*Przypominamy najchętniej czytane artykuły*
Mówi się, że historia ruchu kobiecego i historia kobiet pisane są białym atramentem na białej kartce. Nie widać ich.
- Ja się temu trochę dziwię. Wydaje mi się, że w tej dziedzinie od lat 80. XX wieku zostało naprawdę dużo zrobione i sporo już o kobietach wiadomo, ale z popularyzacją wiedzy, którą odkrywamy na uniwersytetach, jest naprawdę kiepsko. Pewnie jestem skażona zawodowo, ale wydaje mi się, że my - historycy i historyczki - już tyle razy opowiadaliśmy o prababkach feminizmu, że to już do wszystkich powinno dotrzeć.
Nie dotarło. Obstawiam, że większość Polaków za pierwszą polską feministkę uważa Magdalenę Środę. Może niektórzy wymieniliby Marię Janion, ale ona jest bardziej znana w sferach intelektualnych.
- Właśnie. Dlatego zastanawiam się, jak wielu kobietom potrzebna jest wiedza na temat prekursorek feminizmu w Polsce. Inna rzecz, że u nas feminizm silnie kojarzy się z lewicowością, jest wpisany w liberalne i lewicowe myślenie, zwłaszcza w kwestiach obyczajowych, a to właśnie kwestie obyczajowe najbardziej nas obchodzą.
Czy to oznacza, że w Polsce istniał kiedykolwiek jakiś prawicowy feminizm?
- Polski ruch kobiecy od początku był silnie podzielony - istniał odłam lewicowy, walczący o zmiany obyczajowe, ale był też ruch kobiecy, który nie bardzo chciał się definiować jako nurt emancypacyjny, chociaż de facto działał w tym duchu. Z wielu badań na temat polskiego katolicyzmu wynika, że kobiety często zrzeszały się wokół Kościoła.
Co to było? Stowarzyszenia przykościelne?
- Już od końca XVII wieku działało na przykład (i funkcjonuje zresztą do dzisiaj) Stowarzyszenie Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. Zrzeszało kobiety zajmujące się pomocą charytatywną dla najbardziej potrzebujących. Trudno zaliczyć tę organizację do przedsięwzięć emancypacyjnych, ale sam fakt, że kobiety mogły się spotkać i zjednoczyć wokół jakiegoś celu, to już była nowość. Można to potraktować jako pewną formę kobiecej wspólnotowości.
Natomiast już działalność Jadwigi Zamoyskiej, która najpierw, w 1882 roku, założyła szkołę w Kórniku, a później w Kuźnicach, można na pewno określić jako aktywność poprawiającą sytuację kobiet. W tamtych czasach z pewnością można ją było uznać za działalność emancypacyjną.
Co to była za szkoła?
- Nazywała się Szkoła Domowej Pracy Kobiet, czyli gospodarstwa domowego. Uczono w niej między innymi religii, szycia, haftu i gotowania, miała doskonałą markę. Przygotowywała kobiety do zawodu, dawała fach. Szkoła ta była niezwykle popularna.
Trudno taką edukację uznać za wyzwalającą.
- W tamtych warunkach samo to, że kobieta mogła w ogóle zdobyć zawód, miało znaczenie. W tych tradycyjnych rolach, to prawda, ale to był postęp.
Powstawały organizacje, które opiekowały się dziewczętami przyjeżdżającymi ze wsi do miast, także tymi z nizin społecznych. Często była to działalność pod hasłem walki z prostytucją, bo trzeba pamiętać, że te kobiety nie miały na ogół żadnego fachu ani wsparcia w środowisku miejskim, do którego trafiły, i prostytucja stawała się dla wielu z nich jedynym sposobem na utrzymanie się. Objęcie ich jakąkolwiek opieką, zainteresowanie się tą kwestią już było krokiem emancypacyjnym.
To były organizacje charytatywne?
- Na poły. Działalność niektórych kobiet z tych konserwatywnych środowisk też prowadziła do emancypacji. Na przykład Cecylia Plater-Zyberkówna, która była bardzo związana z ruchem katolickim, należała nawet do bezhabitowego zgromadzenia, założyła w Warszawie szkołę średnią dla dziewcząt. Ta szkoła odrodziła się po roku 1989 i znowu działa.
Nadal jest to szkoła tradycyjna, dziewczynki i chłopcy uczą się w oddzielnych klasach.
- Mam wrażenie, że dzisiaj jest nawet bardziej tradycyjna niż wtedy, kiedy powstała. Wbrew pozorom Plater-Zyberkówna miała poglądy dość postępowe, jak na czasy, w których żyła. Uważała, że małżeństwa powinny być zawierane z miłości. Podkreślała, że nie każda kobieta ma powołanie do życia rodzinnego. Nie zakładała łączenia macierzyństwa i pracy zawodowej, ale uważała, że niektóre kobiety wolą się realizować w pracy. Nazywała je "męskimi typami".
Ona sama żyła samotnie, była więc - według własnej nomenklatury - takim "męskim typem". Jakkolwiek by założoną przez nią szkołę oceniać, jej otwarcie było krokiem w kierunku samodzielności dziewcząt.
Mało jest informacji w przestrzeni publicznej o niej i o innych nestorkach polskiego feminizmu.
- Powstaje właśnie biografia Cecylii Plater-Zyberkówny, została też napisana praca magisterska o Paulinie Kuczalskiej-Reinschmit. Ale rzeczywiście, informacje są rozproszone, zbieranie ich jest trudne. One pozostawiały po sobie mało materiałów.
Któraś napisała wspomnienia?
- Są pamiętniki Teodory Męczkowskiej, która działała w ruchu feministycznym na przełomie XIX i XX wieku oraz w dwudziestoleciu międzywojennym. Angażowała się w inicjatywy związane z obalaniem barier zawodowych, walczyła ze szklanym sufitem, była jedną z założycielek Polskiego Stowarzyszenia Kobiet z Wyższym Wykształceniem. Zostawiła wspomnienia, do tej pory niewydane. Są też wspomnienia Izabeli Moszczeńskiej, która zachowywała dystans wobec feminizmu, nigdy nie chciała mieć do czynienia ze sformalizowanymi strukturami, była outsiderką. Ale i jej życie i działalność w tym kierunku się rozwijały.
"Nie jestem feministką, ale..."?
- Właśnie. Jej wspomnienia też nigdy nie ukazały się drukiem. Ale Męczkowska i Moszczeńska to są wyjątki. Nawet o Kuczalskiej-Reinschmit jest mało materiałów. Podobno istniały kiedyś wspomnienia Józefy Bojanowskiej, jej najbliższej współpracownicy, ale gdzieś zaginęły, nie można ich odnaleźć. Nie wiadomo, czy jeszcze istnieją.
Gdybyśmy chciały napisać książkę o tych naszych prababkach, to Kuczalska- Reinschmit byłaby w niej czołową postacią?
- Jedną z kluczowych, z pewnością. W 1907 roku założyła Związek Równouprawnienia Kobiet Polskich, była to pierwsza sformalizowana struktura, w potocznym rozumieniu słowa feminizm - najbardziej feministyczna. Jak na owe czasy była to organizacja rewolucyjna, chociaż z dzisiejszej perspektywy zupełnie taka się nie wydaje. Kuczalska-Reinschmit dopominała się o umożliwienie kobietom zdobywania wykształcenia, nie tylko średniego, ale też wyższego, oraz poszerzenie możliwości pracy zawodowej. Przekonywała, że trzeba walczyć z podwójną moralnością. Domagała się też prawa wyborczego dla kobiet, co uznawano za postulat radykalny. Sytuacja była o tyle specyficzna, że państwo polskie nie istniało, a więc nie było do końca wiadomo, od kogo tego prawa należy się domagać.
Ale w kwestiach obyczajowych Kuczalska-Reinschmit w sumie była dosyć konserwatywna. Sama miała słabe doświadczenia z mężczyznami. Stawiała na czystość i wyższość moralną kobiet, podkreślała związek dusz, pomijała cielesność.
Z pewnością kolejną bohaterką byłaby Justyna Budzińska-Tylicka, która wciąż nie znalazła biografa. Niewątpliwie zasłużyła się dla polskiego ruchu feministycznego i socjalistycznego jednocześnie. Działała i przed I wojną światową, i w dwudziestoleciu międzywojennym. Była związana z PPS-em, stała twardo na pozycjach lewicowych, również w sprawach obyczajowych. Nie była mniejszą radykałką niż Irena Krzywicka, ale inaczej wyrażała swoją lewicowość. Tylicka założyła razem z Hermanem Rubinrautem pierwszą poradnię świadomego macierzyństwa, co już samo w sobie było ruchem radykalnym. Nie tylko opowiadała się za tym, żeby nie karać za usunięcie ciąży, ale postulowała zalegalizowanie aborcji z przyczyn społecznych. Nie uważała, że to jest najlepsze wyjście, ale podkreślała, że czasami po prostu inaczej się nie da. Jej droga życiowa wydaje się bardzo konsekwentna.
Kto jeszcze?
- Kazimiera Bujwidowa - działaczka galicyjska, chociaż zaczynała w Królestwie Polskim. Nietuzinkowa kobieta. Interesowała się głównie edukacją dziewcząt. Bardzo wspierała męża w jego obowiązkach zawodowych, a jednocześnie założyła stowarzyszenie pomagające studentkom. Z kolei Maria Wiśniewska wydawała w Krakowie "Nowe Słowo" - pismo z socjalistycznym mocnym pazurem, emancypacyjne i feministyczne. Była też Zofia Moraczewska, działaczka organizacji kobiecych, jedna z założycielek Ligi Kobiet Pogotowia Wojennego w Galicji, polityczka i posłanka na Sejm w dwudziestoleciu. Po I wojnie światowej sporo wcześniejszych postulatów udało się zrealizować, szczególnie w kwestiach politycznych.
Polki mogły już głosować w wyborach.
- Tak, podobnie jak kobiety w wielu innych krajach. W Polsce kobiety uzyskały ten przywilej łącznie z niepodległością ojczyzny. Mogły też studiować na wielu uczelniach i na wielu kierunkach. Pozostały więc do rozwiązania kwestie obyczajowe, dotyczące godzenia ról, życia codziennego. Zofia Moraczewska po przyznaniu praw wyborczych kobietom, w co wcześniej była zaangażowana, włączyła się w działalność, która te zdobyte prawa miała wprowadzać w życie. Zachęcała kobiety do świadomego obywatelstwa, do świadomego macierzyństwa. Założyła Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet. Jej działalność była odbiciem tego, co w dwudziestoleciu było ważne. Próbowała przekonywać kobiety, żeby nie poprzestawały na wzięciu udziału w wyborach, ale też próbowały swoich sił w działalności politycznej.
I dzisiaj by się taka Moraczewska przydała. Od stu lat kręcimy się ciągle wokół tych samych haseł dotyczących aborcji i świadomego macierzyństwa.
- Niestety, wiele spośród tamtych postulatów jest wciąż aktualnych.
Walka emancypacyjna była w Polsce sprzężona z walką o niepodległość. W pewnym momencie kobiety musiały wybrać, co jest dla nich ważniejsze.
- Szybko się okazało, że kobiety nie są w stanie zrezygnować z walki o niepodległość i działać tylko na rzecz kobiet. Takie próby podejmował Związek Równouprawnienia Kobiet Polskich, w którym działała Paulina Kuczalska-Reinschmit. Ale wyszło na to, że taka działalność nie znajduje zrozumienia w społeczeństwie, również u kobiet. Okazało się, że niepodległa Polska była dla nich niezbywalną, podstawową wartością. A potem, kiedy feministki walczyły o prawa wyborcze, bardzo mocno podkreślały swoje zaangażowanie w walkę o niepodległość. To miał być dowód ich politycznej dojrzałości.
I "w nagrodę" miały dostać prawo głosu?
- Ten argument często się pojawiał. A to był jedyny moment, w którym kobiety mogły się uwolnić od silnego związku kwestii kobiecej z narodową. Nie zrobiły tego. Później zawsze już było trudno.
W leksykonie pod redakcją Stanisława Łozy pt. "Czy wiesz, kto to jest?", wydanego w latach międzywojennych, można znaleźć krótkie, kilkuzdaniowe biogramy osób publicznych dwudziestolecia międzywojennego, również kobiet - od aktorek przez plastyczki, polityczki, pisarki itp. Prawie każda z nich w życiorysie podkreśla swe zaangażowanie patriotyczne. Jedna pisze, że była sanitariuszką w czasie wojny, druga - że podawała herbatę, trzecia - że pomagała więźniom... To podkreślanie zaangażowania rzuca się w oczy, wyraźnie widać, że stanowiło wyraźny składnik tożsamości publicznej i społecznego wizerunku.
Niektórzy porównują tamtą sytuację kobiet z tą z lat 80. ubiegłego wieku.
- I coś na rzeczy jest. W Solidarności kobiety zawsze stały w drugim szeregu i może nawet miały trudniejszą sytuację niż przed odzyskaniem niepodległości, bo wtedy to one się przynajmniej do tego parzenia herbaty przyznawały, a po '89 roku nie uznawały już tego za swoją chwałę. W dwudziestoleciu były próby, żeby docenić ten wysiłek patriotyczny kobiet, żeby umieścić je w narodowym dyskursie. Podkreślano, że bez tych łączniczek, opiekunek, pielęgniarek cały wysiłek wojenny mógłby nie dać takich dobrych rezultatów. Czy podkreślanie zaangażowania odniosło skutek? Czy kobiety są uważane za ważne postaci walki o niepodległość? Nie sądzę. Ale po '89 roku nawet nie próbowano tego robić.
Czy w Polsce były sufrażystki?
- Nie używamy tego określenia, choć w zasadzie sufrażystka to jest osoba, która walczy o prawa polityczne, i w Polsce były takie kobiety. Nie było u nas z pewnością tych najbardziej radykalnych, walczących sufrażystek. Nie było wybitych szyb, rzucania się pod dorożki - takie metody stosowały w walce o prawa wyborcze w zasadzie wyłącznie feministki brytyjskie. Być może związane to było z tym, że w Anglii działał silny ruch związkowy, żywa była tradycja strajków i wywierania nacisków. Ale w innych krajach nie było takich ekscesów, więc Polska wypada na tym tle przeciętnie.
Kobiety walczące o prawa wyborcze bardziej pokojowymi metodami oczywiście mieliśmy, a jednak słowo "sufrażystka" nie przyjęło się. Być może dlatego, że u nas kwestia praw wyborczych wypłynęła późno i ta walka w sumie trwała krótko. Po raz pierwszy postulat praw politycznych dla kobiet pojawił się w Galicji w trakcie reformowania systemu wyborczego. Wtedy kobiety powiedziały, że chciałyby mieć prawa wyborcze. Natomiast na terenach Królestwa Polskiego rodzimy ruch feministyczny sformułował te postulaty w 1905 roku.
A w Europie?
- W Wielkiej Brytanii sufrażystki walczyły już od lat 60. XIX wieku. Na terenie Rzeszy Niemieckiej kobiety miały zakaz uczestniczenia w życiu politycznym w ogóle, więc formułowanie postulatów wyborczych było nielegalne. Francuzki dosyć opieszale działały w tej dziedzinie, bardziej koncentrowały się na kwestiach związanych z pracą i edukacją.
Najaktywniej działały Brytyjki i Amerykanki, które wywalczyły poprawkę do konstytucji w 1919 roku. Bardzo wcześnie udało się też wywalczyć prawa wyborcze dla kobiet w Australii i Nowej Zelandii - i, co ciekawe, kobiety wsparł w dążeniach tamtejszy Kościół katolicki. Szybko też sprawę tę załatwiono w krajach skandynawskich, bo oddolne inicjatywy obywatelskie były tam bardzo silne. Zresztą, są do dzisiaj.
To, o czym teraz mówimy, określane jest jako pierwsza fala feminizmu.
- Badaczki odchodzą już zupełnie od tego "falowania", bo nie przydaje się ono do opisania rzeczywistości. Pojęcie kolejnych fal ruchu feministycznego zostało ukute w Stanach Zjednoczonych i oddaje tamtejsze realia, ale do sytuacji Europy nie pasuje. Trudno stwierdzić, co uznajemy za pierwszą falę - są bardzo duże przesunięcia czasowe, nawet jak porównamy Polskę z Bułgarią, a co dopiero Wielką Brytanię z Bułgarią. Może się okazać, że w samej Europie, jeśli chodzi o walkę o prawa wyborcze, mamy przesunięcie epoki. Niby przyjmujemy, że pierwsza fala zakończyła się z I wojną światową, ale potem kolejne fale trudno wyodrębnić, bo po II wojnie światowej, kiedy w Ameryce wzbierała druga fala, u nas nie wiadomo, co nastąpiło - fala czy odpływ.
Czy polskie działaczki miały kontakty ze światowym ruchem feministycznym?
- W dwudziestoleciu międzywojennym - tak. Były członkiniami międzynarodowych organizacji kobiecych, uczestniczyły w kongresach. Przed I wojną światową zresztą też były aktywne, ale bardziej jako obserwatorki niż uczestniczki, bo był stały problem z tym, do jakiego kraju je przypisać. Nie mogły występować jako Polki, a nie chciały - zgodnie z podziałem na zabory - jako Rosjanki, Niemki czy Austriaczki. To jest zresztą problem nie do końca zbadany, u nas na ten temat nie zachowało się wiele materiałów. Być może coś znajduje się w International Information Centre and Archives for Women's Movement w Amsterdamie - tam jest duże archiwum ruchu kobiecego, nikt tego pod tym kątem chyba nie oglądał. Może też być coś jeszcze w archiwach francuskich.
A czy w Polsce powstanie kiedyś muzeum ruchu kobiecego?
- Są już różne mniejsze inicjatywy, które może złożą się kiedyś na duże muzeum. Jest wirtualne Muzeum Historii Kobiet, które próbowała robić Feminoteka, ono trochę stanęło, są chwilowe problemy z dostępnością, ale sporo rzeczy udało się tam zgromadzić. Prężnie działa Archiwum Historii Kobiet . Powstaje też muzeum ruchu kobiecego w Szczecinie, które ma poświęcać również dużo miejsca działającym w Polsce w okresie dwudziestolecia działaczkom innych narodowości - Litwinkom, Żydówkom, Ukrainkom. Może w końcu powstanie jakaś większa instytucja. Skoro tak długo musieliśmy czekać na Muzeum Żydów Polskich, to i na muzeum kobiet poczekamy. Lecz z pewnością będzie ono miało wielu przeciwników; spodziewam się, że pojawią się pytania, czy inicjatywa jego powstania świadczy o równościowym traktowaniu kobiet czy wręcz przeciwnie.
Dr Katarzyna Sierakowska. Adiunkt w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk. Specjalizuje się w historii społecznej XIX i XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem aspektów gender, ciała i emocji. Autorka książek "Rodzice, dzieci, dziadkowie . Wielkomiejska rodzina inteligencka w Polsce 1918 - 1939" oraz "Śmierć - wygnanie - głód w dokumentach osobistych. Ziemie polskie w latach Wielkiej Wojny 1914 - 1918". Wykłada na gender studies w Instytucie Badań Literackich PAN.
Dominika Buczak. Dziennikarka, współautorka książek "Gejdar" oraz "Pan od seksu". Publikuje między innymi w "Wysokich Obcasach", "Ja My Oni", "Urodzie życia". Specjalizuje się w wywiadach i reportażach. Najbardziej interesują ją historie wykluczonych, słabszych, bardziej kruchych. Im chce dać głos.