogoś z czasów szkolnych. [...]
A rodzina?
- Matka zmarła w ubiegłym roku.
Przykro.
- Mnie nie. Zdrowie dopisuje. Jestem sprawny fizycznie, nie mam problemów psychicznych. Wierzę w Boga wiarą nieskończoną i głęboką. Stwórca zapewni mi nieśmiertelność. [...]
Pana imienia nikt nie zapomni. Mehmet Ali Agca, człowiek, który próbował zabić papieża.
- Banalne i prymitywne. Za kilkadziesiąt lat wszystko się skończy, zgaśnie światło. Nikt nie będzie pamiętał o Bułgarach, Martelli i Orlandi. Napiszemy historię na nowo, ale tam. W raju.
Rozmowa z zamachowcem to pierwszy rozdział książki Jacka Tacika. W kolejnych rozdziałach dziennikarz rozmawia ze świadkami zamachu oraz z kluczowymi osobami obecnymi przy tym wydarzeniu lub mającymi z nim związek, m.in. z agentami PRL-owskiego wywiadu w Watykanie. Książkę "Zamach. Jan Paweł II - 13 maja 1981. Spisek. Śledztwo. Spowiedź" , która ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego możesz kupić w Publio.pl >>>
Jacek Tacik. Dziennikarz, z wykształcenia amerykanista. Pracował we wrocławskim oddziale "Gazety Wyborczej", a później w Polsat News, TVP Info, "Wiadomościach" TVP1, a obecnie w TVN24. Publikował m.in. w "Tygodniku Powszechnym" i "Press". Relacjonował konflikt izraelsko-palestyński, referendum niepodległościowe w Szkocji, abdykację Benedykta XVI, konklawe i wybór papieża Franciszka oraz beatyfikację i kanonizację Jana Pawła II. Wywiadów udzielili mu m.in. Szimon Peres, były prezydent Izraela, Giorgio Napolitano, prezydent Włoch i Pietro Parolin, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej.