Rodzina

Jedenaście. Dziewiętnaście. Dwadzieścia cztery. Siedemdziesiąt dziewięć. To brzmi jak odliczanie, ale nie ma w nim rytmu, sensu, logiki ani wzoru. Nie ma też pewności, że te liczby oddają stan rzeczywisty. Między 2007 a 2012 rokiem samobójstw w Bridgend na południu Walii było prawdopodobnie trzykrotnie więcej. W 2010 roku przestano informować o nich w mediach. Nie tyle z zaniedbania, ile z lęku przed efektem Wertera. - Każda śmierć samobójcza raportowana w mediach - bez względu na to, czy mowa tu o przysłowiowych Kowalskich, celebrytach czy o fikcyjnych postaciach - może się stać przedmiotem naśladowania. Proces identyfikacji bywa bardzo silny - tłumaczy prof. hab. med. Agnieszka Gmitrowicz z Kliniki Psychiatrii Młodzieżowej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Między 1996 a 2006 rokiem w Bridgend samobójstwo popełniało około trzech osób rocznie. Potem liczba znacznie wzrosła. Życie zaczęły sobie odbierać nastolatki. We wrześniu 2006 roku osiemnastolatek Dale Crole wyprowadził się z domu i ślad po nim zaginął. Cztery miesiące później zabił się w opuszczonym magazynie na terenie lokalnego wesołego miasteczka. Ciało odnaleziono w styczniu 2007 roku.

Prawie każde kolejne samobójstwo było dokonywane tą samą metodą - przez powieszenie. Wyłamał się tylko jeden piętnastolatek. Odebrał sobie życie, rzucając się pod pociąg, bo naśmiewano się z jego orientacji seksualnej. Żaden z pozostałych nastolatków nie zostawił listu. Jedni zabijali się w swoich mieszkaniach, jak siedemnastoletnia Natasha Randall, inni w parkach, jak Jenna Perry czy Liam Clarke. Prawie wszyscy się znali.

Las nieopodal Bridgend, w którym znaleziono wiele ofiar (fot. kadr z filmu "Tajemnice Bridgend" / materiały prasowe)

- Podczas mojego drugiego pobytu w Walii dwadzieścia sześć delfinów podpłynęło do brzegów Kornwalii, hrabstwa położonego na południe od Bridgend, i popełniło masowe samobójstwo. Najadły się piasku. Dlaczego? Biolodzy morscy nie potrafili odpowiedzieć na to pytanie, ale takie zachowania się powtarzają. Co sprawia, że my też, jak inne ssaki, podążamy za sobą, choćby to miało znaczyć, że idziemy na śmierć? Nie wiem - mówi Jeppe Ronde. Reżyser "Tajemnic Bridgend" (2015) zadał w swoim filmie wiele pytań, nie udzielił żadnych odpowiedzi. Zastrzegł, że nie ma ich też dla mnie.

Nickname: Miasto Śmierci

Bridgend w jego filmie jest pochmurne, deszczowe i wietrzne. Asfaltowe ulice są puste, wilgotne i błyszczące. Nie odbija się w nich niebo.

Miasto położone między trzema dolinami tonie we mgłach, szarościach i zgniłych brązach, barwach charakterystycznych dla późnej jesieni. Pastor Mark Thomas z Hope Babtist Church, który wypowiada się w filmie dokumentalnym Johna Michaela Williamsa "Bridgend", nakręconym w 2013 roku, twierdzi, że to miasto straciło tożsamość.

Jedna z głównych ulic w Bridgend (fot. kadr z filmu "Tajemnice Bridgend" / materiały prasowe)

Było dobrze prosperującym miejscem, póki Margaret Thatcher w połowie lat 80. nie zamknęła większości lokalnych kopalni. Wcześniej mieszkańcy miasta mieli pracę, i choć nie była ona łatwa, nadawała ich życiu rytm i sens. Mężczyźni pracujący w kopalniach traktowali się jak bracia. Związki zawodowe budowały poczucie wspólnoty. Kiedy kopalnie zamknięto, relacje się rozluźniły. Starsi mieszkańcy jeszcze pielęgnują wspomnienia, nastolatki mają dość słuchania w kółko o świecie, który przeminął. Ich rzeczywistość tak nie wygląda i wyglądać nie będzie. - Nienawidzimy was! - krzyczy Angus (Jamie Burch), jeden z nastoletnich bohaterów "Tajemnic Bridgend".

Kryzys na rynku pracy spowodował, że stabilizacja rodzin została zburzona. W takich warunkach potęgują się dewiacje. - Między osobowością człowieka a otoczeniem, w którym żyje, jest ogromny związek. Jeśli mówimy o osobowości biernej, wycofanej, o osobie, która siedzi w domu i nie wchodzi w częste interakcje z otoczeniem, to nie będzie miało ono na nią dużego wpływu - tłumaczy prof. Gmitrowicz. - Środowisko znacznie silniej wpłynie na osoby poszukujące kontaktu, tożsamości, zależne od zewnętrznej kontroli - jak nastolatki - lub w jakiś sposób straumatyzowane. Ronde nie chce jednak obwiniać miejsca i jego historii o serię samobójstw. Twierdzi, że byłoby to zbyt proste i nieuczciwe.

Nastolatek wykrzykujący imię swojego zmarłego przyjaciela (fot. kadr z filmu "Tajemnice Bridgend" / materiały prasowe)

Zwłaszcza że Bridgend nie jest tak wyjątkowe, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Kiedy kręcono zdjęcia w Walii, mówiło się o suicide clusters w Stanach Zjednoczonych, Francji i Belfaście, nie wspominając o Japonii i Korei, gdzie liczba samobójstw znacznie przekracza statystyki typowe dla innych rejonów świata. Dr David Shaffer, profesor psychiatrii dziecięcej z Uniwersytetu Columbia, który wypowiadał się na łamach brytyjskiego "The Telegraph" w 2008 roku, uważa jednak, że suicide clusters częściej niż w metropoliach tworzą się właśnie w małych miastach, gdzie wszyscy się znają, są ze sobą blisko związani i łatwiej identyfikują się z ofiarami.

Jestem z wami

- Bycie w grupie daje poczucie bezpieczeństwa i wspólnotowości, ale i niesie ogromne ryzyko. Niektórzy ludzie boją się być częścią grupy, inni w niej odnajdują sens życia - mówi Ronde. Zanim na planie padł pierwszy klaps, przyjeżdżał do Bridgend przez sześć lat. - Nie uzurpowałem sobie prawa do zrozumienia, czym jest śmierć i jakie znaczenie ma życie - podkreśla. - Starałem się jednak rozgryźć mechanizmy, które rządzą ludzkim zachowaniem. Ronde opowiada, że w Bridgend czuł się podobnie jak w Jerozolimie, gdzie pracował nad dokumentem "Jerusalem, min elskede" (2003). Był tam w trakcie Drugiej Intifady (Al-Aksy) - palestyńskiego powstania przeciw Izraelowi. Wokół toczyła się religijna wojna. Połączenie wiary i walki oraz niemal ślepe podążanie za grupą sprawia, że jednostka zostaje zepchnięta na margines. W słownikach nie ma już miejsca na słowo "ja", zastępuje je słowo "my".

Laurel (Elinor Crawley) na jednej z wielu imprez w Bridgend(fot. kadr z filmu "Tajemnice Bridgend" / materiały prasowe)

- Kiedy po raz pierwszy pojechałem do Bridgend, które naturalnie w niczym nie przypomina Jerozolimy, znów znalazłem się w grupie, w której jednostka nie miała znaczenia. Liczyła się tylko wspólna sprawa - opowiada Ronde. To, co zdarzyło się w Jerozolimie i Walii, może się zdarzyć wszędzie indziej, bo pewne mechanizmy są wpisane w ludzką naturę. Wszyscy pragniemy przynależeć do grupy. Nastolatki potrzebują tej przynależności szczególnie mocno. Bycie częścią społeczności pomaga im zbudować tożsamość. - Jednym z mechanizmów, dzięki którym rozwijają się nastolatki, jest identyfikacja. Wzorzec lub autorytet, który stawiają na piedestale, może być zarówno pozytywny, jak i negatywny. Może skłaniać do samorozwoju lub do powielania destrukcyjnych zachowań - potwierdza prof. Gmitrowicz.

- W grupie jesteś kimś - dodaje Ronde. - Urodziłem się w Aarhus, w małym miasteczku w Danii. Jeden z moich kolegów chciał się stamtąd jak najszybciej wyprowadzić. I zrobił to. Po dwóch tygodniach odkrył, że w miejscu, w którym zamieszkał, jest nikim. W rodzinnej wiosce wszyscy go znali i lubili. Był klasowym błaznem, ale miał swoje miejsce w społeczności. W "Tajemnicach Bridgend" wyjazd z miasta nie jest trudny tylko dla jego mieszkańców; jest też jedynym realnym zagrożeniem dla grupy. Grupa daje poczucie bezpieczeństwa, bo pozwala na rozkładanie odpowiedzialności za działanie. Agresja ulega w niej uprawomocnieniu. Narzucone zostaje też poczucie lojalności. - Tutaj każdy trzyma się swojej paczki - odpowiada filmowy Jamie (Josh O'Connor), kiedy Sara (Hannah Murray) pyta, dlaczego tylu ludzi jak brzytwy trzyma się tego miejsca.

Sara (Hannah Murray) przygląda się chłopcom, wśród nich Thomas (Scott Arthur) i Jamie (Josh O'Connor) (fot. kadr z filmu "Tajemnice Bridgend" / materiały prasowe)

- Sara jest silniejsza od nas wszystkich - mówi Jamie. Jej wejście w nowe środowisko jest zadziwiająco łatwe. To zaskakuje głównie dlatego, że Sara przyjeżdża do Bridgend z ojcem, policjantem. Dave (Steven Waddington), śledczy z Bristolu, ma wspomóc lokalne władze w rozwiązaniu sprawy serii samobójstw. W Bridgend kryje się tajemnica. Przerobiono już teorie spiskowe i idee zakładające obecność seryjnego mordercy. Wszystkie okazały się bzdurne. Dave nie popchnie sprawy naprzód ani trochę, ale jego córka skupi na sobie uwagę grupy.

I chroń nas, Panie, ode złego

- Proszę iść na prawo, schodami na pierwsze piętro i jeszcze raz na prawo - mówi mi portier szpitala psychiatrycznego. Idąc korytarzem, mijam kilka młodych dziewczyn, pacjentek. Na pierwszy rzut oka żadna nie skończyła szesnastu lat. W Bridgend media zwróciły szczególną uwagę na sprawę, kiedy dziewczyny zaczęły popełniać samobójstwa zgodnie z narzuconym w okolicy wzorem - wieszać bez wyjaśnienia powodów swoich decyzji. Koroner w dokumencie Williamsa potwierdza, że zazwyczaj mężczyźni giną samobójczą śmiercią częściej niż kobiety. Używają bardziej drastycznych sposobów, często są bardziej zdeterminowani i rzadziej korzystają z pomocy.

W Bridgend media zwróciły szczególną uwagę na sprawę, kiedy dziewczyny zaczęły popełniać samobójstwa (fot. kadr z filmu "Tajemnice Bridgend" / materiały prasowe)

Chociaż przypadek Bridgend temu przeczy, psychiatrzy twierdzą, że istnieją czynniki, które chronią kobiety przed podejmowaniem prób samobójczych. Należą do nich instynkty opiekuńcze i macierzyńskie, obecność bliskiej osoby, dzieci, a czasem hormony. Sara opiekowała się ojcem po śmierci matki. Weszła więc nie tylko w nową grupę, ale i próbowała symbolicznie wejść w rolę kobiety w domu. Chciała, żeby ojciec przeniósł ją przez próg, jak mąż przenosi żonę. Ale ta relacja nie miała prawa przetrwać, a Sarze łatwiej było się odnaleźć w grupie rówieśników, która wiedziała, czym jest ból, rozczarowanie i nieumiejętność porozumienia się z rodzicami. - Sara zaczęła się czuć za tę grupę odpowiedzialna. Ale przecież w pojedynkę niczego nie mogła zmienić - komentuje prof. Gmitrowicz - W suicydologii istnieje bardzo ważne pojęcie - przekaż pałeczkę. Ale komu Sara miałaby przekazać pałeczkę?

Jamie (Josh O'Connor) i Sara (Hannah Murray) w trakcie intymnej rozmowy (fot. kadr z filmu "Tajemnice Bridgend" / materiały prasowe)

Jej ojciec podchodził do samobójstw racjonalnie, jak na policjanta przystało, a takie podejście nie pozwalało mu zrozumieć emocji i relacji w Bridgend. Szpitale i instytucje w filmie Ronde nie miały racji bytu. Niektórzy bohaterowie dokumentu Williamsa otwarcie je krytykowali za nieudzielenie dzieciom pomocy w kryzysie samobójczym.

- Idiotyczne jest tylko obwinianie internetowych chatów o serię samobójstw - mówi Ronde z pełnym przekonaniem. - Wszystkie zostały zamknięte, bo władze bały się, że przyjaciele nastolatków, którzy po swojej śmierci zyskają trzy tysiące wpisów na ścianie, potraktują samobójstwo jako sposób na sukces. Reżyser "Tajemnic Bridgend" zgadza się z tym, że imię na Facebooku to osobowość. Do dziś obserwuje nastolatków z Bridgend i widzi, jak często zmieniają swoje imiona albo zakładają nowe konta. Psychologowie twierdzą, że to symboliczny i pozbawiony realnych konsekwencji gest uśmiercania siebie i rodzenia się na nowo. - Niektórzy twierdzą, że żyjące w sieci nastolatki nie zdają sobie sprawy ze skutków popełniania samobójstwa w rzeczywistości, ale ja nie wierzę, że są tak głupie - przekonuje Ronde. - Nastolatki wiedzą, czym jest śmierć. Wiedzą, że nie ma odwrotu. Jednocześnie czuję, że ich samobójstwa są desperacką próbą dokonania zmiany w życiu.

Nie chcą żyć jak rodzice ani słuchać dorosłych, którzy nie starają się ich zrozumieć, ale uparcie narzucają własny styl życia i dogmatyczne reguły. - Zawsze możecie do mnie przyjść i porozmawiać o tym, co was boli - mówi też ksiądz, jeden z drugoplanowych bohaterów "Tajemnic Bridgend". Podchodzi do grupy nastolatków nocą, na ulicy, w czasie imprezy, w nieodpowiedniej chwili, mówi bez krztyny charyzmy. Walia jest katolicka, ale większość młodzieży nie chodzi do kościoła. Nie chce słuchać księży.

Jamie po raz pierwszy zwraca uwagę na Sarę; lokalny klub w Bridgend (fot. kadr z filmu "Tajemnice Bridgend" / materiały prasowe)

Ronde opowiada, że niejednokrotnie duchowni, którzy pojawiali się na ulicach Bridgend, bywali brutalnie pobici. Dziś szukają wsparcia, wychodząc na ulice w towarzystwie funkcjonariuszy policji, ale nie mają przez to większego posłuchu. Młodzież upiera się, że nie potrzebuje religii, jednak powiedzenie, że jest odcięta od duchowości i wiary, też byłoby niewłaściwe. Problem polega na tym, że nastolatki wierzą głównie w siebie nawzajem. I jest to bardzo silna wiara.

Opowiedz mi o swoich emocjach

Pisanie scenariusza filmu fabularnego zajęło Ronde sporo czasu i było bardzo trudne. Sześcioletni research sprawił, że zbliżył się do wielu ludzi. Zyskał zaufanie, ale wraz z nim pojawiło się mnóstwo pytań moralnej i etycznej natury. Każda postać w filmie jest zlepkiem wydarzeń, emocji i osobowości nastolatków, których spotkał w Bridgend. Przez półtora roku szukał nawet aktorów, chodząc po ulicach miasta. W pewnym momencie znalazł chłopaka, któremu chciał powierzyć główną rolę. Niedługo potem jego najlepszy przyjaciel popełnił samobójstwo, więc stało się jasne, że jego aktor-naturszczyk nie zagra. Nie uniósłby takich emocji. Ostatecznie główne role zagrali profesjonalni aktorzy

z Londynu - występująca w "Grze o tron" Hanna Murray i Josh O'Connor znany z "Klubu dla wybrańców" (2014).

Jamie i Sara na plaży nieopodal Bridgend (fot. kadr z filmu "Tajemnice Bridgend" / materiały prasowe)

- Rozmawiałem z nastolatkami, które próbowały popełnić samobójstwo więcej niż dwa razy. Pewnie uważasz, że powinni mnie i aktorom wyjaśnić, dlaczego próbowali się targnąć na swoje życie? - pyta Ronde i chwilę później przywołuje jedną ze scen w filmie, w której Jamie nieudolnie stara się wytłumaczyć Sarze, dlaczego próbował się zabić. Mówi, że coś go popchnęło, że usłyszał jakiś głos. Ronde twierdzi, że słyszał to z ust nastolatków niejeden raz. Słowo w słowo. Wiemy z psychologii, że traumatycznego doświadczenia nie da się odtworzyć. Można tworzyć na jego temat narracje, ale nikt nie potrafi powiedzieć, co tak naprawdę czuło się w danej chwili. Poza tym nie ma jednego powodu.

- Poczucie bezradności, bezsensu, osobowość zależna, trudna sytuacja w szkole, bolesne rozstanie to niezależne czynniki ryzyka, które nie muszą być nawet współobecne z depresją - tłumaczy prof. Gmitrowicz. U młodzieży, choć nie tylko, czynnikiem spustowym może być też impuls. SMS, artykuł, telefon. Przy jednej z pacjentek znaleziono wycinek z gazety informujący o samobójczej śmierci nastoletniego chłopca. Może obudziła się o świcie. O piątej nad ranem mamy w organizmie wysoki poziom kortyzolu (tzw. hormonu stresu). Może pogoda była kiepska, taka jak wtedy, gdy zdarzyło się w jej życiu coś złego. Może coś jej się przypomniało. Dużo nie trzeba. - "Mam chemię w głowie", mówią mi niektórzy pacjenci - wyjaśnia prof. Gmitrowicz. - Czasami tendencje samobójcze są spowodowane dysfunkcją wydzielania serotoniny i leczy się je farmakologicznie.

Jamie i Sara w lesie, po ucieczce Sary ze szpitala (fot. kadr z filmu "Tajemnice Bridgend" / materiały prasowe)

Każdy z nas ma inny bagaż doświadczeń i żyje w konkretnych mikro- oraz makrosystemach, z których wynosi konkretne wartości. Jednym z najsilniejszych czynników ryzyka jest jednak zachowanie samobójcze w rodzinie. Do tej kwestii nawiązuje Williams w swoim dokumencie. W czasie jednej z rozmów przed kamerą wychodzi na jaw historia ojca, który odebrał sobie życie po samobójczej śmierci córki. Niestety, z nakręconego w Bridgend dokumentu nie wynika wiele ponad to, że rodzice nie rozumieją zachowania swoich dzieci. Wypierają ich samobójstwa. Jednocześnie czują się winni i bezradni, bo okazali się nieudolni.

Prof. Gmitrowicz zapewnia, że dobrze funkcjonująca rodzina to nie taka, w której nikt się nie kłóci i w której nie ma problemów. To rodzina, która potrafi uważnie słuchać i obserwować, bo wtedy dostrzega znaki ostrzegawcze. Dziecko musi być w domu na ważnym miejscu. Ma mniejszą wiedzę, ale jego głos jest tak samo ważny, jak głos dorosłego.

Odrobina czułości

Psychiatrzy i psychologowie zawsze biorą pod uwagę zagrożenie, jakie niesie efekt Wertera, ale też zgodnie potwierdzają, że rozmowa jest jednym z najważniejszych sposobów, żeby pomóc osobom w kryzysie samobójczym. - Mieszkańcy Bridgend chcą, żeby ich historia ujrzała światło dzienne. W pewnym momencie poczułem, że realizacja tego filmu jest dla mnie wręcz moralnym obowiązkiem - mówi reżyser "Tajemnic Bridgend".

Jeppe Ronde (fot. materiały prasowe)

Kiedy pytam go o odpowiedzialność, jaką wziął na siebie, realizując ten film, opowiada mi historię, która wydarzyła się na Ukrainie. Po tamtejszej premierze wyszedł przed kino. Było lato. Zauważył, że patrzą na niego dwie młode dziewczyny. Ewidentnie nie miały śmiałości, żeby podejść. Zrobiły to jednak kilkanaście minut później. Wpadł na nie, wychodząc z toalety. Okazało się, że nie mówią po angielsku, więc przekazały mu wiadomość, korzystając z Tłumacza Google'a: "Chciałyśmy popełnić samobójstwo, ale obejrzałyśmy film i tego nie zrobimy". - Przestraszyłem się! Wiesz, jak Google potrafi przekręcać znaczenia. Nie pozwoliłem im odejść, zanim nie zadzwoniłem po swojego tłumacza. Chciałem mieć pewność, że nie stoi obok mnie ktoś, kto wręcz przeciwnie - ogłasza, że zaraz odbierze sobie życie! - mówi.

Okazało się, że film był dla tych dziewczyn dowodem, że ktoś rozumie, co przeżywają; że mogą liczyć na miłość i oddanie. Nie zdawały sobie z tego sprawy. Do dziś są znajomymi na Facebooku, więc Ronde wie, że nie rzucały słów na wiatr. Jest też w stałym kontakcie z kilkoma nastolatkami z Bridgend. Jeden z chłopców niedawno został tatą. - Temu, kto kocha i czuje się kochany, jest trudniej odebrać sobie życie - podkreśla. - Człowiek, któremu brakuje miłości, staje się zwyczajnie kruchy.

 

Bezpłatny Kryzysowy Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży: 116 111

Bezpłatny Kryzysowy Telefon Zaufania dla Dorosłych: 116 123

Izby przyjęć wszystkich szpitali otwarte są całą dobę

Anna Bielak . Konsultantka scenariuszowa, selekcjonerka Krakowskiego Festiwalu Filmowego i dziennikarka współpracująca m.in. z Dwutygodnikiem, "Dziennikiem Gazetą Prawną" i "Urodą Życia". Fanka mocnej kawy, dobrej literatury, długich podróży, niezależnego kina i rozmów z twórcami, których (jeszcze!) nikt nie zna.