Rodzina
(fot. pixabay.com)
(fot. pixabay.com)

"Bądź miła". "Bądź twarda". "Powinnyśmy sobie pomagać". "Trzeba walczyć o swoje". Kobiety w pracy, pod obstrzałem sprzecznych oczekiwań, trafiają często w ślepy zaułek. Szefowa podziwia hobby koleżanki, ignorując jej osiągnięcia w pracy. Młoda pracownica i starsza pracodawczyni wchodzą w relację matka-córka, która uniemożliwia im skuteczne realizowanie zadań. Przyjaciółka niszczy przyjaciółkę w imię walki o władzę. Można w chorych reakcjach zwierzchniczki dopatrywać się psychopatii lub innych zaburzeń. Można też pochylić się nad własną bezbrzeżną naiwnością w wybieraniu przełożonej na najlepszą przyjaciółkę. Jaką strategię wybrać? Oddajemy głos tym, które na własnej skórze doświadczyły uroków skomplikowanej relacji z szefową.

Jak w toksycznej rodzinie

Amanda, sprzedawczyni w butiku, 25 lat:

Miałam dwadzieścia lat, to była moja pierwsza praca. Szefowa prowadziła sklep z biżuterią, ja w nim sprzedawałam. Bardzo chciała mieć ze mną dobrą relację. Chciała czuć, że jest fajna, młodzieżowa; podkreślała, że robi sobie tatuaże, choć ma męża i dwoje dzieci. Ja w tym okresie byłam dosyć samotna, a ona opiekuńcza, przypominała mi moją mamę. Zapraszała mnie na obiad, na piwo. Z wakacji nad morzem przywiozła prezent. Z jednej strony się ucieszyłam, ale z drugiej pomyślałam: Jak to, dlaczego moja szefowa przywozi mi podarunki z wakacji? Dała mi swojego laptopa. Zaczęły się problemy: nie umiała wyegzekwować ode mnie różnych rzeczy. Nie czułam obowiązku, dyscypliny. Byłam bardziej jak uciekająca przed odpowiedzialnością córeczka. Narzekała na mnie za plecami, ale nigdy nie usłyszałam od niej krytyki prosto w oczy. Wiedziałam, że jak czegoś nie zrobię, to ona sobie pogada, pogada, ale i tak na koniec będziemy się śmiały.

(zdjęcie ilustracyjne - fot. Giakita / iStockphoto.com)

Po roku wyjechałam do innego miasta. W kolejnej pracy szefostwo okazywało chłodny dystans, wymagania były stawiane jasno i egzekwowane krok po kroku. Straciłam dwie posady z rzędu, zanim odnalazłam się w takiej roli. Z tamtą szefową-przyjaciółką straciłam kontakt w dniu, w którym odeszłam.

Nika, copywriterka, 36 lat:

Bezpieczniej czuję się w sytuacji, gdy praca jest tylko pracą. Gdy osoby, z którymi pracuję, nie są moim środowiskiem odniesienia, nie wchodzę z nimi w koalicje towarzyskie czy światopoglądowe. Pracuję w korporacji i przeszłam tu bardzo trudne sytuacje z szefową, która kompletnie nie doceniała mojej pracy. Ostatecznie zespół nad nią zwyciężył, zmieniła podejście. Wolę jednak te przejścia od wcześniejszej pracy w małej agencji. Tutaj pracuję z osobami, które bardzo się od siebie różnią. Ludzie przed sześćdziesiątką, geje i lesbijki, młode i średnio młode matki. Nie ma pilnowania, jak kto żyje, bo jest oczywiste, że każdy żyje inaczej.

Tamtą agencję założyły dwie przyjaciółki z Akademii, które znałam z imprez. Wszystkie byłyśmy do siebie podobne: w zbliżonym wieku, hetero, bez stałego związku, z określonymi przekonaniami i wspólnymi zainteresowaniami. Miałam poczucie, że jestem obserwowana. Każdego dnia siedziałam nad briefem i czułam nieme oczekiwanie, że powiem coś szalonego. Że powinnam jakoś okazać "zwariowaną" stronę swojej natury, skoro koleżanki robiły to dzień w dzień. Namiętne romanse, drogie wyjazdy, buty za 1500 złotych. Nie odnajdywałam się w tym.

(zdjęcie ilustracyjne - fot. pixabay.com)

W tamtym czasie lepiłam z gliny. Szefowa chciała ode mnie kubek z chińskim ideogramem oznaczającym miłość i napisem "Tylko ty". A wszyscy przecież wiedzieli, jak bardzo nie układa jej się z chłopakiem. Byłam tą prośbą potwornie zakłopotana. Tak samo jak tym, że zapraszała mnie na urodziny. Nigdy nie wyrażała uznania dla tego, co robię, a jednocześnie zachwycała się, jaka jestem piękna. Po co? Dlaczego? Co to ma do rzeczy? Miałam wrażenie, że żyjemy w tej pracy jak w toksycznej rodzinie.

Dr Elżbieta Korolczuk, socjolożka z Uniwersytetu Södertörn w Sztokholmie: W naszej kulturze nie mamy wielu wzorców relacji z kobietą, która ma władzę. Zwykle odwołujemy się do tego, co znamy najlepiej, łatwo wejść w pracy w relację córka-matka. To powoduje sprzeczne oczekiwania i w efekcie trudne do rozwiązania konflikty. Jako kobiety jesteśmy socjalizowane do tego, by być uprzejme, empatyczne i miłe, by pomagać innym i zarządzać emocjami w relacji i w grupie. Dlatego, również w sferze zawodowej, często przyjmujemy rolę powierniczek sekretów i wspierających przyjaciółek. W dobrze zarządzanej firmie umiejętności komunikacyjne kobiet, ich zdolność do budowania dobrych relacji czy nacisk na etykę w biznesie może być zaletą. Jednak taki model rzadko sprawdza się tam, gdzie premiowana jest asertywność, rywalizacja i indywidualizm. Od kobiet szefowych, tak jak od wszystkich kobiet, oczekuje się troski, empatii, wrażliwości - jednak gdy je okazują, podwładni często uważają, że są słabe i nie zasługują na szacunek. Jednocześnie nie lubi się kobiet preferujących styl zarządzania postrzegany jako "męski", czyli oparty na hierarchii, nacisku na wyniki i rywalizacji. Takie szefowe łatwo uznaje się za nazbyt ambitne, mało kobiece, po prostu "wredne suki". Mężczyźni zajmujący pozycję władzy są "przezroczyści" - zwykle nie oceniamy ich zachowania pod kątem płci. W przypadku kobiet łatwo przypisujemy ich działania i wybory czynnikom związanym z ich płcią czy osobowością. Przyjaźń z szefową to nie najlepszy pomysł nie dlatego, że szefowe to potwory, tylko dlatego, że w pracy zawodowej obowiązują inne zasady niż w życiu prywatnym.

System oblubieńczy

Monika, korektorka, 42 lata:

Sztuczność, sztywność, hierarchia. Tak wyglądała praca w redakcji czasopisma "dla kobiet". Naczelna we własnym gabinecie na piętrze; niżej, w mniejszym, siedziały wicenaczelne; w otwartej przestrzeni redaktorki - a ja, korekta, w kanciapie na końcu korytarza. Zawsze na końcu, wraz z grafikami i osobami przygotowującymi do druku.

Na papierosie, gdy wchodziła osoba na wyższym stanowisku, rozmowy zamierały. Na spotkaniach kolegialnych łapaliśmy się za ręce i przekazywaliśmy sobie iskrę pokoju. Tak naprawdę wszyscy żyliśmy w strachu.

Kiedy naczelna rozstawała się z facetem, wzywała po kolei całą redakcję i powtarzała, że będzie pozbywać się ludzi, którzy ją zawodzą. Kiedy nie podobała jej się nasza praca, z nogami na biurku rzucała kartkami przed siebie. Część lądowała na podłodze, trzeba było je zbierać, przepraszając.

Jak miałam jechać do niej, na górę, bolał mnie brzuch. Mówiłam sobie: Adrenalina! Walka! I dopiero wtedy wsiadałam do windy.

(zdjęcie ilustracyjne - fot. jacoblund / iStockphoto.com)

Funkcjonował system oblubieńczy. Hołubiona była osoba, która miała talent albo chęć, żeby biegać do naczelnej, uściskać ją, zdrobnić jej imię, zadawać bardzo ważne pytania, toczyć niekończące się rozmowy... Ja nigdy nie miałam skłonności do tego. Chociaż... w sumie raz jeden też zostałam oblubienicą - kiedy postanowiłam, że stamtąd odchodzę i przestało mi zależeć. Stałam się mocno asertywna: - Tu są poprawki, nie podobają ci się, to nie. Tylko usuńcie mnie ze stopki redakcyjnej, nie chcę, żeby moje nazwisko było pod czymś, co jest źle napisane. Kiedy odeszłam, naczelna cztery razy dzwoniła, żeby ściągnąć mnie do nowego zespołu. Mówiła, że nikogo takiego jak ja już nie znajdzie. Teraz się kolegujemy. Wierzę, że tamte zachowania wynikały z tego, że ma ogromny, nierozwiązany problem ze sobą.

Nigdy nie byłam naczelną, nie wiem, z jaką presją to się wiąże. Ale jednocześnie to nie jest żaden powód do tego, żeby traktować ludzi jak śmieci. Od graficzki na odchodnym dostałam książkę "Psychopaci są wśród nas". - Może ci się przydać - powiedziała, bo przez cały czas obserwowała, jak mnie traktowano. Słyszałam, że koleżanka z biurka obok została naczelną i jak za dotknięciem różdżki też stała się potworem.

Zobacz wideo Kasia założyła "babską" szkołę jazdy. Prowadzi ją już 15 lat

Przemoc sąsiedzka

Asia, pracownica organizacji pozarządowej, 34 lata:

Moja była szefowa raczej nie była psychopatką. Myślę, że mogła mieć borderline. Znałyśmy się ze spacerów z psami. Miło się rozmawiało, bardzo fascynowało ją, że wspinam się, żegluję - a ja jestem trochę narcystyczna, lubię, jak ktoś się mną zachwyca. Połknęłam haczyk. Akurat nie miałam stałej pracy, żyłam ze zleceń. Zaproponowała pracę przy projekcie, który ruszał w fundacji, gdzie była koordynatorką. Ucieszyłam się bardzo. Trafiłam do pokoju, w którym pracowało jeszcze pięć innych osób, w różnym wieku, a moja sąsiadkokoleżanka zarządzała nami.

Teraz wiem, że popełniłam błąd: w pracy byłam dla niej bardzo miła, mówiłam jej komplementy, wciąż chciałam znać jej zdanie na różne tematy - robiłam to wszystko z jakiejś takiej bezmyślnej radości. Zespół odbierał mnie jako lizuskę, a ja ją po prostu lubiłam.

Na wyrywki opowiadałyśmy wszystkim, jaką pizzę jadłyśmy wspólnie wieczorem w domu, jaki film oglądałyśmy. Myślę, że dla zespołu byłam taką jej pupilką.

(zdjęcie ilustracyjne - fot. Highwaystarz-Photography / iStockphoto.com)

Zapraszałam ją na imprezy, próbowałam swatać ze swoimi kolegami. Tymczasem ona była w "trudnym związku". Raz mówiła, że nie ma nikogo i bardzo chciałaby znaleźć chłopaka, innym razem, że jej chłopak się do niej wprowadza. Żaliła się, że nie może go znieść. Zaraz potem wyrażała radość i ulgę, że przynajmniej on się nią interesuje, bo lata lecą. Nie wiedziałam, o co chodzi, było coraz dziwniej, wysłuchiwałam tego, próbowałam jej radzić... Miałam dla niej jakieś ogromne pokłady sympatii, nie wiadomo skąd się biorącej - teraz myślę, że widziałam w niej swoją mamę, podobnie nieobliczalną. Bardzo się w to wszystko angażowałam. Apogeum nastąpiło, gdy któregoś ranka w pracy wyznała mi, że jej "chłopak" ją gwałci. Byłam przerażona. Nie wiedziałam, jak jej pomóc. Następnego dnia przyszła do pracy w skowronkach: zaręczyli się.

Oczywiście cały ten czas pracowałam. W zespole kierowanym przez nią. Potrafiła zmieniać zdanie trzy razy na godzinę, nie odpisywać na ważne maile, cały dzień wybierać buty na Allegro. Ale zawsze jakoś tak się to obracało, że przed szefostwem wychodziła na najbardziej pracowitą.

Potrafiła przy wszystkich rzucić, że bardzo dużo zarabiam, biorąc pod uwagę , jak mało mam pracy. Na spotkaniach z przełożoną tak kierowała rozmową, że moje dobre pomysły okazywały się jej pomysłami. Ja traciłam język w gębie. Kiedy przychodziłam do niej z własnymi ideami, nie brała mnie pod skrzydła jako przełożona - mówiła tylko: - Wiesz, Asia, ja miałam ten pomysł pięć lat temu, tego się tutaj nie da zrobić, no ale próbuj, próbuj.

Koledze przy całym zespole ni z tego, ni z owego wyznała, że przejrzała jego zarobki i chociaż jest niżej od niej, to chciałaby być na jego miejscu.

Kilka dni po zaręczynach przyszła do pracy w bardzo złym humorze, przy całym zespole rzuciła pierścionkiem, następnie przepadła na godzinę. Wróciła rozszczebiotana, owijając sobie palec plastrem: - Ach, przecięłam sobie skórę nożem w kuchni, upuściłam trochę krwi, napięcie ze mnie zeszło, polecam wam, słuchajcie! Wszyscy w pokoju bez słowa siedzieli z nosami w monitorach. Nikt się nie odezwał.

Nic z tego nie przedostawało się do szefostwa. Ludzie pracowali tak z nią od lat. Istniała milcząca zgoda na jej zachowania, nikt się nie wychylał, wszyscy znaleźli sposób, by znosić to dzień po dniu. Kiedy przyszłam, nie miałam pojęcia o tej sytuacji. Nikt mnie nie ostrzegał. Bo i jak: przecież w ich oczach byłam jej pupilką.

(zdjęcie ilustracyjne - fot. SebastianGauert / iStockphoto.com)

I nagle, któregoś dnia, kiedy rozmawiałyśmy o książkach, rozsierdziło ją, że jej ulubionego pisarza nazwałam grafomanem. Wybuchła. Oskarżyła mnie o rzeczy, o których nigdy nie wspominała, że jej przeszkadzają. Krzyknęła, że wie, że teraz nikt jej nie będzie lubił, i ma to gdzieś. Wybiegła z płaczem.

Od tamtej pory przestała ze mną rozmawiać. Próbowałam pytać, co się dzieje - odpowiadała: - Nie ma o czym rozmawiać, Asia, ja sobie poradzę. Ale ja sobie nie radziłam! Musiałam zresztą przecież porozumiewać się z nią w kwestiach zawodowych - odpowiadała tonem zimnym, półsłówkami. Wytykała mi najdrobniejsze błędy. Blokowała wszelkie moje, nawet najbardziej nieśmiałe, innowacje. Po miesiącu takiego traktowania odeszłam. Z dnia na dzień. Oczywiście miała do mnie pretensje, nie omieszkała ich wyrażać przy wszystkich, również przy szefowej. Nie rozmawiam z nią do dziś, na spacerze z psem rzucamy sobie: "Cześć".

Długo dochodziłam do siebie. Najbardziej smuci mnie, gdy pomyślę, że dla pozostałych osób z zespołu ta historia to opowieść o tym, jak mści się na człowieku wazeliniarstwo. A ja naprawdę miałam czyste intencje.

Katarzyna Michalczak. Autorka tekstów w różnych czasopismach, wierszy i opowiadań. Laureatka nagrody specjalnej w konkursie im. Jacka Bierezina. Doktorka nauk humanistycznych, współzałożycielka i członkini kolektywu szkoleniowo-kołczingowego Multiprops. Rysuje komiksy, które można oglądać na Facebooku na stronie "Pilnuj się i korzystaj".

Katarzyna Michalczak. Autorka tekstów w różnych czasopismach, wierszy i opowiadań. Laureatka nagrody specjalnej w konkursie im. Jacka Bierezina. Doktorka nauk humanistycznych, współzałożycielka i członkini kolektywu szkoleniowo-kołczingowego Multiprops. Rysuje komiksy, które można oglądać na Facebooku na stronie "Pilnuj się i korzystaj".

20987841