24 lipca 1587 roku wydano dekret, który nakazywał wydalenie misjonarzy z Japonii. Dwadzieścia dni na opuszczenie kraju! To był prawdziwy grom z jasnego nieba, równie nieoczekiwany, co druzgocący. Chrześcijanie cieszyli się dotąd przychylnością władcy; nagle ich religia została uznana za złą. Dekret został sformułowany tak, by podkreślić, że chodzi konkretnie o bateren [misjonarzy - przyp. red.], a nie o wszystkich Europejczyków, i by w żaden sposób nie zaszkodzić handlowi, co widać wyraźnie w ustępach przytoczonych poniżej*.
1. Japonia jest krajem kami (kami no kuni ). Należy odrzucić propagowanie szkodliwych nauk z krajów kirishitan [termin używany w odniesieniu do katolików w Japonii w XVI i XVII wieku - przyp. red.]. 2. Nie do przyjęcia jest nachodzenie ludzi w naszych prowincjach i namawianie ich do niszczenia sanktuariów shint? i buddyjskich świątyń. (...) 3. Władze centralne uważają, że ponieważ bateren potrafią kierować parafianami według własnej woli, przy pomocy swej przebiegłej doktryny, doprowadzili do pogwałcenia prawa w Kraju Słońca [Japonii]. Jako że taka praktyka jest nie do przyjęcia, bateren nie będą mogli pozostać na japońskiej ziemi i w ciągu dwudziestu dni muszą przygotować się do powrotu do swojego kraju. (...) 4. Celem Czarnych Statków jest handel, a to całkiem inny rodzaj działalności. Handel wszelkiego rodzaju może być nadal prowadzony. 5. Od tej pory wszyscy, którzy nie szkodzą buddyzmowi, mogą swobodnie podróżować do kraju kirishitan (czyli Portugalii) i z powrotem. Oczywiście dotyczy to kupców, ale i innych. (...)
Dekret z Hakaty był dla japońskich chrześcijan niemiłym zaskoczeniem, ale prawdziwy szok przeżyli dziesięć lat później, gdy w Nagasaki ukrzyżowano dwudziestu sześciu ich współwyznawców. Miało to być dla wszystkich ostrzeżeniem, że religia przekroczyła dopuszczalne granice. Nikt już nie kwestionował powagi sytuacji, tym bardziej że egzekucja w Nagasaki zyskała wymiar polityczny i międzynarodowy - prócz dwudziestu Japończyków ukrzyżowano czterech Hiszpanów, jednego Meksykanina i jednego portugalskiego Hindusa z Goa. (...)
Miasto Boga**
Opowieść zaczyna się od przybycia franciszkanów, zakonu żebraczego, który szczególnie pielęgnuje cnotę ubóstwa, na wzór świętego Franciszka z Asyżu. Założony w XIV wieku zakon uchodził za wierny swym zasadom nawet w czasie, gdy w Kościele katolickim szerzyło się zepsucie. Franciszkanie podróżowali na zachód, towarzysząc Hiszpanom, gdy ci przeprawili się przez Atlantyk, przeszli Meksyk i dotarli do Filipin, skąd zerkali łakomym okiem na Japonię.
Podział świata na część hiszpańską i portugalską został usankcjonowany dekretem papieskim z 1585 roku, który potwierdzał również monopol jezuitów w Japonii. Raporty docierające do Manili sugerowały, że jezuiccy misjonarze narobili sobie kłopotów, angażując się w sprawy wojskowe i handel, uważane przez skromnych franciszkanów za wyklęte.
W 1593 roku hiszpański gubernator Filipin wysłał delegację pod przewodnictwem franciszkanina Pedra Bautisty, by negocjować relacje z Japonią. Bautiście towarzyszyło trzech współbraci z jego zakonu, a podczas negocjacji mnisi poprosili Hideyoshiego o pozwolenie na budowę klasztoru. Japońskiemu przywódcy zależało na kontaktach handlowych z Manilą, okazał więc swą życzliwość, oddając mnichom tereny w Kioto, gdzie ci wznieśli klasztor. W małym muzeum, które stoi obecnie na jego miejscu, znajduje się rysunek przedstawiający otoczoną murem posiadłość, szkołę, część mieszkalną i dwa małe szpitale (jeden dla trędowatych). (...)
W odróżnieniu od jezuitów, którzy po dekrecie z Hakaty starali się zachowywać dyskretnie, franciszkanie otwarcie nawracali Japończyków, a ich działalność charytatywna wkrótce zaczęła przyciągać wiernych. Skupisko chrześcijan, które utworzyło się wokół kompleksu klasztornego, nazywano "Diosmachi", czyli "Miastem Boga". (...)
26 męczenników
Sprawy przybrały dramatyczny obrót w 1596 roku, kiedy hiszpański galeon San Felipe płynący z Manili do Meksyku trafił na potężny sztorm, zboczył z kursu i rozbił się u wybrzeży Sikoku. Cenny ładunek jedwabiu i brokatu wypadł do zatoki Uragu, gdzie tkaniny rozłożyły się na wodzie jak namoczony dywan. Na pokładzie znajdowały się duże ilości złota, które zostały skonfiskowane przez miejscowe władze, załogę zaś aresztowano. Rozgniewany takim traktowaniem pilot powiedział swoim oprawcom, by lepiej uważali, bo Hiszpanie skolonizują ich kraj tak, jak zrobili to w Ameryce Południowej. "Misjonarze przybywają jako przednia straż króla Hiszpanii" - ostrzegał ich. Ponieważ na jego statku płynęli zarówno wojskowi, jak i misjonarze, groźby wydawały się całkiem wiarygodne.
Kiedy dowiedział się o tym Hideyoshi, wpadł we wściekłość i nie tylko odnowił dekret z Hakaty, ale kazał też zebrać najaktywniejszych chrześcijan z Kansai. Sporządzono listę liczącą około czterech tysięcy osób. Usunięto z niej jezuitów, by nie zakłócać handlu z Portugalczykami, ale wzięto na cel franciszkanów. Potem listę uszczuplono o tych, za którymi wstawili się wysoko postawieni Japończycy. Ostatecznie w Osace i Kioto aresztowano dwadzieścia cztery osoby. (...)
W tym czasie Hideyoshi, który wchodził już w podeszły wiek, stawał się coraz bardziej nieobliczalny. Już wcześniej okazywał zaskakującą bezwzględność i okrucieństwo: w 1591 roku zmusił swojego mistrza parzenia herbaty Senno Riky? do popełnienia samobójstwa, a w roku 1595 zwrócił się przeciwko swojemu siostrzeńcowi i następcy, Hidetsugu, zabijając go wraz z całą rodziną. Teraz postanowił, że aresztowanych chrześcijan również należy zabić, a uzasadnienie tego wyroku wypisano na tablicy, którą miano obnosić przed miejscem egzekucji:
Ci ludzie przypłynęli z Filipin jako ambasadorowie, ale pozostali na Kioto i nauczali religii chrześcijańskiej, czego stanowczo zabroniłem w minionych latach. Dlatego też rozkazuję, by ich stracono wraz z Japończykami, którzy do nich dołączyli. Tych dwudziestu czterech zostanie ukrzyżowanych w Nagasaki. Niech wszyscy wiedzą, że ponownie zakazuję tej religii. Jeśli ktokolwiek ośmieli się sprzeciwić temu rozkazowi, zostanie ukarany wraz z rodziną. (...)
Ukrzyżowanie
W Muzeum Męczenników w Nagasaki znajduje się wielki fresk zawierający w sumie trzysta pięćdziesiąt siedem ludzkich postaci, który opowiada historię ukrzyżowań przy pomocy serii obrazów. Zaczyna się od aresztowań, po których każdemu z więźniów obcięto prawe ucho, a mężczyzn obwożono po Kioto na wozach (okaleczenie było powszechnie stosowaną formą publicznego upokorzenia). Więźniów pokazywano również w Osace i Sakai, bo w obu tych miastach istniały aktywne grupy chrześcijan. Następnie aresztowani musieli przejść na piechotę z rękami związanymi na plecach do odległego o ponad siedemset kilometrów Nagasaki (...), zatrzymując się na granicy każdej prowincji, gdzie zmieniano setki pilnujących ich żołnierzy. Trasa marszu wiodła również przez Hakatę, gdzie jak na ironię działała niewielka, ale prężna społeczność chrześcijańska.
Po drodze do Kiusiu aresztowano dwóch ochotników, którzy pomimo ostrzeżeń strażników towarzyszyli skazanym i próbowali im pomagać. Jeden z nich miał zaledwie dwanaście lat. Liczba więźniów wzrosła więc do dwudziestu sześciu. (...)
Nagasaki wybrano na miejsce egzekucji nieprzypadkowo; chodziło o to, by uderzyć w serce japońskiego chrześcijaństwa. Miasto wciąż było jezuicką twierdzą, w której działało jedenaście kościołów. Dlaczego jednak zdecydowano się na ukrzyżowanie; czy miał to być przejaw czarnego humoru podkreślający, że czciciele krzyża powinni zginąć na krzyżu?
Właściwie w Japonii od dawna był to często stosowany sposób egzekucji - obok ścinania głowy, palenia na stosie i gotowania żywcem. "U nas nie stosuje się krzyżowania: w Japonii jest to powszechne" - zanotował Luis Fróis w Tratado. Japończycy wykonywali tę karę inaczej niż Rzymianie, a wielki drewniany krzyż wystawiony w Muzeum Męczenników pokazuje tę różnicę.
Oprócz dwóch pionowych belek, jednej na ręce i jednej na stopy, stosowano też wystający z pionowej belki klocek, który podtrzymywał tułów. Przeguby i kostki zamykano w metalowych obręczach, a dodatkowo obwiązywano skazańca sznurem w pasie.
Przebieg egzekucji możemy poznać dzięki makabrycznemu opisowi, który pozostawił naoczny świadek tych wydarzeń, Francesco Carletti:
Krzyż kładzie się na ziemi i mocuje do niego ciało nieszczęśnika. Potem szybko podnosi się krzyż, wkłada dolną część do wykopanego wcześniej dołu i mocuje tak, by stał nieruchomo. Następnie sędzia, który wydał wyrok i który musi być obecny przy egzekucji, rozkazuje katowi, ten zaś przebija ciało skazańca włócznią. Wbija ją w prawy bok od dołu tak, że ostrze przechodzi przez serce i wychodzi nad prawym ramieniem. Nierzadko wyrok wykonuje dwóch katów jednocześnie, jeden przebija skazańca od lewej strony, a drugi od prawej, tak że włócznie krzyżują się ze sobą i pokazują nad ramionami. Śmierć następuje wtedy bardzo szybko. Jeśli - jak czasami się zdarza - nieszczęśnik nie umrze pomimo tych dwóch włóczni, kat przebija mu gardło lub serce, kładąc kres jego życiu. (...)
Ukrzyżowanie dwudziestu sześciu chrześcijan przyniosło skutek odwrotny do tego, na jaki liczyły władze. Nie odstraszyło potencjalnych konwertytów, a dzięki męstwu skazańców po kraju rozeszła się wieść, że to wiara warta śmierci.