Rodzina
(BraunS / iStockphoto.com)
(BraunS / iStockphoto.com)

"Do życia nie jest dołączana instrukcja obsługi" - informuje reklama w nowojorskim metrze. To hasło promocyjne mieszczącego się na Manhattanie kościoła Marble Collegiate Church. Trudno tym słowom odmówić racji, ale jeśli spojrzeć na niemalejący popyt na poradniki psychologiczne, wydaje się, że w ludziach wciąż tkwi nadzieja na znalezienie przepisu na idealne życie.

Od PRL-u do poradnikowego eldorado

4 czerwca 1989 skończył się w Polsce komunizm, co obwieściła to ze studia telewizyjnego Joanna Szczepkowska. I skończył się także czas, kiedy obecne na rynku książki z dziedziny psychologii, można było policzyć na palcach obu rąk.

 

W PRL-u cenzura ograniczała dostęp nie tylko do literatury wrogiej wobec panującego ustroju, ale i do takiej, która podnosiła samoświadomość, podkreślała indywidualność człowieka i stwarzała szansę na rozwój duchowy.

Przykładowo poradniki dla rodziców o tym, jak wychowywać dzieci, w zasadzie nie istniały. Przy odrobinie szczęścia można było przeczytać trudno dostępną książkę "Dziecko. Pielęgnacja i wychowanie" Benjamina Spocka, który zachęcał matki i ojców, żeby bardziej zaufali własnej intuicji, a mniej trzymali się twardych zasad, jakie nakazywało pruskie wychowanie. Opublikowana została też pozycja nakłaniająca do karmienia piersią autorstwa Sheili Kitzinger, co było nowością, bo zazwyczaj młoda matka wraz z wypisem ze szpitala dostawała instrukcję, żeby karmić noworodka co trzy godziny mlekiem w proszku.

Dla tych, którzy przed rokiem 1990 decydowali się na wydawanie literatury psychologicznej i poradników, był to dobry biznes i jednocześnie spore ryzyko. Ze względu na politykę wydawniczą PRL-u książki na temat samorealizacji, świadomości siebie, poczucia wewnętrznej wolności i rozwoju duchowego trzeba było wydawać w drugim obiegu. Na takiej zasadzie pojawiły się w Polsce pierwsze książki poświęcone filozofii Wschodu, w tym buddyzmowi, które były jak powiew świeżości w codzienności PRL. Kilkanaście skryptów dla terapeutów, antologie tekstów o pracy nad sobą i nowatorskich terapiach wydali z kolei Jacek Santorski wraz z kolegą.

Popularne poradniki każdemu wróżą błyskawiczny sukces (fot. pixabay.com)

- Korzystaliśmy z tzw. prawa rękopisu, które zezwalało na nakład powielony w 100 egzemplarzach. Na tej podstawie cenzura przymykała oko na te "zakazane treści". Myk polegał na tym, że prywatnie dogadywaliśmy się z drukarzem na kilkaset i więcej egzemplarzy - opowiada Santorski. - Po latach dowiedziałem się, że ryzykowałem sporo ze względu na możliwe oskarżenie o spekulację papierem. Drukarze też ryzykowali, ale ci dzielni ludzie wydawali jednocześnie dla politycznego podziemia. A gdy trafiła się kontrola milicji, przykrywali bibułę na przykład skryptem na temat terapii przez ciało albo duchowymi praktykami totalnego orgazmu i mówili, że drukują to "dla jakiegoś dziwaka z Towarzystwa Psychotronicznego". Narażając się komunistycznemu reżimowi, byliśmy jednocześnie w porządku z zagranicznymi autorami. Przez wiele lat przechowywałem ich osobiste listy, w których wyrażali nie tylko swoją zgodę, ale i satysfakcję z rozpowszechniania ich metod terapeutycznych za żelazną kurtyną.

Dobre, bo zagraniczne

W latach 80. sprzedaż poradników psychologicznych prowadzona była w szarej strefie, na konferencjach, zjazdach i wysyłkowo, bez odprowadzania podatków. W latach 90. okazało się, że niezależnie od tego, jak bardzo wydawnictwo ma misyjny charakter, podlega jednak regułom biznesu. A to oznacza, że liczy się sprzedaż, marketing i trzeba mieć kapitał na pokrycie kosztów. Nagle okazywało się, że wydawnictwa, które w PRL-u wyrobiły sobie dobrą markę, na wolnym rynku notują straty i nie są w stanie utrzymać się z wydawania wyłącznie książek psychologicznych. Niemniej to właśnie wtedy, na początku lat 90., rynek wydawniczy został zalany publikacjami z tej dziedziny.

- Pamiętam kolegę ze studiów , który jeszcze w trakcie nauki napisał poradnik o tym, jak się sprzedać pracodawcy w dziesięć minut - opowiada Paweł Pawłowski, psycholog biznesu. - Książka rozeszła się błyskawicznie, a on zarobił na niej, jak na tamte czasy, oszałamiające pieniądze. Powód jego sukcesu był prosty : ludzie, chcąc dostać posadę, musieli przejść przez rozmowę rekrutacyjną, której z PRL-u nie znali i każdy chciał wiedzieć, jak się do niej przygotować .

Poradniki psychologiczne dosłownie zalały polski rynek wydawniczy na początku lat '90 (fot. Minerva Studio / iStockphoto.pl)

Poradniki psychologiczne zaczęli czytać wszyscy: począwszy od psychologów i psychoterapeutów, przez początkujących biznesmenów i menedżerów, na gospodyniach domowych i rodzicach kończąc. Początkowo rynek zalały tłumaczenia publikacji głównie amerykańskich, bardzo instruktażowych, typu "skuteczna komunikacja w siedmiu krokach", "pięć kroków do zwalczenia depresji", "szczęście w trzy dni" czy "zmienisz całe swoje życie do pojutrza". Ich przekaz był nakierowany na szybkie osiągnięcie szeroko rozumianego sukcesu bardzo prostymi, powtarzalnymi metodami.

- Wiele z tych książek to była poppsychologia. Na przykład "Kobiety, które kochają za bardzo", "Toksyczni rodzice", "Dochodząc do TAK", "Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus". - zauważa Ewa Woydyłło, psychoterapeutka i autorka książek psychologicznych. - Okazało się, że jest duże zapotrzebowanie na tzw. biblioterapię, czyli szukanie odpowiedzi na nurtujące pytania dzięki czytaniu poradników zawierających konkretne przykłady, z którymi można się utożsamić albo przejrzeć w nich i które skłaniają do autorefleksji. Niestety, czasem były one nadmiernie uproszczone i budowały w ludziach przekonanie, że dokonanie zmiany w życiu jest łatwe, nie wymaga czasu i pracy. A przecież nie wystarczy powiedzieć, że chciałoby się mieć bardziej udane małżeństwo, bo samo stwierdzenie niczego nie zmienia. Trzeba wiedzieć, co takiego miałoby się zdarzyć, żeby rzeczywiście zaszła poprawa. Czy to znaczy, że mamy więcej ze sobą rozmawiać, czy bardziej się wspierać? Częściej się kochać, więcej się bawić? A może mamy porozumieć się w kwestii naszych rodzin, które wzajemnie nie za bardzo lubimy?

Po pierwsze: nie szkodzić

Poradników, które szerzyły teorie niewiele mające wspólnego z prawdą, nie brakuje, i to w różnych dziedzinach. Psychologowie zajmujący się pracą z dziećmi uważają za bardzo szkodliwe te książki, które promowały trening samodzielnego usypiania niemowląt. Polegał on na zostawianiu płaczących maluchów w łóżeczkach do czasu, aż się same uspokoją.

Okładki oryginalnych, anglojęzycznych wydań poradników ''Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus'' i Dochodząc do TAK'' (fot. Wikimedia.org / Fair use)

- Dziś wiadomo, że ta metoda jest krzywdząca dla dziecka, bo uczy je, że może liczyć tylko na siebie i nastawia je na przetrwanie - tłumaczy psychoterapeutka Justyna Dąbrowska. - Mam duży dystans do poradników, które podają regulaminy postępowania i wydają gotowe rozporządzenia. Będę także sceptyczna wobec książki, która powie mi, jak mam zareagować, kiedy dziecko płacząc rzuca się na podłogę w supermarkecie. Taka instrukcja oddala rodziców od zastanowienia się, co się pod danym zachowaniem kryje. Przecież dziecko może rzucać się na ziemię z dwudziestu różnych powodów.

Justyna Dąbrowska przyznaje, że ma także mieszane uczucia co do książek duetu Adele Faber i Elaine Mazlish, które są popularne także wśród rodziców w Polsce. - Publikacja "Wyzwolone dzieci, wyzwoleni rodzice" pokazała wagę relacji i szacunku do dziecka, ale "Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły" dawała zbyt konkretne przykłady zwrotów, jakich należy używać wobec dziecka. A to może niszczyć spontaniczność rodzicielską. Takie "podręczniki" powodują, że rodzice przestają ufać w to, że warto być sobą w relacji z dziećmi - twierdzi.

Wielką szkodę osobom chorym na depresję wyrządził wydany niedawno poradnik Beaty Pawlikowskiej , która wcześniej pisała książki podróżnicze, kulinarne, do nauki języków obcych, a nawet o tym, jak zajmować się kotem. W ostatniej pisze: "[Depresja] to stan podobny do awarii komputera, w którego pamięci zderzają się sprzeczne albo nieadekwatne dane, na podstawie których nie może utworzyć jednoznacznego wyniku. Wtedy komputer się zawiesza. (...) Komputer sam z siebie się nie przebudzi. Musisz go zrestartować. Robi się to za pomocą naciśnięcia i przytrzymania głównego włącznika. (...) Trzeba go nacisnąć i trzymać. Tak długo, aż komputer westchnie i ocknie się z niebytu. Z depresją jest podobnie".

Zobacz wideo

Proste? Ale - zdaniem specjalistów i samych chorych - nieprawdziwe, a co gorsza, bardzo szkodliwe. Ktoś, kto uwierzy, że wyjście z depresji jest powiązane wyłącznie z siłą woli, nie wymaga farmakoterapii i aby go wyleczyć, należy "Znaleźć błędne dane, zastąpić je prawidłowymi i wgrać je na nowo do pamięci komputera", nie będzie szukał odpowiedniej dla siebie pomocy czy to u psychoterapeuty, czy u psychiatry, żeby wesprzeć się lekami.

- Efektem takich porad będzie tylko cierpienie wielu ludzi - komentuje dr Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta. - Nieleczona depresja, poza samym cierpieniem osoby chorującej, może mieć szereg innych konsekwencji, wliczając w to utratę pracy, pogorszenie jakości życia całej rodziny, a nawet samobójstwo pacjenta. Książka utrwala mit, na którego funkcjonowanie skarży się część osób z depresją: zarzuca im się lenistwo i nieumiejętność wzięcia się w garść. W ten sposób chorzy cierpią podwójnie - z powodu samej depresji, a także bycia niezrozumianymi i negatywnie ocenianymi przez innych.

Kolejny zły przykład, który można znaleźć w poradnikach, zachęca czytelników do rozładowania złości krzykiem albo biciem w gruszkę bokserską. - Ktoś, kto tak pisze, pomija badania na temat złości i opiera się wyłącznie na własnej intuicji albo staroświeckich przekonaniach - mówi Ewa Woydyłło. - Lata doświadczeń pokazały, że złość najlepiej wyrażać, czyli mówić o niej. Bez wulgaryzmów, obrażania kogokolwiek, używania pięści, rzucania doniczkami i ciężkimi przedmiotami.

Dr. Ewa Woydyłło Osiatyńska podczas debaty 'Być Kobietą w Polsce' (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Mniej szkodliwa, za to niezmiernie naiwna, wydaje się być rada znaleziona przez pacjentkę terapeutki Zuzanny Celmer w jednym z amerykańskich poradników. Książka opisywała sytuację, kiedy to para idzie na przyjęcie i umawia się, który z partnerów tym razem będzie pić alkohol, a kto będzie prowadzić samochód w drodze powrotnej.

- Mąż mojej pacjentki, choć zadeklarował abstynencję i odwiezienie rodziny do domu, nie dotrzymał słowa, zmuszając tym samym żonę do prowadzenia auta. A ona, idąc za namową poradnika, w pewnym momencie zatrzymała je i poprosiła męża, żeby sprawdził, czy coś złego nie dzieje się z kołem, bo wydaje jej się, że słyszy niepokojące dźwięki. Gdy ten wysiadł, dodała gazu i odjechała, skazując męża na powrót na piechotę, w deszczu. Kiedy dotarł po kilku godzinach do domu, wyładował wściekłość na żonie - mówi Celmer.

Najważniejsze: nie radzić

Większość psychoterapeutów zgodna jest co do tego, że autorzy naprawdę dobrych poradników nie udzielają rad i nie mówią, jak ludzie mają postępować. Im bardziej są oparte na rzetelnych badaniach, a nie intuicji autora, tym większa szansa, że na pewnym poziomie mogą nawet pomóc, choć głęboko tkwiących problemów nie rozwiążą. Zresztą, jak wynika z raportu Biblioteki Narodowej na temat czytelnictwa w Polsce w 2012 roku sporządzonego przez Olgę Dawidowicz-Hynkowską i Dominikę Michalak, motywacją Polaków do sięgania po poradniki rzadko jest chęć poradzenia sobie z konkretną trudnością. Znacznie częściej tego typu książki traktowane są jako element samorozwoju, poszerzania wiedzy, ale też jako forma miłego spędzania wolnego czasu.

Nawet najbardziej rzetelne poradniki nie zastąpią terapii osobom, które zmagają się z faktycznymi problemami psychologicznymi (fot. knape / iStockphoto.pl)

Zuzanna Celmer wierzy jednak w to, że jeśli człowiek trafi na poradnik, który dotyka jego problemu oraz pozwala mu go lepiej zrozumieć i ośmiela do krytycznego spojrzenia na samego siebie, to taka lektura może mieć dobry wpływ na jego życie i życie jego bliskich. - Kiedy my się zmieniamy, to wpływamy na drugą osobę - dodaje. - A ona zauważa, że sprawy zaczynają zmierzać w dobrym kierunku. Ale jeśli tylko jedna osoba pracuje nad sobą, a druga zostaje przy dotychczasowych zachowaniach, to najczęściej taka relacja z czasem się rozpada.

Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, uczula z kolei na poradniki pisane dla wszystkich i o wszystkim. - Szkoda na nie czasu - twierdzi. - Pomocne mogą być książki o bardzo wąskiej tematyce, odnoszące się do konkretnych problemów psychologicznych, kierowane np. do DDA, czyli Dorosłych Dzieci Alkoholików, do osób borderline albo cierpiących na depresję. Ktoś, kto widzi taki problem u siebie lub swoich bliskich, może znaleźć w tym konkretnym poradniku przydatne wskazówki, pozwalające lepiej zrozumieć sytuację i sobie z nią radzić.

Wojciech Eichelberger podczas debaty 'Czy dzisiejszy świat sprzyja byciu dorosłym?'' (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Ewa Woydyłło zauważa, że sięgając po poradniki, ludzie zawsze wyczytają te treści, które dotyczą ich bezpośrednio: - Ludzkie problemy są wszędzie takie same, w Afryce, u Eskimosów, u bogatych Australijczyków i biednych Białorusinów. Na poziomie głębokich przeżyć każda matka chorego, umierającego dziecka będzie cierpieć tak samo, a zdradzona żona będzie tak samo rozpaczać, niezależnie od wykształcenia czy statusu materialnego. Na poziomie psychologicznym będą potrzebować podobnego wsparcia, które czasem odnajdą w mądrych książkach.

Nina Harbuz-Karczmarewicz. Dziennikarka, reporterka, wydawca, prowadząca. Pytanie o to, "jak żyć?" najchętniej kieruje do psychologów w audycji "Problem z głowy" w radiowej Jedynce. Publikowała w "National Geographic Traveler" i "Magazynie Coaching". Absolwentka Gender Studies w IBL PAN. Po godzinach, w garażu na Saskiej Kępie, przeprowadza renowację starych mebli. Efekty można oglądać tutaj .

embed

Na Wasze listy czekamy pod adresem listydoredakcji@gazeta.pl. Redakcja zastrzega sobie prawo do niepublikowania wszystkich listów.