Nicolae i Elena Ceausescu mieli niezwykle wykształconą potrzebę bezpieczeństwa pod każdym względem. Nawet Breżniew się z tego podśmiewał. W 1976 roku opowiedział w prywatnej rozmowie Erichowi Honeckerowi o wizycie małżeństwa Ceausescu w Mołdawskiej Republice Radzieckiej: "Ceausescu przywiózł 28 ludzi w obstawie. Schowali się w krzakach w ogrodzie. Nieźle pokłuli się w tych krzakach kolcami"*.
Ze strachu o własne bezpieczeństwo Ceausescu ciągle otaczał się chmarą ochroniarzy. Jego rezydencje odgradzały mury nie do pokonania. Tylko nieliczni mogli przechodzić przez masywne stalowe bramy. Za przykładem KGB Nicolae Ceausescu kazał podsłuchiwać członków rumuńskiej nomenklatury. Generał Securitate Pacepa skorzystał z zalecenia szefa KGB Jurija Andropowa, który zdradził mu w 1972 roku w Moskwie: "Ciągła obserwacja naszej nomenklatury jest jednym z najdelikatniejszych zadań KGB. Dla nas jedynie towarzysz Breżniew stanowi tabu". Dokładnie tego samego chciał Ceausescu. A jednak zdawał się nie ufać do końca swoim ludziom. Ze strachu, że sam padnie ofiarą podsłuchu, starał się prowadzić delikatne rozmowy na zewnątrz.
Elena Ceausescu uwielbiała udzielać coraz to nowych wskazówek na temat podsłuchiwania towarzyszy. Pacepa wspomina: "Piątek rano był zawsze zarezerwowany. Informowałem Elenę o nowościach, których dowiedziałem się z mikrofonów zainstalowanych w domach wysokich działaczy". Żona Ceausescu interesowała się zwłaszcza wszelkimi romansami. W domu sekretarza KC do spraw stosunków międzynarodowych i późniejszego ministra spraw zagranicznych Stefana Andreia znajdowała się na przykład ukryta kamera. Jego żona Violeta, aktorka, chętnie spędzała czas z młodymi mężczyznami. Elena Ceausescu zdenerwowała się: "Partia dała jej czołowego działacza za męża, a ona zadziera spódnicę dla byle Tarzana, co się do niej uśmiechnie". Ale wkrótce tak zagustowała w filmach z kochankami Violety, że skarżyła się, gdy nie było nowej dostawy.
"Zamknijcie tych ludzi!"
**
Poza sprawdzaniem nomenklatury do zadań Securitate należało nadal nadzorowanie zagranicznych gości. W wielu hotelach zainstalowano ukryte kamery i mikrofony. Pod tym względem najlepiej wyposażone były ważne i duże bukareszteńskie hotele: Intercontinental, Athenée Palace, Lido i nieco skromniejszy Nord. W tych hotelach funkcjonował też kontrolowany przez Securitate świat uciech. Za najbardziej wytworny uchodził Athenée Palace. Uważano go za najelegantszy hotel na Bałkanach i w związku z tym zaglądali do niego wyjątkowi zagraniczni politycy i biznesmeni. Wśród trzystu pracowników nie było ani jednego, który nie pracowałby dla Securitate. Dyrektor hotelu i jego zastępca mieli stopień wojskowy pułkownika. W recepcji pracowali oficerowie służb technicznych. Odpowiadali za kserowanie paszportów gości i przekazywanie informacji do Securitate. Portierzy, także w randze oficerów, wywodzili się z działu ochrony osobistej Securitate. Personel pokojowy fotografował pilnie każdy skrawek papieru w pokojach gości bądź w ich bagażu. Kelnerzy, kelnerki i barmani odpowiadali za kompromitujące zdjęcia, a dziesiątki eleganckich młodych dam troszczyło się o to, żeby była do nich okazja. Oczywiście dodatkowo pod elektroniczną obserwacją znajdował się każdy pokój, restauracje, pomieszczenia konferencyjne i bar nocny.
Powoli Ceausescu rozciągnął kontrolę na cały kraj. Dotyczyła całej ludności, nie tylko obcokrajowców. W momencie przejęcia władzy przez Ceausescu w Rumunii było 1 centralne i 11 regionalnych urządzeń podsłuchowych. Trzynaście lat później 248 stacji obserwacyjnych i ponad 1000 przenośnych urządzeń dbało o to, żeby nikt nie zagroził rządom Ceausescu. Można było szybko reagować na negatywne wypowiedzi. Zwłaszcza Elena Ceausescu nie miała litości. Gdy z jej telefonu wybierano numer, konsekwencje dla osoby po drugiej stronie łączy mogły być tragiczne.
Ion Mihai Pacepa [doradca Ceausescu i szef wywiadu w Rumunii, który wyemigrował do USA, gdzie poprosił o azyl polityczny - przyp. red.] był świadkiem takiej sytuacji. Specjalista Securitate od elektroniki wybrał w obecności żony Ceausescu przypadkowy numer i zapytał, czy połączył się z Teatrem Narodowym. Głos w słuchawce odparł, że to "pomyłka", ale magnetofon kasetowy do rejestrowania rozmów pozostał włączony nawet wtedy, gdy właścicielka głosu, kobieta, zakończyła połączenie. Jej aparat telefoniczny działał teraz jak mikrofon. Elena Ceausescu usłyszała, jak kobiecy głos pyta, kto to dzwonił. Pada odpowiedź: "Jakiś idiota się pomylił". A potem dwie osoby rozmawiają o podróży Ceausescu i "starej torby" (mają na myśli Elenę Ceausescu) do Stanów Zjednoczonych. W pomieszczeniu, w którym znajdowała się żona sekretarza generalnego KC RPK, zapadła lodowata cisza. Przerwała ją Elena Ceausescu. Zarządziła: "Zamknijcie tych ludzi! O jedenastej rano porządni ludzie powinni pracować. Nie muszą mi składać miłosnych deklaracji". (...)
Lęki, fobie, paranoje
Na początku lat siedemdziesiątych Nicolae Ceausescu zaczął wykazywać dodatkowe dziwne zachowania (...). Dzieci, które szef państwa miał ucałować, były ze strachu przed chorobami uprzednio badane. Kwiaty przekazywane Ceausescu musiały być zdezynfekowane, a gdy przywódca uścisnął komuś dłoń, to przemywał ręce alkoholem w celu zniszczenia ewentualnych zarazków. Najbardziej wrażliwy był na przeciągi. Lęk przed przeciągami jest mocno zakorzeniony wśród prostych ludzi w Rumunii. Curent (przeciąg) uchodzi za zło i źródło wielu chorób. A że Ceausescu i tak miewał problemy z gardłem, zarządził unikanie wszelkich przeciągów. W jego obecności nie było wolno włączać klimatyzacji, także podczas wizyt zagranicznych. Z obawy przed przeziębieniem sekretarz generalny często nosił golfy. Pokazywał się tak też publicznie. Charakterystyczne dla niego były też kurtki w typie Mao i czapki leninówki. Wykreował tym sposobem własny styl, który - przynajmniej z daleka - wskazywał na przystępnego, skromnego robotniczego przywódcę.
Nicolae Ceausescu wpadał w panikę na myśl, że ktoś może go otruć. Rzekomo wiązało się to ze spotkaniem z Fidelem Castro, który miał mu opowiedzieć o próbach otrucia go przez CIA. Ion Mihai Pacepa pisze: "[W 1972 roku] Ceausescu postanowił nosić każdą sztukę odzieży tylko przez jeden dzień. W tym samym roku Wydział V Securitate, odpowiedzialny za jego bezpieczeństwo osobiste, otworzył zakład krawiecki [...] Wytwarzano tutaj wszystkie rzeczy potrzebne Ceausescu przy różnych okazjach: ubranie do biura, leninówki na wizyty w fabrykach, szyte na miarę tweedowe płaszcze, watowane kurtki zimowe w stylu radzieckim, garnitury na co dzień z importowanych z Wielkiej Brytanii materiałów i uniformy myśliwskie w niemieckim stylu [...]". Zafoliowane ubrania dostarczano do rezydencji Ceausescu. Raz noszone rzeczy palono w nieregularnych odstępach czasu. Dla Eleny Ceausescu podobne rozwiązanie wprowadzono w 1974 roku.
Pacepa, który w 1978 roku uciekł do Stanów Zjednoczonych, mógł przesadzić w tym opisie. W niektórych miejscach wydane w Ameryce wspomnienia Red Horizons mijają się nieco z prawdą. Zasadniczo prawdziwy jest jednak fakt, że z lęku przed otruciem Ceausescu ciągle zmieniał ubrania. Ze strachu przed trucizną zatrudnił też osobę kosztującą potrawy przed spożyciem. Towarzyszyła mu w podróżach wyposażona w przenośne laboratorium. Wszystkie produkty spożywcze transportowano z Bukaresztu nawet za granicę w zamkniętych i chłodzonych kontenerach, a także pilnowano ich całą dobę. Posiłki przygotowywali wyłącznie rumuńscy kucharze. Na oficjalnych przyjęciach wydawanych przez zagranicznych gospodarzy Ceausescu niewiele jadł. Tak czy inaczej, mówi się, że miał prosty gust - preferował rumuńską chłopską kuchnię, do której przywykł od dziecka.
Szpital zamiast więzienia
Zmiany wdrożone w polityce wewnętrznej, kulturalnej i kadrowej zbliżyły Ceausescu do celu, którym była totalitarna władza. Nie natrafiając na specjalny opór z szeregów partii, armii czy społeczeństwa, przeprowadził po 1971 roku zarówno rewolucję kulturalną, jak i rotację kadr. Teraz padały ostatnie bastiony. Powstał aparat ucisku i represji, który pod wieloma względami przypominał czasy, gdy Ceausescu pobierał polityczne nauki. Cały naród miał podporządkować się woli przywódcy. Odebrano ostatnie liberalne prawa. Znów bezwzględnie egzekwowano zakaz posiadania obcych walut. Wyraźną oznaką nadejścia okresu neostalinizmu było wznowienie prac nad kanałem Dunaj-Morze Czarne. Budowę prestiżowego obiektu Gheorghiu-Deja z wczesnych lat pięćdziesiątych wstrzymano po śmierci Stalina w 1953 roku. Nicolae Ceausescu dwadzieścia lat później nakazał kontynuację budowy. Przez dziesięciolecie pół miliona robotników budowlanych, więźniów i żołnierzy harowało, żeby zbudować sztuczną drogę wodną. Prace ukończono w 1983 roku.
Najpóźniej od 1972 roku Securitate podlegała całkowicie kontroli i rozkazom Ceausescu. Utworzona przez KGB po II wojnie światowej rumuńska tajna policja stała się budzącym grozę instrumentem terroru i swoistym państwem w państwie. Struktura bezpieki utrudniała początkowo zachodnim organizacjom obrony praw człowieka wykrycie i zaskarżenie terroru. Oficjalnych więźniów politycznych nie było. Ceausescu rozwiązał problem, umieszczając kłopotliwe osoby w areszcie domowym lub zamykając je w szpitalach psychiatrycznych. Ośrodki psychiatryczne odegrały w czasach Nicolae Ceausescu smutną rolę. W tragicznych warunkach mieszkali w nich rzeczywiście chorzy, a od początku lat siedemdziesiątych w coraz większej liczbie także ludzie krytyczni wobec reżimu bądź przyłapani na próbie ucieczki z kraju. Personel medyczny w przeważającej części dobrowolnie uczestniczył w niezgodnym z regułami medycyny wykorzystywaniu klinik bądź przez swoją obojętność przyczyniał się do pogorszenia i tak już katastrofalnych warunków życia. Warunki sanitarne były fatalne, zaopatrzenie w żywność raczej przypadkowe. Nawet jeśli ośrodki miały wystarczającą ilość jedzenia, pierwszeństwo miał personel medyczny. Rodziny lekarzy, pielęgniarzy i sióstr rzadko uskarżały się na jakieś braki.
Jeden z owianych najgorszą sławą ośrodków psychiatrycznych nazywał się Poiana Mare. Klinika znajdowała się niedaleko Kalafatu, w okręgu Dolj. W budynku z lat pięćdziesiątych mieściło się początkowo sanatorium dla chorych na gruźlicę. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych urządziło tu w 1972 roku ośrodek psychiatryczny "o specjalnym profilu". W salach leżało do 25 ludzi, urządzenia sanitarne działały rzadko albo wcale. Straszliwe warunki higieniczne w Poiana Mare skłoniły Ministerstwo Zdrowia do wydania zalecenia zamknięcia ośrodka. MSW nawet tego nie skomentowało. Podobnie złą opinię miał szpital im. Dr. Petru Grozy w okręgu Bihor. Przetrzymywano tu często "pacjentów" w celach o powierzchni 4 metrów kwadratowych. Nosili kaftany bezpieczeństwa i poddawani byli dziesięciodniowej izolacji. W innych pomieszczeniach na 30 metrach tłoczyło się do 26 osób: ciężko niepełnosprawni umysłowo ze zdrowymi. Ośrodek psychiatryczny przypominał więzienie. Kompleks okalał drut kolczasty. Nocą oświetlały go lampy neonowe, strzeżony był przez patrole z wytresowanymi owczarkami niemieckimi. W bukareszteńskim szpitalu im. Dr. Gh. Marinescu znajdowały się dwa domy dla nieuleczalnie chorych umysłowo, przez większą część czasu chodzili oni tam nago. Także do nich dołączano pacjentów winnych występków politycznych.
"Naprawianie" opozycjonistów
Takie ośrodki psychiatryczne istniały w całym kraju. W przypadku zdrowych pacjentów chodziło wyłącznie o politycznie niewygodne osoby skazane z art. 114 Kodeksu karnego. Paragraf ten przewidywał odesłanie oskarżonego do ośrodka psychiatrycznego, jeśli był "chory umysłowo lub uzależniony od leków i znajdował się w stanie, w którym stanowił zagrożenie dla społeczeństwa". W trakcie procesu oskarżony musiał określić, jaki jest jego stosunek do komunizmu i przywództwa kraju. W zależności od tego, jak wypadła odpowiedź, obecny psychiatra "diagnozował", czy delikwent jest zdrowy psychicznie, czy też nie. Farsa ta prowadziła do internowania niezliczonych przemądrzałych oponentów, przy czym nigdy nie padało słowo "więzień polityczny". Na "terapię" składały się elektrowstrząsy, zbyt duże dawki silnych psychotropów, pobicia przez personel pielęgniarski i brud nie do wytrzymania. Ten rodzaj terapii prowadził nierzadko do tego, że fałszywa diagnoza postawiona przez lekarza Securitate przed uwięzieniem już po kilku miesiącach pokrywała się z prawdą.
Przypadek pewnego robotnika stał się znany nawet na Zachodzie. Chodziło o człowieka o nazwisku Vasile Paraschiv, od 1946 roku członka RPK. Jego konflikt z reżimem Ceausescu rozpoczął się w 1968 roku. Przez wiele lat procesował się z państwem. Wyrzucono go z żoną i dwójką małych dzieci z mieszkania. Wprowadzić chciał się tam porucznik policji. Po nieudanym procesie zwrócił się w liście otwartym do Nicolae Ceausescu i chciał wystąpić z partii. W rezultacie trafił do kliniki psychiatrycznej. Paraschiv podjął strajk głodowy i po pięciu dniach go zwolniono. Ale pozostał niespokojnym duchem. W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych pisał do wielu gazet i do kierownictwa RPK oraz zgłaszał propozycje demokratyzacji pracy związków zawodowych. Po ponownym skierowaniu do kliniki psychiatrycznej, gdzie m.in. spędził trzy tygodnie z ciężko chorymi, zwolniono go w 1976 roku z diagnozą "paranoja".
Zachód dowiedział się o praktykach stosowanych w rumuńskich ośrodkach psychiatrycznych z ust dysydentów, którzy - jak Carmen Maria Manole - opuścili Rumunię. "Frankfurter Allgemeine Zeitung" donosił: Pani Manole i jej syn opowiadają o ośrodkach psychiatrycznych w Bukareszcie, Braszowie i w pobliżu Timisoary, gdzie "naprawia się" według radzieckiego wzorca "opozycjonistów" i "dysydentów".
O prawdziwym rozmiarze okrucieństwa w rumuńskich klinikach psychiatrycznych świat dowiedział się dopiero po 1989 roku. Dziennikarz podróżujący po Rumunii niedługo po rewolucji opisał swoje wrażenia z takiego ośrodka w Siedmiogrodzie. Nazwał to miejsce "przedsionkiem piekieł". Z przepełnionych pokojów uderza gryzący smród, widać zamazane odchodami wanny, niedożywionych, zaniedbanych pacjentów mieszkających jak zwierzęta: "Jest strasznie i okropnie cuchnie kałem i uryną, wymiocinami, obrzydliwym jedzeniem. Zewsząd dochodzą jęki i pokasływania. Kaleki bez pomocy. Dzieci z niezmiernie smutnymi twarzami. Na cmentarzu zwłoki rozszarpywane przez dzikie zwierzęta".
Zakaz aborcji
Atmosferę strachu panującą w Rumunii szczególnie dobrze oddają niektóre dekrety. Od marca 1984 roku każda maszyna do pisania musiała być zarejestrowana na policji. Przy okazji zostawiano próbkę czcionki. W grudniu 1985 roku zaczęło obowiązywać prawo (Dekret nr 408), według którego każda rozmowa, jaką Rumun przeprowadził z cudzoziemcem, musiała być w ciągu 24 godzin zgłoszona organom bezpieczeństwa. Niestosowanie się do tego wymogu było przestępstwem.
Kobiety podlegały od 1985 roku w Rumunii specjalnej kontroli. Już od 1966 roku obowiązywał w Rumunii zakaz aborcji dopuszczający jedynie nieliczne wyjątki. "Katalog wyjątków" po raz kolejny zmniejszono w połowie lat osiemdziesiątych. Ceausescu chciał mieć na przełomie stuleci trzydziestomilionowy naród. Aborcję dopuszczono jedynie u kobiet powyżej 45. roku życia. Środków antykoncepcyjnych w Rumunii nie produkowano, a ich import był zabroniony. Według wyobrażeń Ceausescu kobiety do 45. roku życia powinny mieć przynajmniej pięcioro dzieci w wieku do 18 lat. Przymusowe badania ginekologiczne w zakładach pracy pozwalały szybko wykrywać ciążę. Lekarze zakładowi dostawali całą wypłatę jedynie wtedy, gdy wypełnili "kwoty ciążowe".
Wykryte przypadki nielegalnych aborcji badały zarówno Securitate, jak i prokuratura. Kobiecie, która popełniła czyn karalny, groziła kara więzienia od sześciu miesięcy do dwóch lat. Dotyczyło to także poronienia wywołanego przez samą ciężarną. Niezliczone kobiety nawet mimo kary podejmowały próbę i ryzykowały własne życie, usiłując pozbyć się ciąży. W latach 1966-1989 życie straciło w ten sposób 11 tysięcy kobiet. Lekarze podejmujący się wykonania aborcji - za łapówki zdarzało się to raz po raz - ryzykowali karę więzienia do 12 lat i utratę prawa do wykonywania zawodu. Regulacja prawna wprowadzona przez Ceausescu nosiła znamiona absurdu, gdyż państwo nie potrafiło w tym czasie nawet wyżywić swoich obywateli. Nic więc dziwnego, że w 1987 roku śmiertelność dzieci wynosiła w Rumunii 28,9 (na 1000 narodzin), i to w sytuacji, kiedy przezornie dzieci były rejestrowane w urzędzie stanu cywilnego dopiero wtedy, gdy przeżyły pierwszych 15 bądź 30 dni..
Polityka demograficzna Ceausescu staje się jeszcze mniej zrozumiała, gdy weźmie się pod uwagę warunki panujące w domach dziecka i sierocińcach. Po rewolucji zdjęcia z tych ośrodków poszły w świat. Niemiecki pastor opisuje wizytę w "dziecięcym gułagu" tuż po wydarzeniach grudniowych 1989 roku: "Ponad setka niepełnosprawnych dzieci siedziała na wpół przytomna w półmroku, we własnych odchodach i wymiocinach i czekała na śmierć. Niedożywione, na środkach uspokajających, odcięte od świata. Czterolatki nie potrafiły raczkować, siedmiolatki nie umiały chodzić, dziewięciolatki nie mówiły. Dzieci, które biły się ciągle pięścią po głowie albo zaczynały bić słabsze dzieci. Dzieci zdecydowane na śmierć".
*Fragmenty książki Thomasa Kunze "Ceausescu. Piekło na ziemi"
**Śródtytuły pochodzą od redakcji
Thomas Kunze. Niemiecki historyk, absolwent uniwersytetów w Lipsku i Jenie. Wykładał m.in. na Uniwersytecie Owidiusza w Konstancy. Od 2002 r. związany z Fundacją im. Konrada Adenauera. Autor licznych publikacji historycznych o Niemczech, krajach Europy Wschodniej oraz Rosji.