Dlaczego jest tak niewiele pilotek? Zgodnie z raportem Międzynarodowego Stowarzyszenia Kobiet Pilotek (International Society of Women Airline Pilots), do którego w zeszłym roku odwoływano się na łamach brytyjskiego "The Telegraph", pilotek jest zaledwie cztery tysiące na około sto trzydzieści tysięcy wydanych na świecie licencji. To daje nam trzy procent.
- W tej branży niezmiennie panuje spory seksizm. Wszędzie mówi się dziś o płciowej równości, ale w wielu społeczeństwach nadal pokutuje przekonanie, że mężczyzna może pracować poza domem tyle, ile musi, a kobieta większość swojego czasu powinna poświęcić życiu rodzinnemu. W życiu pilotek te proporcje są zaburzone. W teorii kobiety mogą dziś wykonywać każdą pracę, ale jak dobrze wiemy, teorie równościowe od lat nie przekładają się na praktykę życia codziennego.
Związek Radziecki swojego czasu słynął z proklamowania idei równości.
- Komunistyczna ideologia panująca w ZSRR promowała emancypację. Zresztą już bolszewicy wprowadzili nowe prawa mówiące o integracji kobiet i stawianiu ich na równi z mężczyznami w świetle prawa, polityki i ekonomii. To był wielki przewrót i równie duży społeczny eksperyment. Nie bez znaczenia był tu fakt, że w czasie II wojny światowej, która z perspektywy Rosjan rozpoczęła się dopiero w 1941 roku, Matka Rosja potrzebowała rąk do pracy. Czy były to damskie, czy męskie ręce - nikomu nie robiło to wtedy różnicy.
Wiele kobiet, które na początku lat 40. wstąpiły do pułków lotniczych, wcześniej pracowało przy budowie moskiewskiego metra. Czy mężczyźni traktowali je jak równe sobie? Zazwyczaj nie. W armii spodziewano się zresztą, że kobiety będą "jak mężczyźni". Warkocze szły pod nożyczki. Dziewczynom kazano włożyć męskie mundury. Dano im nawet buty o kilka numerów za duże. Bo innych nie było. Nikt tak naprawdę nie był gotowy na ich przyjęcie.
Pierwszą na świecie jednostkę bojową złożoną wyłącznie z kobiet założyła Marina Raskowa. To ona mówiła swoim pilotkom, że mogą wszystko. A one bezgranicznie jej wierzyły. Kim była?
- Była wzorem do naśladowania - nawet dla tych pilotek, które osobiście jej nie poznały i mimo że sama nie była pilotką, ale nawigatorką. Mówiono, że Raskowa imponowała samemu Stalinowi i dzięki temu albo Marinie albo jej udało się przeforsować pomysł stworzenia kobiecych pułków i szkoleń dla pilotek. Raskowa była w ich oczach wyjątkową, wszechstronnie utalentowaną i bardzo charyzmatyczną postacią. Zarażała dziewczyny swoim zapałem i chęcią działania.
Jako mała dziewczynka chciała być śpiewaczką operową, ale miała świetne oceny z wielu przedmiotów, a w industrializującym się kraju większą wagę niż muzyka miała chemia. Marina zaczęła więc pracować jako laborantka, wyszła za mąż za inżyniera i urodziła córkę. Rozwiodła się jednak niedługo potem i została kreślarką w Akademii Wojskowo-Powietrznej. Wtedy podjęła decyzję, że zostanie nawigatorką. I została - pierwszą kobietą nawigatorem ZSRR.
Mówiono, że Raskowa szpiegowała swoich pilotów.
- Wiele lat po jej śmierci na światło dzienne zaczęły wychodzić informacje o jej działalności politycznej i rzekomej współpracy z NKWD. Mówiono też, że Raskowa miała w sobie coś złowieszczego i ponurego, jakby rzeczywiście ciągle gryzło ją sumienie. Jeśli była oficerem NKWD, sumienie musiała mieć nieczyste. Podczas wojny mnóstwo nawigatorów i pilotów zostawało znienacka degradowanych. Większość trafiała do obozów koncentracyjnych. Pilotki, które latały samolotami z imieniem Raskowej na ustach, nic o tym jednak nie wiedziały.
Zresztą sądzę, że nie wystarczy zadać pytania, czy była członkiem tajnej policji, czy nie. Warto byłoby się raczej zastanowić, czy - jeśli tak było - donosiła, bo głęboko wierzyła w ideologię, czy robiła to dla zachowania przywilejów? Raskowa miała przecież świetne kontakty i tylko dzięki nim pomysł stworzenia kobiecego pułku, na którego czele zobowiązała się stanąć, nie spalił na panewce. Problem w tym, że dziś nie odpowiemy na to pytanie ze 100-procentową pewnością.
Prawdą jest jednak, że dziewczyny nie wiedziały, w co się pakują, ochotniczo zgłaszając się do wojska.
- W przeciwieństwie do żołnierzy piechoty, kobiety, które wstępowały do pułków lotniczych, miały bardzo idealistyczne i wręcz romantyczne wyobrażenie o wojnie. Zresztą historia pilotek pod wieloma względami jest dla mnie opowieścią romantyczną. O podniebnej przygodzie i ideałach, które dodawały kobietom skrzydeł.
Żenia Rudniewa pisała w swoim dzienniku, że po swoim pierwszym locie czuła się tak, jakby się dopiero urodziła. Nie obawiała się, że zginie. Przerażało ją tylko uczucie, że mogła przeżyć całe życie i ani razu nie wzbić się w powietrze. Nie powinniśmy zapominać, że te dziewczyny były bardzo młode, w większości miały po dwadzieścia kilka lat. A sprawnie działająca propaganda przekonywała wszystkich, że wojna potrwa maksymalnie dwa tygodnie i przyniesie ZSRR chwalebne zwycięstwo. Dziewczyny spieszyły na front, żeby zdążyć powalczyć!
I dopiero tam zobaczyły, jak naprawdę wygląda wojna?
- Tak, choć jeszcze inną sprawą jest fakt, że pilot, który zrzuca bomby, widzi tylko pożogę i zazwyczaj jest od niej tak oddalony, że wydaje się ona dosyć nierealna. Moja kolejna książka, "Anioły zemsty", to historia kobiet-snajperek. One przez lunety swoich karabinów widziały twarz każdej ze swoich ofiar.
Pilotki zaczęły mówić o śmierci dopiero, kiedy pierwsze z nich zginęły.
- Śmierć przestała być abstrakcją, kiedy cztery otwarte trumny, w których leżały ciała pilotek, ustawiono obok siebie w auli, w której dziewczyny lubiły tańczyć. Ich koleżanki rozbiły się podczas niegroźnego nocnego lotu treningowego. Dziewczyny bardzo przeżyły śmierć przyjaciółek. Za każdym kolejnym razem przeżywały informacje o rozbitym samolocie równie mocno. Te, które przeżyły wojnę, trawiło poczucie winy. Każda z pilotek, z którymi rozmawiałam, o tym mówiła. Te kobiety noszą je w sercu do dziś, ale przez to starają się żyć za dwoje - za siebie i przyjaciółki, które zginęły. Po tym pierwszym incydencie Gala Dokutowicz pisała w dzienniku, że stała się przez te śmierci starsza o całe życie. Wiele pilotek przestało wtedy wierzyć w swoje umiejętności i to, że poradzą sobie w prawdziwej walce. Zresztą długo wstrzymywano wysłanie ich na front.
W swojej książce piszesz, że Maksim Chwostnikow, dowódca jednego z pułków, martwił się, co będzie, jeśli samolot którejś z pilotek zostanie zestrzelony i Niemcy dowiedzą się, że w Radzieckich Siłach Powietrznych latają kobiety.
- To byłby przecież wstyd! Dziewczyny drażnił ten szowinizm i nadmierna troskliwość, nie godziły się na taryfy ulgowe. Mężczyźni z czasem zaczęli szanować te pilotki, które latały na tyle dobrze, żeby nie dać się zestrzelić. Ci, którzy nie szydzili z kobiet w mundurach, do końca wojny mieli tendencje do troszczenia się o nie; nie chcieli ich narażać na niebezpieczeństwo, chociaż te rwały się do sterów.
Piszesz też jednak, że wiele dziewczyn miało problemy z wojskowym drylem. "Uciekały z lotniska, by się ogrzać, spóźniały na zbiórkę, przynosiły do koszar kocięta i na całego flirtowały z męską częścią garnizonu".
- Kobiety nie były przyzwyczajone do typowego wojskowego reżimu, nie rozumiały zasad, jakimi rządzą się koszary, bo jeszcze chwilę temu nie miały z wojskiem nic wspólnego. Trudno je zdyscyplinować. W koszarach jednak nie było tak uroczo, jak wynika z tego, co mówisz. Nastroje sukcesywnie się pogarszały. Podstawowym źródłem konfliktu były racje żywnościowe. A jeść, podobnie jak spać, chciało się dziewczynom cały czas. Wiele osób marzyło o froncie, bo mówiono, że nie ma tam problemów z jedzeniem. Pilotki i nawigatorki miały rangę oficerską, więc mieszkały w lepszych warunkach i dostawały lepsze jedzenie [rarytasem była gorąca blondynka - tak nazywano kaszę jaglaną - przyp. red.] niż ich koleżanki, dziewczyny-mechanicy, które ciągle chodziły głodne. Kiedyś wszystkie kobiety się przyjaźniły, ale narzucone odgórnie różnice żywieniowe sprawiły, że między nimi powoli rodziła się wrogość.
Wśród koszarowych buntowniczek prym wiodła Lila Litwiak.
- Lila Litwiak to drugie, po Marinie Raskowej, legendarne nazwisko. Lila była inna niż jej koleżanki, ale to właśnie ona zainspirowała mnie do napisania książki o Nocnych Wiedźmach. Zaproponowano mi napisanie biografii Lili. Ten pomysł natychmiast mi się spodobał, ale kiedy zaczęłam zbierać informacje do książki, okazało się, że jest ich szalenie mało. Lila zginęła w wieku 21 lat. Jaką biografię mogłabym napisać o tak młodej osobie?
Była śliczna i uparta jak osioł. Większość dziewczyn w ogóle nie używała kosmetyków. Skąd miałyby je brać, skoro nawet bieliznę szyły potajemnie ze starych spadochronów? Ona jednak dbała o wygląd równie mocno, jak o karierę w oddziale. Rozjaśniała włosy, uszyła sobie kołnierz z białego futra, który nosiła na mundurze, i chodziła na tańce umalowana [szminkę uzyskiwano, np. łącząc zestruganą kredkę z tłuszczem - przyp. red.] i powtarzała, że wojna wojną, ale flirtowania, całowania się i kochania nikt jej nie zabroni.
Wymieniasz teraz jej wady?
- Jeśli takie są wady młodych dziewcząt, to pewnie tak! (śmiech) Lila robiła, co chciała, ale na każdym kroku dowodziła swojej wartości jako znakomita pilotka. Niczego się nie bała, latała jak szalona, jakby sam diabeł w nią wstępował. Pisano o niej w gazetach, bo nieraz udało się jej osłonić mężczyzn siedzących za sterami swoich samolotów i odeprzeć atak niemieckich messerschmittów.
Ale przyjaciółki jej nie lubiły.
- Wala, która była mechanikiem Lili, szczerze się kiedyś zdziwiła, kiedy zapytałam o niechęć do Lili. Lila była piękna i pewna siebie, mężczyźni szaleli na jej punkcie. W dodatku świetnie latała. Wszystkie dziewczyny były o nią zazdrosne, a nic tak nie napędza plotek, jak zazdrość. Na froncie było mnóstwo bardzo młodych i wrażliwych osób. Za każdym rogiem mogła czyhać śmierć. Uczucia, które się między nimi rodziły - czy to przyjaźń, czy nienawiść - były więc szczególnie silne.
A miłość?
- Była gorąca i namiętna. I kiedy się pojawiała, autentyczna. Kochano całym sercem, bo nikt nie wiedział, ile jeszcze zostało mu czasu. Historia Lili i jej męża, Aloszy Sołomatina, jest tego dowodem. Zostali parą na trzy miesiące przed absurdalną i niepotrzebną śmiercią Aloszy, który codziennie narażał się na polu walki, a zginął, robiąc akrobatyczny numer za nisko nad ziemią. Prawdopodobnie chciał tym zaimponować Lili. Ona znalazła w sobie siłę, żeby walczyć przez kolejne dwa miesiące, potem sama zginęła.
Romansów w oddziałach było mnóstwo. Niektóre kobiety uważały romansowanie na froncie za coś niepoważnego, ale wiele nie miało nic przeciwko temu. Pilotki, w przeciwieństwie do snajperek, pielęgniarek czy telegrafistek stacjonujących z oddziałami piechoty, raczej nie były narażone na brutalne gwałty. Pilotki albo przebywały w kobiecych pułkach, albo miały rangę oficerów, jak Lila Litwiak, więc były nietykalne.
A co, kiedy któraś zaszła w ciążę?
- Dzieci raczej się nie rodziły. Dziewczyny albo prowokowały poronienia domowymi sposobami, albo wysyłano je do miasta, gdzie dokonywały aborcji. Chciały zostać w pułku. Niektóre związki z tamtego okresu przetrwały jednak wojnę. Większość pilotek, które przeżyły wojnę, przestała latać wraz z jej zakończeniem. Wtedy musiały się zająć rodziną, a nie mogłyby tego efektywnie robić, będąc w powietrzu co drugą noc.
Wojna jednak bardzo zmienia człowieka. Trudno o niej opowiadać tym, którzy jej nie doświadczyli. Ludzie, którzy wracają zza linii frontu, czują się o dekady starsi od swoich rówieśników. Wojnę pamiętają przez całe życie, nic nie zyskuje większego wymiaru. To czas naznaczony tragedią i utratą najbliższych, ale też okres czerpania garściami z każdej chwili; to czas odważnych czynów i szczęśliwych splotów okoliczności.
Cytowana przez Igora T. Miecika na łamach "Newsweeka" Anna Krylova, historyk z Cambridge, we wstępie książki "Soviet Women in Combat" ("Sowieckie kobiety na polu walki") napisała, że ostatnią osobą, która opowie potomnym prawdę o froncie wschodnim, będzie kobieta.
- Trudno mi się z tym zgodzić, bo nie ma jednej prawdy. Faktem jest jednak, że kobiety rzadziej zapamiętują wielkie pejzaże, częściej skupiają się na szczegółach. Opowiadają o drobiazgach, zapamiętują fragmenty codzienności, a to pozwala spojrzeć na rzeczywistość wojny z nieco innej, mniej epickiej perspektywy niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Ale czasem bardziej bolesnej. Kława Blinowa, która dostała się do niewoli, do obozu jenieckiego w Briańsku, siedząc na ziemi w tłumie innych, usłyszała swoje imię. Twarz mężczyzny, który do niej mówił, była poparzona i zniekształcona. Okazało się, że był to jej dawny dowódca. Jego widok tak nią wstrząsnął, że długo potem płakała. I nigdy nie zapomniała tej twarzy.
Co ciekawe, kobiety jednak zwykle nie cierpiały na zespół stresu pourazowego. Te, które nie zostały w lotnictwie, szukały sobie pracy w sektorze publicznym.
Udało im się odnaleźć w nowym życiu?
- Moja przyjaciółka, Elena Kulkova, która w czasie wojny zrzucała bomby na niemieckie bazy, została bibliotekarką. Niektóre kobiety zaczęły uczyć w szkołach, inne pracować w fabrykach. Część z nich skończyła medycynę. Prawie wszystkie urodziły dzieci.
Kiedy oprócz pracy musisz dbać o dom, dzieci, męża i planowanie kolejnego dnia - nie masz czasu na mierzenie się z zespołami stresów pourazowych. Przetrwałaś kolejny dzień i dzięki tobie przetrwała też twoja rodzina. Kobiety walczą przez całe życie - o dobro dzieci, swoją godność, miłość, spokój w domu. W przeciwieństwie do mężczyzn nie mają wyjścia, jakby to zwykła codzienność nie dała im taryfy ulgowej, bo jak na tacy położyła przed nimi wizję normalnego życia. I trudno im było nie przyjąć takiego daru. Po wojnie chyba nikt nie marzył bardziej o niczym innym, niż o spokojnym, nudnym, zwykłym życiu.
Książka jest dostępna w formie ebooka w Publio.pl. Sprawdź >>
Luba Winogradowa. Z wykształcenia doktor mikrobiologii oraz tłumaczka z języka angielskiego i niemieckiego. W 1995 roku wspólnie z Antonym Beevorem przygotowała materiały do książki "Stalingrad". Od tamtej pory zajmuje się badaniami historycznymi i pracą archiwalną. Książka "Nocne Wiedźmy. Na wojnie z lotnikami Hitlera" ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. Obecnie autorka przygotowuje materiały do reportażu o losie sowieckich snajperek w okresie II wojny światowej.
Anna Bielak. Konsultantka scenariuszowa, selekcjonerka Krakowskiego Festiwalu Filmowego i dziennikarka współpracująca m.in. z Dwutygodnikiem, "Dziennikiem Gazetą Prawną" i "Urodą Życia". Fanka mocnej kawy, dobrej literatury, długich podróży, niezależnego kina i rozmów z twórcami, których (jeszcze!) nikt nie zna.
Zapisz