Rodzina
(fot. pixabay.com)
(fot. pixabay.com)

Dlaczego zdecydowała się pani pisać o miłości? Nie ma poważniejszych tematów dla socjologa?

- Zapytano kiedyś Arthura Schnitzlera [austriacki prozaik, dramaturg i lekarz, przedstawiciel wiedeńskiego modernizmu - przyp. red.], dlaczego pisze głównie o śmierci, na co on odpowiedział: - A są jakieś inne tematy? Ja mogę odpowiedzieć dokładnie tak samo.

Miłość to jeden z ważniejszych, jeśli nie najważniejszy przedmiot troski człowieka, główny cel jego życia. I z tego powodu to istotny temat dla socjologii. Miłość jest jednym z kluczowych towarów, dóbr, które ludzie chcą zdobyć. Dlatego powinni się nią interesować socjolodzy i filozofowie.

Czy miłość zawsze była tak ważna? Bohaterami książek Jane Austen, o których pani chętnie pisze, też miotały emocje, ale reguły zawierania związków zdawały się być w epoce tej autorki bardziej uporządkowane niż dziś.

- Oczywiście, ludzie za czasów Jane Austen wiedzieli, czym jest miłość, ale myślę, że nie miała ona tak wielkiego wpływu na ich styl życia, jak się nam dzisiaj wydaje. No i faktycznie - zasady, według których zawierano związki, były klarowne. Reguły zalotów, to jak one przebiegały, co można było robić, kogo można było poślubić - wszystko to pomagało w zawieraniu związków. A przecież kiedyś zawierano małżeństwa na dobre i złe, nie było rozwodów.

Jakie to były reguły?

- Szukanie partnera życiowego opierało się przede wszystkim na zasadzie ogólnie rozumianej stosowności. Sprawdzano, czy dany absztyfikant jest odpowiedni, to znaczy, czy ma zdrowy wygląd, odpowiedni status społeczny czy ekonomiczny oraz zapatrywania religijne.

Kate Winslet i Greg Wise w filmie "Rozważna i romantyczna" na podstawie powieści Jane Austen (fot. kadr z filmu)

No tak, dziś mamy trochę więcej wymagań wobec partnera. Nawet gdy znajdziemy kogoś odpowiedniego, za chwilę rozglądamy się, czy nie przegapiliśmy kogoś lepszego. A rynek matrymonialny traktujemy niczym szwedzki stół.

- Współcześni kochankowie najchętniej dzieliliby życie z kimś, kto byłby dokładnie taki jak oni pod względem psychologicznym, emocjonalnym i seksualnym. Przykładają do tego ogromną wagę. Czemu? Spójrzmy na to, jak bardzo współczesna tożsamość jest upodmiotowiona, jak bardzo skupieni jesteśmy na naszych emocjach, na naszym wnętrzu, na tym, czego chcemy. Nasze starania, by trafić na kogoś, kogo wnętrze mamy dokładnie zbadane, uczyniło miłość skomplikowanym procesem. Co więcej, wpływ na to, jakiego partnera szukamy, ma też fakt, że w naszych czasach nie istnieją już wspólnoty, małe społeczności.

A co społeczność ma wspólnego ze związkiem dwojga ludzi?

- Ludzie dziś nie funkcjonują w społecznościach lokalnych. Żyją w miastach, na własny rachunek i szukają partnerów, którzy zapewnią im substytut więzi, jaką niegdyś dawała wspólnota. To w grupie zaspokajali wiele swoich społecznych potrzeb. Dziś musi je zaspokoić jedna osoba. Wytwarza to ogromną presję.

Oczekujemy od związku miłosnego, że zagwarantuje nam: bezpieczeństwo, poczucie tożsamości, poczucie przynależności do świata,w tym do jakiejś grupy społecznej czy towarzyskiej, i psychologiczną stabilność. Kiedyś, mam na myśli choćby czasy przedwojenne, to lokalna społeczność ustawiała nam życie. Wszyscy się w niej znali, wiadomo było, kto się czym zajmuje, jak spędza się czas wolny. Świat był bezpieczny, choć trochę ograniczony. Dziś ograniczeń brak, ale zniknęło poczucie przynależności i bezpieczeństwa. Więc tak naprawdę oczekujemy od miłości, że będzie odgrywała funkcję socjologiczną, jakiej nigdy wcześniej nie odgrywała.

Jednocześnie oczekujemy od miłości, że będzie romantyczna i spełni nasze fantazje na temat idealnego partnera. W książce pisze pani, że część naszej emocjonalnej socjalizacji oparta jest na wyobrażonych narracjach, zaczerpniętych z filmów i książek.

- Kultura rekompensuje nam brak wyboru. Jest systemem obrazków i historii, które sprawiają, że chętnie fantazjujemy, wyobrażamy sobie rzeczy jedynie w sposób narzucony przez te obrazki i historie. Fantazje wcale nie są czymś prywatnym. To zbiorowy fenomen, który powstaje poprzez używanie wspólnego zbioru obrazów i słów ważnych w naszej kulturze. Na przykład film "Pięćdziesiąt twarzy Greya" był silną fantazją, która pomogła ludziom w odkrywaniu tego, jakie naprawdę są ich związki i jakie mogłyby być.

Oczekujemy od związku miłosnego, że zagwarantuje nam: bezpieczeństwo, poczucie tożsamości, poczucie przynależności do świata (fot. pixabay.com)

W książce porównuje pani emocjonalną stabilizację XIX-wiecznych rynków matrymonialnych, którą zaburzają jedynie fantazje i pragnienia znudzonej pani Bovary, do dzisiejszego chaosu i wolnej amerykanki, uprawianej w świecie randek i wiecznego "Czy do mnie zadzwoni?". Dziś kobiety zdają się być ofiarami zmian, które zaszły w efekcie rewolucji seksualnej. Co poszło nie tak?

- Za czasów Jane Austen funkcja małżeństwa była dość symetryczna dla obu płci. I kobiety, i mężczyźni potrzebowali małżeństwa, bo dawało im ono społeczny status i stabilizację ekonomiczną. Arystokraci nie pracowali i często żyli z pieniędzy żony. Wśród chłopów, rolników kobiety pracowały tak samo jak mężczyźni.

Kiedy pojawił się kapitalizm, przez pierwsze 150 lat przedsiębiorczość i praca należały do mężczyzn. Kobiety także pracowały bardzo ciężko, ale ich praca była marginalizowana. Mężczyźni zbudowali system, który sprawił, że finanse przestały należeć do pola działania kobiet. Kapitalizm podzielił płcie. Mężczyźni zaangażowali się w zarabianie pieniędzy i budowanie władzy, a kobiety zostały w domu, opiekując się dziećmi. Dom wkrótce został zdefiniowany jako domena kobiet, domowe królestwo emocji, miłości i troski. I to jest ten moment, w którym pojawiła się wyrwa, przepaść między kobietami i mężczyznami. Z punktu widzenia mężczyzn małżeństwo straciło swoją atrakcyjność, bo nie wiązało się już z ekonomiczną stabilizacją. Ale dla kobiet nadal było ważne, ze względu na ich status ekonomiczny i społeczny, zwłaszcza że to przecież na ich barkach spoczywa macierzyństwo. To ustawia kobiety i mężczyzn w nierównej pozycji na rynku matrymonialnym.

Dlaczego?

- Kobiety chcą i potrzebują małżeństwa, tak jak chcą i potrzebują zostać matkami, ale w tym samym czasie mężczyznom, czyli potencjalnym partnerom i ojcom, nie spieszy się z zakładaniem rodziny, bo mają więcej czasu na zostanie ojcami, no i część z nich nie chce mieć dzieci. Mogą zwlekać, bo - w porównaniu z czasami wspomnianej Jane Austen - ich społeczny status czy ekonomiczne przetrwanie nie zależy od posiadania dzieci.

Nie wszystkim kobietom tak spieszy się do macierzyństwa.

- Prawda, tyle że mężczyźni mogą zostać ojcami w ciągu całego swojego życia, a kobiety ogranicza biologia. Czyli mężczyźni są górą.

Kobieta, jeśli chce zostać matką, nie może zwlekać z tą decyzją, bo ogranicza ją biologia (fot. pixabay.com)

To co, mamy odpowiedź na pytanie: dlaczego miłość boli? Może warto wrócić do trwałości i stabilności związku, jaki opisywała w swoich książkach Jane Austen?

- To się nie uda, choćby dlatego, że dawniej małżeństwo wiązało się jednak z większą presją, przymusem, także trwania w związku. Nie zrywało się małżeństw. Dziś można łatwo zakończyć  związek. Zawarcie małżeństwa nie wpływa na losy rodzin małżonków czy lokalną społeczność, daje korzyść tylko tej jednej parze. Tymczasem w XIX wieku zawarcie związku wiązało się z zyskiem dla społeczności, Kościoła, a mniej dla konkretnego człowieka: inwestowano w lokalny przemysł czy rolnictwo, dawano datki dla Kościoła, często utrzymując całą parafię - mówimy oczywiście o klasie wyższej. Definicje małżeństwa, jego funkcji uległy zupełnej zmianie.

Wspomniała pani o "Pięćdziesięciu twarzach Greya". Dziś główne kryterium w doborze partnera, jak pisze pani w książce, to bycie seksownym. Atrakcyjność seksualna stała się społeczną wartością. Czy tak jest rzeczywiście? I czy nie uprzedmiotawia to kobiet?

- Z seksualnego i obyczajowego wyzwolenia skorzystała przede wszystkim kultura konsumpcyjna. Zaczęto w niej promować nową formę osobowości - wyjątkowość człowieka opiera się na jego seksapilu, seksualnej dostępności. Mężczyźni i kobiety - z naciskiem na kobiety - zostali zdefiniowani niemal wyłącznie jako istoty seksualne, oceniane wedle swojej atrakcyjności.

Mam wrażenie, że kobiety ponoszą zdecydowanie większe koszty seksualizacji tożsamości.

- Zgadza się, to kobiety ponoszą tego skutki. Widać to na przykład w sondażach, które mówią, że większość z nas jest zdecydowanie bardziej niezadowolona ze swojego wyglądu niż kiedyś, choć paradoksalnie kobiety bardziej niż kiedykolwiek dbają o swój wygląd fizyczny. Z jednej strony kobiety są dziś finansowo niezależne, robią kariery zawodowe, coraz częściej są lepiej wykształcone od mężczyzn, a z drugiej - największą obelgą jest dziś powiedzieć kobiecie, że jest brzydka.

Chcemy być piękne, młode i atrakcyjne seksualnie, dlatego co roku wydajemy ciężko zarobione pieniądze na kosmetyki, zabiegi chirurgii estetycznej, ubrania, fryzjera i perfumy. Mimo naszej niezależności intelektualnej i finansowej wciąż pozwalamy się sprowadzać do roli obiektu seksualnego.

Dziś kobiety bardziej niż kiedykolwiek dbają o swój wygląd fizyczny (fot. istockphoto.com / Katarzyna Białasiewicz)

Ocenia pani w książce, że związek dziś to kontrakt z krótką datą przydatności. Czy nadal małżeństwo jest najlepszą formą romantycznego związku z drugą osobą? Fakty temu przeczą. W Polsce jedno na trzy małżeństwa kończy się rozwodem, w Stanach co drugie rozpada się w ciągu kilku pierwszych lat. Może czas pomyśleć o innej formie związku?

- Myślę, że wielką zasługą rewolucji seksualnej jest to, że ludzie mogą na nowo wymyślać sposoby bycia razem i wychowywania dzieci. To jest według mnie najlepszy i najciekawszy rezultat rewolucji seksualnej, bo pozwala na wypracowanie nowych form bycia razem. I nie sądzę, że tradycyjne małżeństwo jest jedyną formą bycia z kimś czy wychowywania z nim dzieci.

Wyobrażam sobie przyjaciół, którzy są sobie nawzajem bardzo oddani i którzy postanawiają wspólnie wychować dziecko. Co do osób, które nie mają albo nie chcą mieć dzieci, powinna istnieć społeczna, prawnie wiążąca umowa, mówiąca, że mają prawo i swobodę decydować, w jakiej formie chcą być razem. Czy chcą żyć w związku ze sobą, czy może we troje albo czworo?

Dziś zamysł, że życie domowe oznacza związek dwójki osób, jest coraz częściej podawany w wątpliwość, i myślę, że to dobrze.

Mówi pani, że takie poliandryczne związki mogą tworzyć ludzie, którzy nie mają potomstwa. Czy takie związki są nieodpowiednie dla wychowywania dzieci?

- Tu trzeba zapytać o stabilność i trwałość takiego związku. W opiece i wychowaniu dziecka najważniejsze są stabilność i kontynuacja, nie zmiana. Dziecko może mieć wielu opiekunów, ale muszą być oni stali. W wielu grupach społecznych na całym świecie opiekun niekoniecznie oznacza rodzica biologicznego. Rodzicem może być ojczym, wujek czy ktoś, kto spełnia konkretną rolę społeczną, jak przyjaciel rodziny. Wystarczy spojrzeć na coraz popularniejsze i często dość mocno złożone rodziny patchworkowe. Dlatego sprowadzanie definicji rodzica do biologii jest bardzo ograniczające. Rozszerzyłabym tę definicję i pozwoliła zaprosić więcej kluczowych dla dziecka postaci, by odgrywały ważne role w rodzinie. Ale jednocześnie uważam, że trzeba postawić taki warunek, że osoby te muszą pozostać stałe w danym momencie rozwoju dziecka, nie mogą się zmieniać.

W 2000 roku napisała pani książkę "Konsumując romantyczną utopię", gdzie najpierw opisuje pani, jak reklamy łączyły przedmioty z emocjami, a potem jak romans i miłość zaczęły być konsumowane przez przemysł rozrywkowy. Czy można "wyrwać " miłość z kultury konsumpcyjnej?

- Nie wydaje mi się, żeby można to było zrobić. Miłość i seks to główne towary, które są dziś sprzedawane. Jeśli "wyrwie się" z rynku miłość, to cała gospodarka upadnie. Przemysł rozrywkowy kręci się przede wszystkim wokół miłości i seksu, zarówno jako motywu, ale także jako produktu konsumowanego przez pary. Kosmetyki, restauracje, pakiety podróżnicze, pierścionki zaręczynowe, luksusowe trunki, wreszcie pornografia - wszystko to dotyczy miłości, seksu i romansu. Nie oszukujmy się, tkwimy w pułapce konsumpcji.

(fot. materiały prasowe)

Eva Illouz. Izraelska socjolożka, wykłada na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. W swoich książkach zajmuje się tematem miłości w czasach kapitalizmu i wszechobecnej konsumpcji. Do tej pory ukazały się m.in.: "Konsumując romantyczną utopię", "Uczucia w dobie kapitalizmu" oraz "Dlaczego miłość rani".

Katarzyna Kazimierowska. Dziennikarka, współpracuje z takimi tytułami jak "Zwierciadło", "Sens", "Tygodnik Powszechny". Stała autorka felietonów w Kulturze Liberalnej, koordynatorka takich inicjatyw jak "Pracownie" i "Wiersze w Metrze", feministka, kocha Portugalię i ucieczki poza miasto. Czyta nałogowo.

(fot. Publio.pl)