Rodzina
Lęk bywa destrukcyjny (fot. pexels.com)
Lęk bywa destrukcyjny (fot. pexels.com)

Tekst po raz pierwszy został opublikowany w 2018 roku.

Słyszała: umrzesz. Nie wiedziała, dziś czy jutro, czy za dwa dni, więc przestała robić plany. Przestała myśleć o chłopaku, studiach, bilecie miesięcznym. Wsłuchiwała się w ciało, a ciało mówiło: jest źle. Nie chciała się na to godzić. Rano wstawała, starała się powstrzymać mdłości i coś zjeść. Siadała w fotelu, zamykała oczy i zajmowała się skanowaniem własnego ciała. Skupiała się na tym, żeby przeżyć dzień.

Wcześniej była burza. Miała 19 lat, szła ulicą i zaskoczyły ją pioruny. Wtedy pierwszy raz usłyszała, że to koniec. Że umiera. Teraz, już.

Minęło. Wróciła do domu. Ale po kilku tygodniach zaczęło wariować serce i szalało rozdygotane ciało. Poprosiła rodziców, żeby zawieźli ją do przychodni studenckiej. Nie była w stanie wejść o własnych siłach na pierwsze piętro. Dostała leki na zwolnienie pracy serca.

Na zaburzenia lękowe cierpi ok. 20-40 proc. Polaków (fot. pexels.com) ()

Potem lęk dopadał ją nagle. Pojawiał się w drodze do sklepu, na uczelnię, na osiedlu. Serce rozsadzało klatkę piersiową, brakowało tchu, całe ciało się trzęsło, prawie mdlała. Ktoś, kto nie istniał, przystawiał lufę do skroni, ale przedłużał chwilę przed naciśnięciem spustu. Mózg mówił: umierasz. A ona mu wierzyła.

Było coraz gorzej. Jeden lekarz, drugi, trzeci, serce wariuje, więc zajmijmy się sercem: EKG, echo, próba wysiłkowa, holter, elektrolity. Diagnozy nie było. Z lufą przy skroni trafiła do piątej lekarki, homeopatki. Lekarka spojrzała na wyniki, na nią. - Nerwica* - powiedziała.

Agata ma dziś 37 lat, ciemne włosy i wielkie, smutne oczy. Była przekonana, że lęk jest skutkiem, a nie przyczyną. Owszem, bała się śmierci, reakcje jej ciała świadczyły o poważnej chorobie, której nikt nie potrafił znaleźć. - Szukałam: arytmia serca, może coś w mózgu albo rak? Jaka nerwica? Ja młoda, wysportowana, bez problemów z ludźmi? - mówi.

Tygrys szablasty

Bez lęku człowiek by nie przetrwał. Chroni nas przed zagrożeniem, przed podejmowaniem ryzykownych decyzji. Gdy nasz praprzodek natrafiał na tygrysa szablastego, w jego mózgu włączał się dzwonek alarmowy: walcz lub uciekaj. Następował wyrzut hormonów: adrenaliny, która mobilizowała do działania, a potem kortyzolu, który działał przeciwzapalnie i pomagał w zabliźnianiu się ran.

Lęk chroni nas przed zagrożeniem, ale gdy towarzyszy nam zbyt często, uniemożliwia normalne funkcjonowanie (fot. pexels.com) ()

Co się dzieje, gdy zagrożenie trwa zbyt długo, albo zbyt często się powtarza? - Do pewnego momentu im większy lęk, tym większy wyrzut adrenaliny - tłumaczy Kaja Romanowicz, psycholog, psychoterapeuta Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczo-Behawioralnej. - Im wyższa adrenalina, tym bardziej człowiek chce tego tygrysa zaatakować, bądź przed nim uciec. Ale jeśli zagrożenie nie mija, nasza wydajność spada, przestajemy sobie z lękiem radzić. Następuje wyczerpanie. Układ współczulny - mobilizujący nas do walki - jest u człowieka z nerwicą przestymulowany. Każdy z nas powinien funkcjonować na zasadzie: bodziec - relaks, bodziec - relaks, a tu mamy: bodziec, bodziec, bodziec.

Tygrys szablasty zagrażał życiu, ale spotkanie z nim - o ile udało się wyjść z niego cało i o ile zaraz nie dochodziło do następnych - nie musiało być szkodliwe dla systemu nerwowego naszego praojca. Jeśli następował odpoczynek, było wyciszenie, czas na zebranie sił - nasz przodek ładował baterie, by stawić czoła kolejnym niebezpieczeństwom.

Żeby zaistniała nerwica, sygnałów alarmowych musi być bardzo dużo. Ale też mała na nie odporność. Najczęściej nerwicę uaktywnia coś, co psychologowie nazywają bodźcem spustowym: pójście na studia, wyjazd na stypendium za granicę, rozwód, utrata pracy, konflikty w domu. Nie jest to przyczyna nerwicy, ale wyzwalacz. Często więcej niż jeden. Na nerwicę trzeba zapracować. Pracuje na nią chory, jego geny, nieodporny system nerwowy, ale też często jego środowisko - rodzice, rodzice rodziców itd. Trudno określić, jak głęboko to sięga.

Lęk bywa cwany. Potrafi się sprytnie ukryć. Zdarza się, że chorzy latami chodzą do lekarzy z sercem, bólami żołądka, nadciśnieniem. Robią dziesiątki badań, które nic nie wykazują. Lęk jest, ale właściciel go nie czuje. Bo od małego był uczony, jak nie czuć. Przechodził trening pod tytułem: Złość w tym domu nie będzie tolerowana. A ponieważ złość jest na poziomie fizjologicznym taka sama jak lęk, to uczył się też odcinania od lęku. Po latach takich ćwiczeń osoba z zaburzeniami lękowymi czuje przyśpieszone bicie serca, ale lęku i złości - nie.

Walka

Agata zaczynała drugi rok studiów. Nie czuła głodu, radości, przyjemności, smutku. Tylko lęk. Z nim zaczynała dzień i z nim go kończyła o czwartej rano, gdy łaskawie pozwolił zasnąć. Nie uwierzyła lekarce homeopatce, ani psychologowi, do którego w końcu trafiła. Po pół roku natknęła się na jakąś babską gazetę, w której były opisane jej objawy. Dopiero wtedy uwierzyła. Miała już za sobą kilka napadów paniki i nie wychodziła z domu. Jej mama nie przyjęła do wiadomości diagnozy. - Reagowała złością, kazała wziąć się w garść - wspomina Agata. Bała się, że to anoreksja, więc próbowała wmuszać we mnie jedzenie. Mówiła: - Ty w ogóle nie myśl, że nie skończysz studiów.

Na nerwicę trzeba zapracować. Pracuje na nią chory, jego geny, nieodporny system nerwowy, ale także otoczenie, w którym żyje (fot. pexels.com) ()

Zaczyna się walka: próby wychodzenia na uczelnię. Im bardziej się oddala od domu, tym bardziej ciało się buntuje. Lęk narasta. Na początku po napadzie paniki wraca do czterech ścian. Potem stara się go przeczekać, rozmawia ze sobą: - Nie ma się czego bać. To zaraz minie. Nic się nie dzieje. Ciało wie swoje, ale powoli bunt słabnie. Ma mdłości, więc jeździ z torebką foliową. Na początku na uczelnię i z powrotem. Potem chociaż na godzinę zajęć, potem na dwa, trzy ćwiczenia. Wykłady odpuszcza.

- Siadałam blisko wyjścia. Uczyłam się, jak z silnego lęku nie przejść do napadu paniki. Gdy zbliżał się atak, próbowałam wziąć się za łeb, szybko wyjść, położyć na trawie z dala od ludzi i przeczekać. Jeśli wykład był między ćwiczeniami, to szłam do toalety i tam starałam się ukryć. Nie mógł mnie nikt zobaczyć, bo jeśliby ktoś z troskliwą miną zapytał, czy źle się czuję, toby potwierdzało mój zły stan. I nakręcałoby lęk. Po zajęciach wracałam do domu, kładłam się, napięcie trochę schodziło - mówi.

Nie ma siły na spotkania z ludźmi, kino, teatr, wakacje. Boi się windy, zamkniętych pomieszczeń, z których trudno się wydostać, oddalenia od domu. Najpierw w ogóle nie wsiada do metra, potem próbuje, ale zdarza się, że wysiada co stację. Jej system nerwowy jest rozregulowany, jakby cały czas dźwięczał w jej głowie alarm: uwaga, niebezpieczeństwo. Na najmniejszą trudność organizm reaguje spięciem nieadekwatnym do sytuacji. Próba znalezienia książki w księgarni powoduje biegunkę. Świadomość, że musi być w pracy na 8.00 rano - lęk. Drzwi nie chcą się otworzyć - lęk. Jedzie autobusem, w którym nie ma toalety - lęk.

Tygrys szablasty czai się za każdym rogiem.

Zrozumiałam, że nie umrę

Miała 24 lata i chciała się rozpaść na atomy.

- Czego się boję, zastanawiałam się. Czy boję się samego umierania? Zawsze miałam poczucie, że śmierć nie jest końcem. To, co mnie najbardziej przerażało, to że wyląduję w nicości. W jednym z napadów paniki miałam takie doświadczenie, jakby mnie ktoś wystrzelił w kosmos. Jakby wszystko zniknęło. Taka samotność na bardzo głębokim poziomie. I wtedy zrozumiałam, że to wszystko nie jest pozbawione sensu. Ta klaustrofobia to był lęk przed odcięciem się od życia, przed nicością - opowiada. - Nie, nie jest tak, że strach przed śmiercią zamienia się w pragnienie jej. Jedno jest obok drugiego. Chcesz, żeby to się skończyło, więc pragniesz czegoś, co cię najbardziej przeraża.

W nerwicy mózg jest w takim trybie, że wszystko odbiera jako zagrożenie (fot. pexels.com) ()

W nerwicy mózg jest w takim trybie, że wszystko odbiera jako zagrożenie. Jedziesz metrem. Wystarczy, że pociąg zwalnia, silnik pracuje trochę inaczej, mózg wyłapuje to natychmiast. I już wyświetla w wyobraźni to, co się będzie działo. Po ataku na World Trade Center było jeszcze gorzej. Patrzysz: wchodzi ktoś ciemnoskóry z plecakiem, albo wydaje ci się, że ktoś w tłumie trzyma nóż. I myślisz: zaraz umrę. Próbujesz przewidzieć, gdzie wydarzy się tragedia. Próbujesz kontrolować wszystko. To potrafi doprowadzić człowieka do szaleństwa.

- Możesz mieć sto napadów klaustrofobii i sto razy myśleć: to cud, że przeżyłam. Po roku zrozumiałam, że nie umrę. Ale cały czas miałam poczucie, że wydarzy się coś złego - mówi Agata. - I nienawidziłam swojego ciała. Potrafiłam się tylko nienawidzić. Czułam złość. Na siebie, na rodziców, że mi spieprzyli życie. Widziałam, jak wygląda związek ze mną. Powoli pojawiała się rozpacz. Bo pomimo wieloletniej walki lęk nie mijał. Docierało do mnie, że nie ma dla mnie nadziei. Miałam gigantyczne poczucie straty. Że ukradziono mi życie.

Po studiach pracowała w organizacji pozarządowej jako wolontariuszka. Minął rok i dostała etat. Odpowiedzialność, terminy, codziennie praca po 8 godzin. Po kilku tygodniach się posypała. Pojechała do domu, poszła do taty i powiedziała mu, że nie ma siły. Że to koniec. Że musi ją zawieźć do szpitala. Psychiatra postawił sprawę jasno: - Niech pani zacznie brać leki. W ciągu miesiąca postawiły ją na nogi.

Wyprowadziła się z domu, wynajęła pokój. Wróciła do pracy, kina, teatru, knajp, spotkań z przyjaciółmi, centrów handlowych. Z Alkiem, jej chłopakiem, znów zaczęli jeździć w góry. Były potem okresy, kiedy lęk się zwiększał, ale to już nie było to, co kiedyś.

Muszę

Ważne słowo: muszę. Osobom z nerwicą wyświetla się częściej niż zdrowym. Muszę być najlepszy. Muszę skończyć studia. Muszę awansować. Muszę mieć płaski brzuch. Muszę wypucować dom. Nie popełnić błędu. Zacisnąć zęby. Nie zawieść bliskich. A każde "muszę" to jak spotkanie z tygrysem.

Osoby z nerwicą zwykle przez życie idą tak, jak ich nauczono. Nie pytają: czego chcę? (fot. pexels.com) ()

Idą, jak ich nauczono. Nie pytają: czego chcę? Ich tożsamość zbudowana jest z tożsamości innych. Maszerują jak nakręcana lalka, którą uruchomili rodzice, szkoła, społeczeństwo, religia. Pokończą szkoły, wyprowadzą się z domów. I wciąż wyświetla się im: muszę. Wewnętrzny krytyk, który rzadko ich opuszcza, potrafi uprzykrzyć życie. Może przybierać postać zrzędliwego smerfa Marudy: Za późno wstałeś. Jesteś do niczego. Nikt cię nie pokocha. Jesteś złym człowiekiem.

Dużo wśród nich Dorosłych Dzieci Alkoholików. W rodzinie przemoc fizyczna i psychiczna, autorytarne wychowanie. Ale też nadmierne wymagania czy manipulowanie poczuciem winy. Wszystko, co odbiera dziecku poczucie bezpieczeństwa.

Mogło się też zdarzyć, że matka była nadopiekuńcza, lękowa, świat widząca jako zagrożenie. I przekazała to potomkowi. Albo matka była wycofana, a ojciec próbował wychować chłopca na silnego mężczyznę. Mówił: nie maż się, weź się w garść, tylko baby ryczą. Albo rodzice byli nieuważni, zamknięci na potrzeby dziecka, a dziecko wyjątkowo potrzebujące ciepła i troski. Scenariuszy są dziesiątki. Trochę jak w przypadku katastrof lotniczych - najczęściej na błąd człowieka nakłada się kilka nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Podobnie w zaburzeniach nerwicowych - na błędy rodziców i niesprzyjający rodzinny klimat nakłada się neurotyczna osobowość dziecka i konstrukcja jego układu nerwowego, z której wynika wrażliwość, niska odporność na stresy.

Uszczęśliwić mamę

Myślała: jestem problemem. Gdy Agata była mała, tata często wyjeżdżał, więc mama zostawała sama z dwójką dzieci, z codziennymi troskami. Agata dużo chorowała, mama się martwiła, czasem płakała. Agata była pewna, że to przez nią, starała się mamę pocieszyć. Chciała być dobrą córką. Nie przysparzać kłopotów. Uczynić jej życie lżejszym.

- Zaczęłam wyrastać w przekonaniu, że gdyby mnie nie było, innym byłoby łatwiej - wspomina. - Kiedy jako dorosła osoba poszłam na terapię, zaczęłam widzieć cały układ mojej rodziny. Dostrzegać, że wzięłam odpowiedzialność na siebie, żeby ona była szczęśliwsza. Że zrezygnowałam z siebie.

Mama mówiła: - Uważaj! Nie przewróć się, nie upuść, nie zachoruj, nie wracaj po 22.00. Więc uważała i była ostrożna. Wchodziła w życie z przeświadczeniem, że świat jest groźny, nieprzyjazny, że trzeba liczyć na siebie.

Rodzice, owszem, okazywali miłość. Przytulali i mówili, że kochają. Troszczyli się o Agatę i o jej 3 lata starszą siostrę. Dbali o ich zdrowie, jedzenie, czapki, szaliki, lekcje, wakacje. Czuje się z rodzicami związana. Wie, że bardzo ją kochają i ona ich bardzo kocha. Ale...

Nerwica to zaburzenie, z którym trudno uporać się samemu (fot. pexels.com) ()

Mama jest choleryczką. Trzeba jej zejść z drogi, gdy się wścieknie. Agata bała się, kiedy mama wpadała w złość, więc sama złości nie okazywała, bo mama reagowała na nią wybuchami, których Agata się bała. Koło się zamykało. - Na terapii okazało się, że nie wiem, kim jestem. Że nie mam połączenia z moimi emocjami - mówi.

Kiedy zaczęła się mamie stawiać, wtedy ona wpadała w niekontrolowany potok raniących słów. Jej furia paraliżowała Agatę. Tata nigdy nie potrafił jej przed tymi wybuchami obronić. - W pewnym momencie poczułam, że zostałam wykorzystana do tego, żeby mama czuła się wartościowa i kochana. Miała dziecko, jego miłość, pełną uwagę. A ja - ciągłe poczucie winy, że kocham za mało - opowiada.

Uczę się tracić twarz

Seksualność i gniew - to dwie sprawy, które w rodzinie Agaty nie były akceptowane. W kościele też to słyszała: że źli pójdą do piekła, dobrzy pójdą do nieba. Chciała być dobra. W domu bała się kary, więc też bała się kary wiecznej. Chodziła do kościoła z lęku. I miała poczucie, że jest złym człowiekiem.

- Zaczęło się na terapii, ale dopiero gdy trzy lata temu doświadczyłam spotkania z Bogiem - to najbardziej mnie zmieniło. Zrozumiałam, że mogę się skonfrontować z prawdą o sobie, z moją słabością i ta słabość jest przez Boga akceptowana - mówi.

Uczy się wkurzać. Przyznawać do niefajnych myśli, niefajnych emocji. Pozwala sobie, żeby kogoś nie lubić. Uczy się tracić twarz dobrej osoby.

- Trzeba sobie jasno powiedzieć: to nie jest tylko kwestia moich rodziców, to jest też kwestia tego, jacy byli ich rodzice. Kwestia wojny, zagrożeń, które wpłynęły na wychowanie mamy i taty. Traum, o których nie wiem. Dlatego szukanie winnych nie ma sensu. Choć oczywiście przeżycie gniewu z powodu tego, co się straciło, jest ważne. Żeby pójść dalej - tłumaczy Agata.

Umieram, przyjeżdżaj!

Chciała 18 latom z nerwicą nadać sens. Zaczęła pisać bloga.

A do niej zaczęli pisać czytelnicy:

Młoda kobieta - objawy pojawiły się u niej, gdy zaczęła pracę przy rezonansie i tomografii, na które kierowani byli chorzy na raka: Czułam, jakby ktoś niszczył moje kolorowe życie i pokazywał jego prawdziwe oblicze. Panicznie boję się śmierci, staram się zmienić pracę.

Osoby z nerwicą boją się leków - boją się utracić kontrolę i tego, że pod ich wpływem przestaną być sobą (fot. pexels.com) ()

Chłopak - kiedyś zachłysnął się wodą i teraz tak boi się zadławienia, że prawie przestał jeść i pić: Wcześniej cieszyłem się życiem, teraz lęk przed zadławieniem mnie paraliżuje.

Mężczyzna, ojciec trójki dzieci - boi się wyjść do pracy i do sklepu oddalonego o 150 metrów od domu.

Stawała się pogotowiem ratunkowym.

- Umieram! Przyjeżdżaj, mam zawał - błagała Paulina przez telefon.

- Nabierz powietrze, wstrzymaj, wstrzymaj, wypuść. Nabierz, wstrzymaj, wstrzymaj, wypuść - krzyczała Agata w słuchawkę.

Pisali z całej Polski:

"Nie ma dla mnie nadziei",

"Walczę z nerwicą od 20 lat",

"Od siedmiu lat rujnuje mi życie",

"Od trzech lat nie wychodzę z domu".

Agata próbowała namówić ich na terapię, na leki. Szło opornie. Osoby z nerwicą boją się leków - Agata wie to doskonale - boją się utracić kontrolę i tego, że pod ich wpływem przestaną być sobą. Niektórzy wybierają domową wegetację lub oswajają przestrzeń, na której uczą się poruszać: dom - sklep - dom.

- Są trudni - przyznaje Agata. - Irytujący, zwłaszcza dla lekarzy. Trzeba mieć wielkie pokłady cierpliwości. Tłumaczyć to samo kilka razy. Miałam dla nich mnóstwo zrozumienia, ale dla mnie to też było trudne.

Przestała prowadzić bloga, a oni wciąż piszą.

Agata wciąż bierze leki. Skończyła drugi kierunek studiów - psychologię, pracuje, ma kochającego męża.

*Nerwica - jest pojęciem używanym potocznie, które w medycynie kilka lat temu zostało zastąpione terminem 'zaburzenia lękowe'. Należy do nich bardzo szerokie spektrum zaburzeń: fobie (np. klaustrofobie, agorafobie), zespoły lęku napadowego, zespół lęku uogólnionego, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, ale również zaburzenia psychosomatyczne (bóle serca, nadciśnienie, alergie o podłożu psychicznym), a także zaburzenia snu.
Szacuje się, że na zaburzenia lękowe cierpi ok. 20-40 proc. Polaków - mieli co najmniej jeden epizod w ciągu życia.
Praca z pacjentem cierpiącym na nerwicę wymaga ogromnych pokładów cierpliwości (fot. pexels.com) ()

Wszystkie imiona zostały zmienione.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Aleksandra Warecka. D ziennikarka, copywriterka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała w Dużym Formacie i Tygodniku Powszechnym.