Rodzina
Reakcje na hasło 'poród domowy' bywają skrajne (fot. Shutterstock)
Reakcje na hasło 'poród domowy' bywają skrajne (fot. Shutterstock)

 Reakcje na hasło "poród domowy" bywają skrajne. Od troski i litanii pytań przewidujących najczarniejsze scenariusze, przez niedowierzanie, bo przecież w domu rodzą tylko hipisi w asyście znachorek, po niedopuszczanie do siebie takiej możliwościtakiego scenariusza.

- Decyzję o porodzie domowym podjęłam dość szybko, bo na początku ciąży. Czułam jednak, że jest ona na tyle kontrowersyjna, że dzieliłam się nią tylko z najbliższymi. Teściom nie powiedzieliśmy do samego końca, bo baliśmy się, że zarażą nas swoim lękiem - opowiada Natalia, mama półtorarocznego Bogusia.

Podobne doświadczenie ma Julka, która zwierza się, że sama ma trochę na sumieniu. W czasach, kiedy nawet jeszcze nie planowała dziecka, w ciążę zaszła jej najbliższa przyjaciółka. - Mocno rozważała poród domowy i poprosiła mnie o radę. Zareagowałam ostro. Powiedziałam, że to totalna głupota i niebezpieczeństwo. Finalnie urodziła w szpitalu, a ja do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że ją skrytykowałam - tłumaczy.

Może też dlatego, kiedy sama podjęła decyzję o urodzeniu we własnym mieszkaniu, zaczęła wszystkich dookoła nawracać na porody domowe. - Na rozmowę z rodzicami przygotowałam się jak na bitwę. Byłam uzbrojona w książki, artykuły, statystyki, a nawet filmy relacjonujące to wydarzenie. Próbowałam pokazywać je mamie, która była najbardziej nieprzekonana, ale nie potrafiła ich obejrzeć. Jej własny poród pozostawił w niej tyle lęku, że po 30 latach od tego wydarzenia nadal nie mogła patrzeć na rodzącą - ze smutkiem wspomina Julka.

Trauma porodowa jest niestety powszechna, i to nie tylko w starszym pokoleniu. Kaśka (możecie obserwować ją na Instagramie ), mama 15-miesięcznej Inki, wspomina, że przez całą ciążę tylko raz usłyszała, że czeka ją coś pięknego. - Nosiłam w sobie okropną wizję porodu, bo wszystkie kobiety mówiły mi, że to absolutnie straszne. W przełamaniu tego pomógł mi warsztat "Kreowanie nowej wizji narodzin", na którym razem ze swoją matką rozpracowałam traumę jej porodu. Przeżyłam to razem z nią raz jeszcze i dzięki temu zyskałam pewność, że chcę, żeby narodziny mojej córki wyglądały zupełnie inaczej - opowiada Kaśka. Dziś wspiera kobiety w przygotowaniach do domowych porodów.

Lubi mówić, że poród jest swego rodzaju aktem seksualnym, więc powinniśmy rodzić tak, jak się kochamy. - Ja przy jarzeniówkach i asyście obcych osób nigdy bym nie doszła - tłumaczy i dodaje, że decydując się na poród domowy, myślała w takim samym stopniu o sobie, jak i o dziecku. - Mam wrażenie, że wszyscy koncentrują się zawsze na matce i jej trudzie, a mało kto skupia się na tym małym człowieku, który musi przecisnąć się przez kanał rodny i zmienić środowisko z wodnego na powietrzne. To wielkie wydarzenie, które wymaga miękkiego lądowania. Chciałam, żeby moją córkę powitały na świecie ręce jej ojca, a nie ostre narzędzia i panowie w maseczkach - podsumowuje Kaśka.

Średniowiecze i ciemnogród

Niezgoda na medykalizację porodu i chęć przeżycia tego wydarzenia w naturalnym rytmie, na własnych warunkach - to argumenty, które Magda Witkiewicz, położna z 26-letnim stażem, najczęściej słyszy w swoim gabinecie. Bo choć lata mijają, w przypadku porodów domowych niewiele się zmienia. - Zawsze decydowali się na nie specyficzni ludzie, którzy w różnych obszarach życia lubili wykraczać poza schematy. 20 lat temu nazwałabym ich wyprzedzającymi epokę, a teraz myślę, że to po prostu są ludzie, którzy żyją bardziej świadomie - mówi.

Ich liczba przez ostatnie dziesięciolecia utrzymywała się na podobnym poziomie. Na poród w domu decyduje się około 1-2 proc. rodzących (dla porównania w Holandii jest to prawie 40 proc. ), choć biorąc pod uwagę fakt, że w tym czasie w kilku miejscach w Polsce powstały domy narodzin, gdzie kobiety rodzą w warunkach maksymalnie zbliżonych do domowych, to pewnie można by mówić o delikatnym wzroście zainteresowania porodem naturalnym. - Sytuację nieco zmieniła pandemia. Lęk przed zarażeniem czy restrykcjami związanymi z koronawirusem w szpitalach pomagał w podjęciu decyzji. Nadal jednak mam poczucie, że porody w domu interesują określoną grupę społeczną - mówi położna.

Potwierdzają to badania przeprowadzone przez fundację Dobrze Urodzeni, z których jednoznacznie wynika, że ponad 90 proc. osób decydujących się na taką formę porodu ma wyższe wykształcenie.

Mimo to nadal kobietom zdarza się usłyszeć w gabinecie ginekologicznym, że poród domowy to ciemnogród i średniowiecze. Nieprzyjemne reakcje lekarzy niespecjalnie dziwią położną, która problem widzi w naszej kulturze.

Magda Witkiewicz, położna z 26-letnim stażem (fot. Hubert Pelka)

- W Polsce panuje przekonanie, że ciąża stanowi zagrożenie dla kobiety. Świadczy o tym chociażby fakt, że pierwszą osobą, do której udajemy się po zrobieniu testu, jest lekarz, a nie położna. Przecież zwykle idziemy do lekarza, jak jesteśmy chorzy. System, który wyedukował zespół lekarski, ukierunkowany jest na wyszukiwanie patologii i dlatego trudno im patrzeć na ciążę i poród jak na fizjologiczny proces. Niestety, nadal dalecy jesteśmy od myślenia, że zarówno ciąża, jak i poród to zjawiska jak najbardziej normalne i naturalne - tłumaczy Witkiewicz, dodając, że oczywiście patologie się zdarzają i wówczas jest to obszar do działań lekarskich, ale w przypadku podręcznikowej, fizjologicznej ciąży obecność lekarza przy porodzie jest jak najbardziej zbędna. - Co więcej, uważam, że doświadczenie szpitalne jest niezbędne, żeby bardziej profesjonalnie obsługiwać porody domowe. Rolą położnej jest wychwytywanie zjawisk, które są odstępstwem od fizjologii. Bez znajomości patologii jest to trudniejsze - mówi i podkreśla, że nadal mało kobiet wie, że ciążę tak samo jak u ginekologa można prowadzić u położnej.

Porodowe "to do"

Wiedzy brakuje też w temacie samych porodów. - To, że rodzisz w domu, nie znaczy, że rodzisz bez kontroli medycznej. Kobieta, która chce urodzić u siebie, musi przejść restrykcyjną klasyfikację. Jej ciąża musi przebiegać podręcznikowo, nie ma tam miejsca na żadne odstępstwa od normy - opowiada Kaśka, kiedy pytam ją o ryzyko.

Klasyfikacji nie przechodzą chociażby kobiety z cukrzycą ciążową ani te, które mają za sobą poród przez cesarskie cięcie. Poza aspektami fizjologicznymi brane są również pod uwagę predyspozycje psychiczne. Te oczywiście podlegają indywidualnej ocenie położnej.

- Mam taką zasadę, że nigdy nie namawiam na poród domowy. Rzetelnie odpowiadam na wszystkie pytania, a bywają sytuacje, że wręcz odradzam poród w domu - mówi Magda Witkiewicz. - Kiedy rozmawiam z potencjalną pacjentką, zawsze staram się też wybadać jej intencje. Jeśli za porodem domowym przemawia strach przed szpitalem albo lęk przed zostaniem bez partnera i poród domowy jest formą ucieczki przed czymś, czego się kobieta boi, wiem, że współpraca może być trudna. Bardzo nie chciałabym sytuacji, w której postanawiam, że musimy jechać do szpitala, a pacjentka odmawia. Najlepiej decydować się na poród w domu wtedy, kiedy jesteśmy otwarci na wszelkie możliwe scenariusze.

Otwartość na nieznane to w przypadku porodu hasło klucz. Tym bardziej jeśli mówimy o pierworódkach, które zupełnie nie wiedzą, jak się zachowa ich ciało i jak tę ekstremalną sytuację będą przeżywać. - Oczywiście poród domowy u kobiety, która rodzi po raz pierwszy, nie wiąże się z większym ryzykiem, ale zawiera w sobie więcej niewiadomych - uspokaja położna.

Otwartość na nieznane to w przypadku porodu hasło klucz (fot. Shutterstock)

Nie znaczy to jednak, że do porodu nie można się przygotować. Co więcej, jeśli planuje się rodzenie w domu, to pewne rzeczy należy wcześniej przemyśleć.

- Ręczniki, miska, podkłady, dla chętnych dmuchany basenik. Lista rzeczy, które należy mieć pod ręką, jest długa. Ze spraw mniej oczywistych w naszym "porodowym to do" było poinformowanie sąsiadów o możliwych krzykach, załatwienie kierowcy na wypadek transferu do szpitala i przygotowanie poporodowej zupy - wspomina z uśmiechem Kaśka, a położna dodaje, że z jej punktu widzenia do porodu wystarczy dach nad głową i ciepła woda w kranie. Tyle ze szczegółów technicznych, ale oczywiście jest też całe zaplecze psychiczne.

- W pierwszej fazie porodu bardzo pomogły mi płyty z hipnotyzującą muzyką, która miała wprowadzić mnie w stan głębokiej relaksacji. Oswajałam się z nimi całą ciążę i rzeczywiście zadziałały. W odprężeniu pomogły też lawendowe świece, które wcześniej sobie przygotowałam, no i oczywiście fakt, że leżałam w swojej łazience, w swojej wannie i otoczona swoimi ludźmi - podkreśla Julia.

Kaśka poza zapachami i muzyką, która akurat ją - okazało się - bardzo drażniła i szybko została zastąpiona odgłosami z dżungli, dużo wysiłku włożyła w przygotowanie merytoryczne. - Po pierwsze, czytałam książki. Zaczęłam od kultowej Iny May Gaskin, a potem już wszystko, co wpadło mi w ręce. Po drugie, oglądałam filmy. Tu szczególnie polecam "Narodziny, jakie znamy" i "Those are my hours". No i wzięłam udział w kilku warsztatach, w tym w trzymiesięcznym kursie online "Błękitny poród", gdzie ćwiczyłam oddechy i pracowałam nad przekonaniami. Na kursie przygotowałam też hasła afirmacyjne, które bardzo pomogły mi podczas samej akcji porodowej. Szczególnie jedno, które zawisło na lustrze w łazience: "Twoje ciało wie, jak urodzić" - opowiada Kaśka.

Z kolei Natalia dużo energii poświęciła na przygotowanie przestrzeni dla położnej, może też dlatego, że sama od zawsze marzyła o pracy w tym zawodzie. - Zorganizowałam jej osobny pokój u nas w mieszkaniu. Był tapczan, kocyk, upieczone przeze mnie ciasteczka i instrukcje, jak zrobić sobie herbatę w naszej kuchni - śmieje się Natalia, tłumacząc, że dzięki temu miała poczucie większej prywatności. Położna spędzała czas w swoim pokoju i tylko w kluczowych momentach włączała się do porodu.

Scenariusze końca

Momenty. No właśnie. Tych nie zabrakło. Bo o ile przygotować się można na wszelkie okoliczności, to życie pisze własne scenariusze. Kaśka urodziła praktycznie sama, położnej udało się dojechać na ostatnie 15 minut, kiedy główka Inki była już niebezpiecznie blisko wyjścia. Pisząc "praktycznie sama", mam na myśli obecność niebywale zaangażowanego partnera, towarzystwo pomocnego przyjaciela i położną na telefonie. Córeczka urodziła się wspaniała i zdrowa.

Kaśka urodziła praktycznie sama, położnej udało się dojechać na ostatnie 15 minut (fot. Michał Klusek)

Przygód nie zabrakło też Natalii. Jej poród zakończył się transferem do szpitala, co zdarza się dość rzadko - w mniej niż 10 procentach porodów - i cesarskim cięciem. Przyczyną był krwotok i odklejające się łożysko - w porę zauważone przez jej domową położną.

Z kolei Julkę w trakcie skurczów odwiedziła policja, wezwana przez zaniepokojonych krzykami sąsiadów. Policjanci uparcie chcieli ją legitymować, mimo że rodząca wiła się nago w wannie. Finalnie skończyło się na spisaniu położnej, ale przez chwilę było i strasznie, i śmiesznie. Tym bardziej że odwiedziny patrolu rozjuszyły psy Julii i do krzyków rodzącej doszło ich ujadanie. Cóż, zwykłe życie. Jak lubi mówić Kaśka, poród to też krew, kupa i rzygi, a nie tylko egzystencjalne wibracje. Nie ma czego się wstydzić.

Ani wstydzić, ani żałować. Bo choć poród każdej z dziewczyn mocno odbiegał od wymarzonego scenariusza, to wszystkie są przekonane, że rodzenie w domu było najlepszym z możliwych wyborów. - Po pierwsze dlatego, że jak już jest po wszystkim, to się leży w swoim łóżku, w swojej pościeli, ze swoim kubkiem i herbatą. Serio, nie ma nic lepszego w połogu. Po drugie dlatego, że można rodzić z bliskimi. Poza partnerem i położną była ze mną przyjaciółka i dwa psy. A po trzecie, mam poczucie, że w szpitalu nikt nie pozwoliłby mi przeć przez trzy godziny i zapewne mój poród zakończyłby się cesarką. A tak urodziłam po swojemu - wymienia Julia.

Kaśka dodaje, że od kiedy urodziła w swoim mieszkaniu, to ta przestrzeń już na zawsze zmieniła swoje oblicze. - Kiedy Inka przyszła na świat o 9.37, dom nagle rozbłysnął niesamowitym światłem. Nigdy tego nie zapomnę. I tego, jak już po wszystkim usiedliśmy z położną i asystującym nam przyjacielem i jedliśmy ciepłą zupę z chlebem, który jakimś cudem Michał zdążył upiec w trakcie mojego porodu - wspomina ze wzruszeniem.

Żal jedynie pozostał w Natalii, bo poród w szpitalu był czymś, czego nie brała pod uwagę. - Finalnie jestem zadowolona ze swojego porodu, głównie dlatego, że jego większa część odbyła się w domu. Ale musiałam przepracować fakt, że nie wszystko poszło tak, jak sobie to wyobraziłam. Pomogły upływ czasu i opowiadanie o porodzie bliskim, koleżankom i innym mamom. Teraz myślę, że to była wspaniała lekcja pokory dla mnie. Byłam dość radykalna w temacie porodów domowych, a dziś mam bardziej racjonalne podejście i uważam, że rodzić należy tam, gdzie czuje się bezpiecznie. Po prostu - tłumaczy.

Nadal kobietom zdarza się usłyszeć w gabinecie ginekologicznym, że poród domowy to ciemnogród i średniowiecze (fot. Shutterstock)

A ja dopowiem, że też tam, gdzie cię na to stać. Poród domowy nadal nie jest refundowany w Polsce. W Warszawie to wydatek rzędu 4000-5000 zł. Cena nie obejmuje wizyty neonatologa, który powinien ocenić kondycję dziecka w pierwszej dobie życia, niektórych badań standardowo wykonywanych noworodkom w szpitalu oraz szczepień. Rodzice muszą to zorganizować we własnym zakresie - dodatkowym kosztem porodu staje się więc także większy wysiłek.

To jednak drobiazgi. W obliczu cudu, jakim jest urodzenie życia, pieniądze i miliony telefonów do przychodni przestają mieć znaczenie.

Olga Święcicka. Krytyk teatralny z wykształcenia, dziennikarka z serca. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała m.in. w "Wysokich Obcasach", "Przekroju", "Newsweeku" i w "Vogue". Autorka wywiadu rzeki z Maciejem Nowakiem "Mnie nie ma". Ciągle wierzy, że jest debiutantką.