Z powodu trudnej sytuacji na froncie i nieustannego braku wystarczającej ilości broni coraz częściej pojawiają się głosy, że Ukraina wojny z Rosją może nie wygrać. Ostatnie miesiące przyniosły wysyp czarnych scenariuszy. Ukraińcy przestrzegają, że ich porażka będzie oznaczała niechybny konflikt Rosji z NATO.
Wtórują im wojskowi z państw krajów euroatlantyckich. Nawet jeśli te wizje są przesadzone, to trudno nie zgodzić się z tym, że konsekwencje porażki byłyby znaczące dla Europy, a zapewne także dla dużej części świata. Co może się wydarzyć?
Na Ukrainie wciąż za mało broni
Choć straty, które Ukraina ponosi na polu walki, wydają się znacznie mniejsze od rosyjskich, są dużo bardziej dotkliwe. Przede wszystkim wynika to z liczby ludności w obu krajach, a tym samym potencjału mobilizacyjnego.
W pierwszych miesiącach wojny Ukraina mogła pochwalić się nie tylko dość liczną armią, ale też wysokim poziomem wyszkolenia żołnierzy, co w połączeniu z dużo lepszą znajomością terenu dawało jej ogromną przewagę na polu bitwy. Częściowo została ona jednak zniwelowana na skutek poniesionych strat.
Jak twierdzi analityk z Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR) Gustav Gressel w rozmowie z weekend.gazeta.pl, Rosjanie mają ok. 420-430 tys. żołnierzy na terytorium Ukrainy, a to prawie dwukrotnie więcej niż w pierwszych dniach inwazji na pełną skalę. Mają przewagę czołgów, transporterów opancerzonych, artylerii. Ta przewaga wzrosła od 2022 roku, bo Rosjanie zwiększyli produkcję, ale też Ukraina nie jest w stanie uzupełniać strat poniesionych w wyniku działań wojennych. Ponadto - jak zwraca uwagę Gressel - Ukraina zmaga się z brakiem nie tylko amunicji, ale też części zamiennych, przez co część sprzętu, w tym tego otrzymanego od innych państw, jest bezużyteczna. Najbardziej dotkliwe są jednak braki w rakietach do radzieckich systemów przeciwlotniczych. Mimo że państwa dawnego Układu Warszawskiego, m.in. Polska, przekazały pewną ich liczbę, to poziom zużycia jest tak duży, że wsparcie nie wystarczyło na długo.
W tej wojnie na wyniszczenie Ukraina wystrzeliwuje dwa tysiące pocisków dziennie, co jest znaczącym spadkiem w porównaniu z początkiem inwazji pełnoskalowej, jednak to wciąż za dużo, by europejska i amerykańska zbrojeniówka mogła sobie poradzić z uzupełnieniem zapasów.
Wojna w Ukrainie coraz bardziej pozycyjna
Choć niedawno Kongres USA przegłosował pakiet pomocowy w wysokości niemal 61 mld dolarów, to trudno się spodziewać, że radykalnie zmieni on sytuację. Jak zauważa Gressel, prawdopodobnie pozwoli umocnić obronę, ale raczej nie da przewagi Ukrainie.
Podobnie sytuacja ma się z porozumieniem grupy G7 na udzielenie Ukrainie pożyczki w wysokości 50 mld dolarów, która będzie wypłacana z przychodów generowanych z zamrożonych rosyjskich aktywów. Pieniądze trafią do Ukrainy stopniowo. Dzięki nim będzie kupowane kolejne uzbrojenie, ale zachodni przemysł zbrojeniowy ma ograniczone możliwości produkcyjne i nie daje sobie rady z zaspokojeniem popytu wywołanego wojną pełnoskalową. To dlatego Rosjanie jeszcze w najbliższych miesiącach będą mogli prowadzić ofensywę we wschodniej Ukrainie.
Analityk Andreas Umland ze Sztokholmskiego Centrum Studiów Wschodnioeuropejskich Szwedzkiego Instytutu Spraw Międzynarodowych sądzi, że wkrótce Kijów znajdzie się w lepszej sytuacji. - Teraz jest dużo mówienia, a mało pracy. Sądzę, że latem i jesienią praca pójdzie w parze z mówieniem - stwierdza w rozmowie z weekend.gazeta.pl.
Jako przykłady podaje właśnie amerykański pakiet pomocowy, czeską i estońską inicjatywę zakupu amunicji, a także umowy dotyczące gwarancji bezpieczeństwa, które Ukraina podpisuje z kolejnymi państwami. Nie wyklucza też pojawienia się nowych form współpracy międzynarodowej. Natomiast Rosja wciąż nie może się pochwalić podobnymi inicjatywami.
Chiny, których pełne zaangażowanie znacząco przechyliłoby szalę na korzyść Kremla, nie zdecydowały się udzielić jej pełnego wsparcia.
To z tego powodu w perspektywie średnioterminowej Umland optymistycznie patrzy na sytuację Ukrainy, ale przyznaje, że lato może być wyjątkowo trudne. - Niewykluczone, że Rosjanom uda się w dużej mierze zniszczyć Charków, nim dotrze nowa broń przeciwlotnicza, ale nie sądzę, by udało im się całkowicie odzyskać wyzwolone przez Ukrainę terytoria. Część - być może - twierdzi.
Mimo że walki są intensywne, to nie da się ich porównać do sytuacji z 2022 roku, gdy Rosjanie zajmowali znaczące połacie Ukrainy, a następnie ukraińska armia odzyskiwała duże terytoria dzięki skutecznym kontrofensywom.
Na początku maja Ministerstwo Obrony Rosji chwaliło się, że zajęło 547 km kw., czyli mniej niż jedną tysięczną terytorium Ukrainy.
Scenariusz 1: Taktyczna pauza
W wywiadzie dla "The Economist" zastępca szefa Głównego Wydziału Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy Wadym Skibicki powiedział, że takie wojny nie kończą się na polu bitwy, tylko poprzez porozumienia. To coś nowego, bo dotychczas nikt w Ukrainie nie chciał słyszeć o żadnych rozmowach. Według Skibickiego do potencjalnych negocjacji mogłoby dojść w drugiej połowie 2025 roku, gdy Rosja zacznie mierzyć się z wyzwaniami z dostępem do materiałów i inżynierów, przez co może mieć problemy z zapasami broni.
Kreml teoretycznie twierdzi, że jest gotowy do rozmów, ale warunkiem ich rozpoczęcia jest w zasadzie poddanie się Ukrainy. To znaczy: wyrzeczenie się okupowanych terytoriów (a być może jeszcze jakichś), rezygnacja z aspiracji euroatlantyckich czy zmniejszenie liczebności armii.
Z kolei Kijów wymaga wycofania się wojsk rosyjskich na granice administracyjne z 1991 roku, czyli też z zajmowanych od 2014 roku Krymu oraz części obwodów donieckiego i ługańskiego. To sprawia, że nie widać zbyt wielkich szans na rozmowy pokojowe.
Nie widzi ich także Thomas Graham, weteran amerykańskiej dyplomacji, były doradca ds. Rosji w gabinecie prezydenta George’a W. Busha, obecnie związany z amerykańskim think tankiem Radą Spraw Zagranicznych i Uniwersytetem Yale. - Żadna ze stron nie uważa, że wyczerpała wszystkie możliwości na polu bitwy, że nadal istnieje możliwość zbliżenia się do swoich zamierzeń, nawet jeśli obie stolice uznają, iż maksymalne cele, które wyznaczyły na początku tego konfliktu, być może są nieosiągalne - przyznaje Graham w rozmowie z weekend.gazeta.pl.
Najlepszym przykładem braku chęci do dialogu jest szczyt pokojowy w Szwajcarii zorganizowany z inicjatywy prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego. Kijów nie chciał, by przedstawiciele Rosji brali w nim udział. Szwajcaria, organizująca szczyt, nalega jednak, że muszą oni zostać włączenie do procesu, jeśli ma on przynieść rezultaty w przyszłości. Ostatecznie tylko jedna ze stron i to nie ta, która dokonała inwazji, wzięła udział w szczycie, który zakończył się 16 czerwca.
Jeśli kiedyś dojdzie do rozmów, to najprawdopodobniej będą one dotyczyły taktycznej pauzy. Może ona być osiągnięta poprzez krótkotrwałe zawieszenie broni, podczas którego obie strony się przegrupują, dozbroją, złapią drugi oddech i przystąpią do dalszych walk.
Scenariusz 2: Świat według Hobbesa
Najgorszym, choć też mało prawdopodobnym scenariuszem przegranej Ukrainy jest zajęcie większości jej terytoriów, w tym Kijowa, przez Rosję. Mogłoby do tego dojść, gdyby sytuacja geopolityczna zmieniła się na niekorzyść Kijowa - za sprawą zwycięstwa Trumpa w Stanach Zjednoczonych i partii prorosyjskich w kluczowych państwach członkowskich Unii Europejskiej. Wówczas z powodu braku lub ograniczonego do minimum wsparcia zagranicznego Rosjanom uda się przedrzeć przez linię obrony, a w rezultacie stopniowo zajmować terytoria w głębi kraju. Będzie to oznaczało utratę nie tylko terytorium, ale też suwerenności.
Wówczas - jak wskazują liczne prognozy - kolejne miliony Ukraińców będą szukały schronienia w krajach Unii Europejskiej, demokracja znajdzie się w poważnym kryzysie, a także może dojść do rozszerzenia konfliktu.
- Najbardziej zagrożonymi państwami nie będą Polska czy inne kraje NATO, tylko Mołdawia, Gruzja czy Armenia, która staje się bardziej prozachodnia. Myślę, że są następne w kolejce, bo to łatwe cele - uważa Andreas Umland. W przeciwieństwie do państw NATO, które mają dużo większy potencjał militarny.
Umland zwraca jednak uwagę na inne zagrożenie, które rzadziej pojawia się jako potencjalny skutek porażki Ukrainy. To mianowicie upadek obecnego ładu światowego i powrót do porządku sprzed II wojny światowej. Rosja, jako państwo nuklearne, jest jednym z kilku jego gwarantów. Jeżeli użyje swojej przewagi wobec Ukrainy, która nie może mieć broni atomowej, to może spowodować powszechny pęd do produkcji broni masowego rażenia. Państwa na całym świecie, którym może zagrażać większy sąsiad, będą szukały sposobu, by go odstraszyć. Zaufanie do konwencji, praw, umów i sojuszy, które tworzą obecny ład, ulegnie zupełnej erozji. Wówczas broń chemiczna, biologiczna czy nuklearna stanie się najlepszą gwarancją. Będzie to hobbesowski porządek międzynarodowy, w którym wszyscy są przeciwko wszystkim.
Profesorka historii z Uniwersytetu Yale Marci Shore dodaje, że porażka Ukrainy będzie oznaczała zwycięstwo przemocy jako sposobu odnoszenia się do świata. To znaczy jeśli bezkarnie można kogoś zaatakować i podbić, to dlaczego z takiej możliwości nie korzystać.
Zwycięży prawo silniejszego. - W przeciwieństwie do okresu stalinizmu Rosja nie oferuje żadnej ideologii, eschatologii czy utopijnej wizji. Ta wojna to tylko czysta nihilistyczna przemoc - twierdzi Shore.
Scenariusz 3: Niestabilna okupacja i przymusowe negocjacje
Okupacja Ukrainy wiązałaby się jednak z ogromnym wysiłkiem dla Rosji, by takie terytorium utrzymać. - Zrzucanie bomb na ludzi to nie jest dobry pomysł, by się z nimi zaprzyjaźnić. Ukraińcy tak dużo wycierpieli, że trudno byłoby ich przekonać, że Rosja może zaoferować im coś dobrego - mówi Shore. - Teraz wielu Ukraińców odczuwa nienawiść do Rosji na skalę, która 15 lat temu byłaby niewyobrażalna.
Dlatego na zajętych terytoriach nie panowałby spokój, tylko toczyły się walki partyzanckie, które byłyby zagrożeniem dla władz okupacyjnych. Wiązałoby się to z koniecznością stałego wsparcia ze strony Moskwy, nie tylko finansowego, ale też militarnego, bo musiałyby stacjonować tam liczne oddziały wojska, służb bezpieczeństwa i policji, by utrzymać kontrolę nad podbitymi ziemiami.
- Rosjanie władowaliby się w coś przypominającego okupację Iraku, ale na jeszcze większym terytorium, tylko że oni nie są Stanami Zjednoczonymi - ani pod względem finansowym, ani materialnym - zauważa dyrektor programowy Kolegium Europy Wschodniej Adam Balcer.
Dlatego za dużo bardziej prawdopodobny scenariusz uważa taki, w którym Rosja zadaje Ukrainie kilka dotkliwych ciosów, zajmuje średnie lub duże miasto i przez to – pod presją Zachodu, który przestaje wierzyć w jej zwycięstwo – Ukraina zostaje zmuszona do negocjacji.
Wówczas Rosja może odtrąbić swój sukces i próbować zająć terytoria innych państw byłego Związku Radzieckiego w ramach siłowej reintegracji tej przestrzeni.
To z kolei - jak przekonuje Balcer - mogłoby doprowadzić do sytuacji, w której Ukraina pozbawiona części terytoriów i z zamrożonym konfliktem pogrążałaby się w kryzysie politycznym, ekonomicznym i społecznym, a także coraz mniej mogłaby liczyć na wsparcie Zachodu. Przez co ostatecznie zamieniłaby się w państwo upadające, niezdolne do rozwiązania trawiących go problemów.
Scenariusz 4: Dobra i zła historia sukcesu
Thomas Graham uważa, że w sensie militarnym konflikt zbliża się do impasu, gdzie żadna ze stron nie będzie w stanie osiągnąć zdecydowanej przewagi. Natomiast w innych sferach pozostanie aktywny.
- Nie sądzę, byśmy w tym momencie znaleźli się w geopolitycznym impasie. Sytuacja wciąż się zmienia - przyznaje Graham.
Uważa, że pojęcie zwycięstwa jest dosyć szerokie i może także zawierać wiele scenariuszy. I w tym kontekście zbyt dużą wagę przywiązuje się do sukcesu militarnego, a to procesy społeczno-ekonomiczne i polityczne będą odgrywały większą rolę. W przeciwieństwie do Balcera Graham zwraca uwagę, że nawet jeśli Ukraina nie odzyska okupowanych terytoriów, może dobrze prosperować gospodarczo, a do tego silnie zintegrować się z krajami euroatlantyckimi w ciągu 5-15 lat.
Do porażki z perspektywy państw euroatlantyckich dojdzie wtedy, gdy okaże się, że nie powiedzie się ten proces integracji. Na przykład z powodu zbyt wygórowanych oczekiwań Ukrainy, braku woli politycznej ze strony władz do zbliżenia tego kraju albo nieefektywnego rządu, mimo bardzo produktywnej gospodarki. Wówczas Ukraina stanie się mocarstwem regionalnym, ale odizolowanym od Zachodu, a nawet czującym pewien resentyment wobec niego z uwagi na fiasko integracji.
- Nie zwróci się w stronę Rosji ze względu na to, co się stało w ostatnich latach, i brutalność, jakiej od niej zaznała, ale to może doprowadzić też do silnych nacjonalistycznych tendencji w Ukrainie, z powodu czego będzie dryfowała między Rosją a Zachodem, tworząc destabilizujący element, szczególnie w rejonie basenu Morza Czarnego - wyjaśnia Graham.
Jako przykład takiego państwa podaje Turcję, które mimo że jest członkiem NATO, działa sprzecznie z interesami wielu innych krajów zrzeszonych w sojuszu.
Przyszłość jeszcze się rozstrzyga
Wszyscy rozmówcy podkreślają jednak, że jeśli państwa zachodnie będą kontynuowały wsparcie dla Kijowa, to Rosjanie nie będą w stanie uzyskać zdecydowanej przewagi w tej wojnie.
- Zbudowanie silnej, dobrze prosperującej Ukrainy, która jest zintegrowana ze wspólnotą euroatlantycką, nadal zależy od nas i od samych Ukraińców - mówi Graham.
Twierdzi, że przy konsekwentnym wsparciu Zachód może uniemożliwić Rosji zwycięstwo. Jednak konflikt jest wciąż w aktywnej fazie i wszystkie możliwości – włącznie z tym, że to Rosja będzie w tarapatach – pozostają otwarte.
- Naprawdę dobre prognozy dotyczące wojny można sformułować na trzy-cztery miesiące naprzód - stwierdza Gressel.
W dalszej perspektywie pojawia się zbyt wiele czynników, których skutków nie da się przewidzieć.
Paweł Pieniążek. Polski dziennikarz i reporter wojenny. Relacjonował wydarzenia i konflikty zbrojne na Ukrainie, w Syrii, Iraku i Afganistanie.
