Rodzina
Dziadkowie na emeryturze mogą na spokojnie, bez pośpiechu, poświęcać czas wnuczętom (Fot. Shutterstock)
Dziadkowie na emeryturze mogą na spokojnie, bez pośpiechu, poświęcać czas wnuczętom (Fot. Shutterstock)

Stefan, lat 68, ma siedmioro wnucząt: troje to dzieci jego córek, a czworo - synów jego drugiej żony. Ma wgląd w przeróżne postawy wychowawcze i z dystansu obserwuje, jak te sposoby przekładają się na wnuczęta.

Stefan dorastał w skromnych warunkach, w rodzinie, w której był pierwszą osobą ze średnim, a potem wyższym wykształceniem. Dzieciństwo spędził głównie wśród kolegów z podwórka. Rodzice, ciężko pracujący na utrzymanie jego i trójki rodzeństwa, raczej dbali o to, żeby było co zjeść i w co się ubrać, niż pochylali się nad dziećmi. - Ojciec był szorstki i nie mieliśmy więzi, matka nie miała czasu ani wiedzy, żeby lekcje pomóc odrobić - wspomina Stefan. - Nie miałem zabawek, piłkę robiło się ze szmat, sam się o siebie troszczyłem i sam o sobie stanowiłem - wspomina.

Jadwiga, lat 67, ma dwóch synów i czwórkę wnucząt. Różnie wychowywała dzieci - w czasie gdy rodził się jej drugi syn (rocznik '83) wśród psychologów panowała opinia, że trzeba zadbać o pierwsze dziecko, żeby nie czuło się pokrzywdzone pojawieniem się rodzeństwa. Dlatego - jak sama tłumaczy po latach - starszego syna wychowywali jakby był jedynakiem, o co młodszy - zawsze na drugim miejscu - ma żal. Jadwiga ma wyrobione zdanie na temat chowania wnuków, ale się nim już nie dzieli - usłyszała, że: "swoje dzieci już wychowała, teraz to nie jej zadanie".

Jadwiga uważa, że rodzice nie mają dzisiaj łatwo - z wielu przyczyn. - Część z nich ma w domu dyrektorów i prezesów. Pięciolatek mówi: "Babciu, u nas to ja rządzę". Poczucie własnej wartości u dzieci jest ważne, ale to wszystko poszło za daleko. Takie dzieci w przedszkolu czy w szkole nie potrafią ze sobą funkcjonować, bo każde jest najlepsze i najwspanialsze - mówi Jadwiga.

Fot. Shutterstock

Foch, nakaz, dyscyplina kontra bezstresowe wychowanie

Joanna Ławicka, pedagożka specjalna, dr nauk społecznych w zakresie pedagogiki, prezeska zarządu Fundacji Prodeste , uważa, że nasze społeczeństwo w większości tworzą ludzie wychowani przemocą, karami fizycznymi, systemami dyscyplinowania, przyuczeni do posłuszeństwa i tłumienia emocji. Z takimi doświadczeniami własnymi i przekonaniami większość wkracza w dorosłość i zakłada rodziny. Zdaniem Ławickiej przekazujemy traumy pokoleniowo.

Agnieszka Dąbrowska, psychoterapeutka z Ośrodka Relacje, w rozmowie z Krystyną Romanowską dla "Wysokich Obcasów" do repertuaru przekazywanych z pokolenia na pokolenie zachowań rodzicielskich dodaje jeszcze metodę "wychowania przez foch", polegającą na tym, że gdy dziecko czegoś nie robi, "rodzice przestają na nie zwracać uwagę, stają się niedostępni i chłodni". Dąbrowska przyczyn takiego zachowania szuka dwa-trzy pokolenia wstecz, aż w czasach wojny, kiedy dziadkowie lub pradziadkowie dzisiejszych wnucząt doświadczyli emocjonalnego zaniedbania. Dąbrowska wyjaśnia w rozmowie, że trauma wojny jest nieopowiedziana, nieprzeżyta i przechodzi na kolejne pokolenia.

Ławicka podkreśla jednak, że niektórym rodzicom udaje się wyjść poza ten schemat. Tak było na przykład w latach 90., kiedy część młodych rodziców odrzuciła zasadę "kija i marchewki". Zgodnie z tym standardem dziecko musiało być podporządkowane, nieokazujące negatywnych emocji, "mające się uspokoić" i "nie histeryzować".  Dziecko, które chciało zaspokoić swoje potrzeby, było postrzegane jako niewychowane. Jako przeciwieństwo tego modelu pojawiło się wychowanie określane jako "bezstresowe".

I właśnie ta bezstresowość w wychowaniu to coś, co podnosi ciśnienie Jadwidze. - Dla mnie kompletnie bezstresowe wychowanie to jest krzywda dla dziecka. To brak stresu, ale chyba u rodzica. Każde działanie przeciwko zamiarom dziecka wymaga trudu. Dlaczego dzieci śpią do szóstego roku z mamą? Bo chcą, ale także dlatego, że to jest wygodne dla rodzica, bo nauka zasypiania dziecka we własnym łóżeczku wymaga od rodziców wysiłku i poświęcenia. Podobnie z odpieluchowaniem trzylatka - dodaje Jadwiga.

- Mam poczucie, że rodzice, którzy chcą odejść od zbyt mocnej dyscypliny, boją się ustalać reguły i ich przestrzegać, być stanowczymi, bo lękają się, że dziecko przestanie je lubić, obrazi się - mówi babcia czwórki wnucząt. - Jak dziecko mi mówi, że wyjdzie w grudniu na dwór w samych rajstopkach, to ja się na to nie zgadzam. Tu negocjacje i szacunek dla decyzyjności dziecka to wybór: niebieskie śniegowce czy zielone kaloszki - dodaje.

Zdaniem Macieja Ścibora, psychoterapeuty z poradni Vertimed+ , dopuszczona do głosu dzisiejsza "bezstresowość" w wychowaniu może pomóc uwolnić dzieci od nadmiernego poczucia winy, nadmiernego lęku, pozwalać im na swobodę. - Jak by się jednak rodzice nie starali, ten stres kiedyś do ich dziecka dotrze - w szkole, pracy, wśród rówieśników - zapewnia.

Zdaniem dr Ławickiej dzisiaj powoli do nas dociera, że nie ma czegoś takiego jak bezstresowe wychowanie. - Życie jest pełne stresu. Zadaniem rodzica jest nauczyć dziecko radzić sobie ze stresem, rozumieć emocje, które przeżywa, uczyć dziecko, jak nad emocjami panować, rozwijać samoświadomość. Wychowanie empatyczne, bo lubię używać takiego terminu, oznacza, że dorosły jest wrażliwy na potrzeby i emocje dziecka. Dziecko wychowane empatycznie staje się empatycznym, wrażliwym, zrównoważonym człowiekiem - podkreśla.

Fot. Shutterstock

Uleganie modom i rodzic intuicyjny

Kolejną kwestią budzącą sprzeciw Jadwigi jest uleganie modom. - Rodzice mają dostęp do wiedzy specjalistycznej, swoje metody opierają na poradnikach i wypowiedziach młodych psychologów - co wcale nie musi być dobre. Powinniśmy wyczuwać, jakie teorie sprawdzą się przy naszym dziecku, nie wdrażać ich na ślepo - mówi.

Maciej Ścibor potwierdza z własnego doświadczenia, że do jego gabinetu trafiają rodzice przestymulowani wiedzą poradnikową, z programów tv, artykułów. - Ojcowie i matki pozbawieni intuicji. Terapeutycznie mówimy, że rośnie nam pokolenie aleksytymików - osób niezdolnych do przeżywania, wyrażania i kontaktowania się z uczuciami. Dzisiaj czuć jest bardzo trudno - wyjaśnia. - Kiedy pytam rodzica, co czuje w kontakcie ze swoim dzieckiem, czego dziecko jego zdaniem potrzebuje, odpowiedź na to pytanie przerasta rodziców. Oni nie wiedzą, co czują, nie są w kontakcie z uczuciami - podkreśla Ścibor, dodając, że rodzice, którzy mają intuicję, będą doskonale wiedzieli, jak wyważyć wychowanie.

Rodzic ciągle za plecami dziecka

Co w wychowaniu wnuków irytuje Stefana? Całkowity brak zaradności dzieci jego dzieci. - Żaden wnuk, a najstarszy ma 13 lat, nie potrafi sobie parówki ugotować. Nie wiedzą, gdzie leży chleb w kuchni, o tym, żeby stoczyć udaną walkę ze zmrożonym masłem nie wspomnę. Rano dostają ubrania pod nos, śniadanie, drugie śniadanie, potem obiad, kolację. Nie wiedzą, jak samodzielnie gdzieś dojechać, bo są wszędzie wożeni. Raz jednego wnuka rodzice puścili tramwajem, który - jak się okazało - zamiast jechać zwykłą trasą, skręcił do zajezdni. Mało zawału nie dostali, a dzieciak sobie świetnie poradził - skorzystał z GPS-u w komórce i poczuł zew przygody. Drugi wnuk, który bardzo dużo gra na konsoli i telefonie, kiedyś przypadkiem został sam w domu, bo rodzice wylądowali na pogotowiu, to od 12 do 23 nie zjadł nic, bo nie miał pomysłu, co wziąć z lodówki, wątpię, czy coś w ogóle wypił! - denerwuje się Stefan.

Stefan rozumie za to lęk o dzieci. - Z moją pierwszą żoną wiedzieliśmy, że nasze nastolatki są rozsądne, ufaliśmy im - chodziły na imprezy, wracały same nocnymi autobusami do domu. Teraz zresztą to nam wypominają, że swoim dzieciom by na to nie pozwoliły, bo "dzieci może i odpowiedzialne, ale świat taki niebezpieczny". Przy wnuczętach poczułem powagę sytuacji, podzielam także lęk ich rodziców, dlatego odmówiłem jeżdżenia z dzieciakami w dalekie trasy. Bo w razie wypadku nie wiem, co bym zrobił - kończy cicho.

Fot. Shutterstock

Dr Ławicka zgadza się z opinią Stefana, że obecni 40-latkowie to były w większości dzieci bardzo samodzielne: - Nie tylko w zakresie samoobsługi, ale także samostanowienia. Pedagożka podaje przykład z własnego życia, kiedy prowadziła warsztaty dla rodziców. - W ich trakcie opowiadałam, że moja wówczas niespełna 10-letnia córka chadza po lekcjach z koleżankami "na miasto": do fryzjera, na pizzę, lody - bez telefonu komórkowego. Dzwoniła ze szkolnego telefonu i mówiła, dokąd idzie i o której wróci. Gdy opowiedziałam tę historię, usłyszałam, że to nieodpowiedzialne. Potem się dowiedziałam, że pojawiły się rozważania, czy nie zawiadomić opieki społecznej, że zaniedbuję dziecko. Przycięliśmy skrzydła młodemu pokoleniu. Cel jest jasny - bezpieczeństwo, ale widzę po dzieciakach, które mają szczęście dostawać samodzielność, że ich rozwój jest pełniejszy, bardziej wielowymiarowy - wyjaśnia pedagożka.

Cztery spotkania i wcale nie jest lepiej

Dziadkowie przerażeni są także obecnością telefonów i tabletów w życiu ich wnuków. Wnukowie Stefana to na pewno dzieci bardzo zapracowanych rodziców. - Jedni pracują dużo, bo muszą - żeby zarobić na kredyty, utrzymanie, zajęcia dodatkowe, drudzy - bo chyba lubią. Na pewno w jednym domu jest ogromny problem z nadużywaniem przez wnuka telefonu i gier na konsoli. O której bym do nich nie przyszedł i bez względu na dzień tygodnia, 12-latek jest przyklejony do ekranu, a od czasu przejścia na lekcje zdalne problem się pogłębił. Pod tym względem ja jako rodzic miałem łatwiej: nasze dzieci latały godzinami po podwórku, atrakcją był wyjazd pod namiot, odwiedziny u cioci, która miała psa - wspomina Stefan.

Część dzisiejszych 40-latków to osoby przepracowane, z ogromnymi zobowiązaniami finansowymi, z wysokim poziomem aspiracji społecznych. Muszą wszystkiemu podołać, często kosztem dzieci - wysyłanym rano do szkoły, a później na iks zajęć dodatkowych. Z rodzicami widzą się o 19-20 lub w weekendy, o ile rodzice w weekendy nie pracują.

- Niepokoi mnie przestymulowanie umysłowe dzieci - natłok zajęć, brak czasu na to, żeby się ponudziły. I zapisywanie je na zajęcia, "żeby spróbowały, a nuż się im spodoba", wysyłanie na aktywności, na które dzieci wcale nie chcą chodzić - mówi Jadwiga.

Maciej Ścibor na co dzień ma kontakt z rodzinami, które stać na dodatkowe zajęcia i na posłanie dzieci na psychoterapię. - Niektórzy rodzice "odstawiają" dziecko do specjalisty, żeby nauczył je radzenia sobie z problemem, poukładało się. Mówią, że mogą dziecko przywieźć na 19, bo wcześniej "hiszpański, chiński, programowanie" i są niezadowoleni, że po czterech spotkaniach dziecko nie jest "naprawione". To błąd i pułapka. Oczywiście, czasami dobrze, że dziecko trafia do gabinetu, ale gdyby te rodziny funkcjonowały inaczej, lepiej, to dziecko nie musiałoby być podrzucane do terapeuty, żeby zdobyć kolejny poziom w radzeniu sobie. Te dzieci mówią mi o samotności, braku rozmów, uczuć. Wtedy to nie jest praca tylko z dzieckiem, ale i z rodzicem, a jak się da - z systemem rodzinnym - podkreśla Ścibor.

Fot. Shutterstock

Dziadkowie - świadomi, fajni, nauczeni na błędach

Maciej Ścibor nie ma wątpliwości, że nasze pokolenie nauczyło się wzmacniać dzieci poprzez akcentowanie tego, co robią dobrze, komplementować je. - Mniej niż nasi rodzice boimy się powiedzieć: kocham cię .

Zmienili się także dziadkowie. - Dzisiaj mieć fajnych dziadków, którzy mogą pomóc nam wychowywać dzieci i być spokojnymi, że ten czas dzieci z dziadkami będzie dobry, to jest ogromny skarb. Dziadkowie w kontakcie z wnukami nagle się zmieniają - jako rodzice nie przytulali, a teraz są ciepli i uczuciowi - podkreśla psychoterapeuta.

Jadwiga w stosunku do swoich wnucząt stara się nie powielać błędów z dzieciństwa własnych synów - pilnuje się, żeby traktować wnuczęta równo. - Może niepotrzebnie i w nadmiarze przekazywałam swoje uwagi i rady - zwłaszcza młodszemu synowi, który w pewnym momencie wyraźnie powiedział, że nie życzy sobie moich "mądrości", że "mam mu pozwolić wychowywać jego dzieci" - mówi ze smutkiem.

Stefan jest na emeryturze, z wnuczętami widuje się raz na jakiś czas i ma poczucie, że będąc dziadkiem, ma szansę lepiej, niż kiedy był rodzicem, przeżyć ponownie dzieciństwo dzieci. - Jak się widzimy, poświęcam im sto procent uwagi - nie spieszę się nigdzie, jak chcą się przez godzinę bujać na huśtawce, to je bujam. Lubię z nimi rozmawiać, mam czas podelektować się wspólnie spędzonymi chwilami. Ostatnio, żeby wejść w świat "wnuka multimedialnego", grałem z nim w Fortnite'a. Setnie się przy tym bawił, słyszałem, że później opowiadał rodzicom z rozbawieniem, że "dziadek był tak zły, że strzelał w drzewa i do drzwi".

Fot. Shutterstock

Stefan nie bił swoich córek, ale jedna z jego synowych miała ojca z ciężką ręką. - Kiedyś po kilku głębszych przyznał, że bicia dzieci żałuje w życiu najbardziej. I rozpieszczaniem wnucząt tamten dziadek stara się skompensować krzywdę córki. Jak? Stefan mówi, że braniem dzieci na wakacje, ale także dawaniem w tajemnicy przed rodzicami coca-coli, słodyczy i luzowaniem ustalonych reguł.

- Bardzo często właśnie od dziadków słyszę, że dopiero z perspektywy lat widzą, jak bardzo szkodliwe było to, co zrobili swoim dzieciom. Wielu z nich wymierzało kary fizyczne, "motywowało" dzieci wyzwiskami, zamykało w pokoju za karę, pozbawiało posiłków, czy przeciwnie - kazało spędzać niejadkom długie godziny przy stole. Rozmawiam z nimi i słyszę, że mieli często inną intuicję, ale presja społeczna była zbyt duża. Oczywiście, są także dziadkowie, którzy najchętniej sięgnęliby po pas - dodaje dr Ławicka. - Ale ogrom obecnych dziadków przeszedł w swoim życiu niesamowitą drogę samorozwoju - podsumowuje pedagożka.

Ola Długołęcka . Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Chodzący spokój i zorganizowanie. Wieloletnia wielbicielka Roberta Redforda, a od niedawna kierowcy F1 Daniela Ricciardo.