Świat
Rione Sanita widziana z wiaduktu (fot. Wikipedia Commons / CC BY-SA 4.0)
Rione Sanita widziana z wiaduktu (fot. Wikipedia Commons / CC BY-SA 4.0)

Do Rione Sanità trafiliśmy przypadkiem. Szukaliśmy hotelu w Neapolu, skusiła nas przystępna cenowo kwatera z obszernym tarasem na dachu. Jak głosiła oferta opatrzona efektownym zdjęciem, można było z niego podziwiać panoramę dzielnicy z kopułą bazyliki Santa Maria della Sanità na pierwszym planie. Stwierdziliśmy, że to jest to, i dokonaliśmy rezerwacji, nie patrząc nawet, jaką reputację ma ta część stolicy Kampanii.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Dwa tygodnie później byliśmy już w Neapolu. W infernalnym upale wlekliśmy się ze stacji metra Cavour nieopodal słynnego Muzeum Archeologicznego w kierunku serca Sanity, gdzie – jak wskazywała nawigacja – miało znajdować się nasze tymczasowe lokum.

Najpierw minęliśmy zadrzewiony placyk – na klepiskach walały się śmieci, a w cieniu, na ławeczkach i murkach, grupowo dokazywała miejscowa żulia o czerwonych twarzach bez wieku. Potem weszliśmy w labirynt urokliwych wąskich ulic, nad którymi piętrzyły się fantazyjnie zaniedbane elewacje kamienic. Trzeba było poruszać się slalomem pomiędzy koszami na śmieci i gęsto ustawionymi słupkami, omijając staruszków wystawianych na słońce na krzesłach z mrocznych mieszkań na parterach kamienic. Do wielu z nich światło może wpaść jedynie przez drzwi, otwierane z salonu lub sypialni wprost na ulice. I należało jeszcze uważać na pędzące z obu stron skutery oraz próbujące przecisnąć się przez ten gąszcz samochody.

Gospodarzem naszej kwatery okazał się serdeczny, acz zasadniczy mężczyzna w średnim wieku, wyglądający niczym młodszy brat trenera piłki nożnej Marcella Lippiego. Siwiuteńkie włosy zaczesane na bok, okulary na wydatnym nosie, staranny włoski smart casual. Niepytany zapewnił nas, że okolica jest bezpieczna, bo przecież nie ma tu imigrantów, jak przy dworcu głównym? Nie za bardzo mu uwierzyłem, zważywszy na fakt, że aby dostać się do hostelu z ulicy, musieliśmy pokonać aż pięcioro drzwi i kratę na klatce schodowej (tyle zabezpieczeń przeciwko "Afrykanom spod dalekiego dworca"). Magma moich podejrzeń tężała, w miarę jak po wielokroć powtarzał z naciskiem, by starannie zamykać drzwi i pod żadnym pozorem nie otwierać nieznajomym. Po tym "wykładzie" ruszyliśmy beztrosko główną ulicą, by zwiedzić centrum legendarnego miasta.

Piazza Sanita z Bazyliką Santa Maria della Sanita i słynnym wiaduktem (fot. Wojciech Rodak)

Wracaliśmy na kwaterę około północy. Mimo że reszta miasta opustoszała, pogrążając się we śnie, zaułki centrum Sanity tętniły osobliwymi – przynajmniej dla mnie, syna Europy Wschodniej – formami nocnego życia. Wyraźnie widać tam było tylko dwie grupy.

Pierwsza to na oko 11–12-latki płci obojga ścigający się zawzięcie na skuterach. Mknęli przez uliczki całymi eskadrami, czasem po troje na jednej maszynie, a wysoko brzmiący warkot silników mocno rezonował między ścianami budynków. Gdzie byli ich rodzice?

Przedstawiciele drugiej grupy widoczni byli tu i ówdzie na głównym placyku dzielnicy Piazza Sanità. To grupki 20-letnich wytatuowanych drabów, jakby żywcem wyjętych z serialu "Gomorra" (którego ostatnią serię można oglądać od 20 listopada w HBO GO), patrzących na nas, obcych, podejrzliwie. Podjeżdżali do nich na skuterach i samochodami różni ludzie, chwile z nimi gadali, potem odjeżdżali. Nawet w ostrym smrodzie spalin z motorynek można było wyczuć ich proceder. Co to za facjaty? Co to za miejsce?

Gdy tej nocy po znojnym dniu wreszcie zasiadłem na tarasie i nacieszyłem oczy romantyczną wieczorną panoramą, zacząłem szukać w Internecie więcej wiadomości na temat naszej dzielnicy. Po pięciu minutach dowiedziałem się, że znajduję się w okolicy, którą neapolitańczycy zwykli uważać za getto, gniazdo kamorry. I że kilka pięter poniżej znajduje się ulica Via Sanità, na której w 2015 roku zastrzelono miejscowego bossa Pietra Esposito oraz jego syna, raptem 21-letniego Cira. Takie zbrodnie nie były tu niczym niezwykłym. Słowem: był to teren nieustannej wojny narkoklanów. Ale im dłużej chodziłem po Sanicie, im głębiej wnikałem w jej historię, tym więcej odkrywałem jej tajemnic – nie tylko tych mrocznych i krwawych, ale także barwnych i smakowitych.

Dolina śmierci

Gęsta zabudowa dzielnicy Sanità wypełnia dolinę położoną na północ od historycznego centrum Neapolu – tuż za dawną linią murów obronnych, które ciągnęły się wzdłuż dzisiejszej Via Foria, a wzgórzem Capodimonte. Można się do niej wybrać przy okazji wizyty w Muzeum Archeologicznym, jednej z najważniejszych turystycznych atrakcji miasta.

Idąc z muzeum, musimy najpierw przejść wzdłuż Piazza Cavour, by tuż za nim skręcić w drugą uliczkę po lewej stronie, Via Crocelle a Porta San Gennaro. Ta trasa pozwala zawrzeć znajomość z dzielnicą od jej najlepszej strony, wkroczyć w główną aleję, pełną sklepów, straganów i restauracji.

Alternatywny szlak wiedzie z centrum przez Via Toledo, główną arterią metropolii, w stronę Capodimonte, aż do wiaduktu imienia Meddaleny Cerasuolo. Z niego można zjechać windą niemal wprost pod drzwi bazyliki Santa Maria della Sanità, przepięknej barokowej świątyni z charakterystyczną kopułą w szmaragdowo-złoty deseń. Za ołtarzem bazyliki jest wejście do katakumb św. Gaudiozusa, świata duchów i świętych, czyli pierwszych stałych mieszkańców Sanity.

Wnętrze bazyliki Santa Marie della Sanita (fot. Wikipedia Commons / CC BY-SA 4.0) , Katakumby św. Gaudiozusa (fot. Wikipedia Commons / CC BY-SA 4.0)

Rozległy kompleks pod świątynią jest jednym z dziewięciu systemów katakumb znajdujących się na terenie dzielnicy. Niektóre już około IV–III wieku p.n.e. zaczęli budować greccy osadnicy – pierwsi mieszkańcy starożytnego Neapolu. Akurat katakumby św. Gaudiozusa są młodsze, powstały w IV–V n.e. Pierwotnie znajdował się tam grób hierarchy o tym właśnie imieniu, jednego z pierwszych biskupów Neapolu. Grób stał się szybko ważnym miejscem kultu, a wokół wykuto obszerną wczesnochrześcijańską nekropolię, której pozostałości – w tym mozaiki i freski – można podziwiać do dziś.  

Nieopodal Gaudiozusa, w innym podziemnym kompleksie Sanity, spoczywał niegdyś najważniejszy z panteonu aż 52 patronów Neapolu – San Gennaro, czyli św. January. Żył na przełomie III i IV wieku, jeszcze w czasach prześladowań chrześcijan w Cesarstwie Rzymskim, i piastował godność biskupa Benewentu. W 305 roku wybrał się z wizytą do wiernych w Pozzuoli, mieście na zachód od Neapolu. Został tam pojmany przez władze i skazany na okrutną śmierć – miały go rozszarpać lwy. Lecz oto, jak relacjonowali hagiografowie, stał się cud. Gdy wszedł na arenę, bestie, zamiast rzucić się na niezłomnego chrześcijanina, uklękły przed nim. Ostatecznie więc postanowiono skorzystać z usług niezawodnego kata – Januarego ścięto.

W V wieku ciało świętego sprowadzono do Neapolu, a następnie umieszczono w katakumbach wyrytych w wyższych partiach zbocza Capodimonte. Wkrótce zaczęły tu ściągać tłumnie pielgrzymki, co przyczyniło się do powstania ważnego sanktuarium. Dlatego też przez parę następnych stuleci podziemny kompleks intensywnie rozbudowywano, poszerzając go nie tylko o kolejne komnaty grobowe, w tym obszerną kryptę biskupów, ale także o trzynawową bazylikę i baptysterium. I tak katakumby św. Januarego osiągnęły powierzchnię niemal sześciu tysięcy metrów kwadratowych i nalżą do największych w południowych Włoszech. Od niedawna podziemia znów przyciągają tysiące ludzi, głównie turystów. Miejsce z czasem straciło pierwotną, religijną rangę, po tym jak ciało patrona miasta zostało wykradzione z katakumb przez Longobardów w IX wieku. Dziś odwiedza się je głównie po to, by podziwiać unikatowe wnętrza, mozaiki i dobrze zachowane malowidła, na przykład dość znany fresk przedstawiający rodzinę Theotecnusów, pochowaną tu w VI wieku.

Na zachodnim krańcu Sanity znajduje się kolejna ważna podziemna nekropolia – cmentarz Fontanelle. W jej mrocznych korytarzach piętrzą się czaszki i kości przeszło 40 tys. ofiar zaraz i kataklizmów, które dziesiątkowały Neapol pomiędzy XVII a XIX wiekiem. Tylko w wyniku jednej epidemii dżumy, z 1656 roku, miasto straciło najprawdopodobniej połowę mieszkańców, czyli około 150–200 tys. ludzi. Fontanelle jest ważnym ośrodkiem charakterystycznej dla stolicy Kampanii ludowej mistyki, zresztą powoli zanikającej.

Cmentarz Fontanelle (fot. Wikipedia Commons / CC BY-SA 4.0)

Jeszcze parę wieków temu popularny był wśród neapolitańczyków obyczaj "adoptowania" czaszek – brali je z cmentarnych stosów, czyścili, czasem umieszczali w specjalnych skrzynkach. Za tę opiekę nad szczątkami i modlitwę za duszę anonimowego zmarłego ludzie oczekiwali rewanżu w postaci interwencji niebios w rozwiązaniu doczesnych problemów. Jeśli duchy wywiązywały się ze swojej części umowy dobrze, czaszki polerowano przez parę pokoleń. Te parapogańskie praktyki mocno irytowały hierarchów kościelnych, dlatego postanowili radykalnie je ukrócić. W 1969 roku cmentarz zamknięto na ponad 40 lat.

Klątwa wiaduktu

Aż do schyłku XVI wieku dolinę u podnóża Capodimonte zamieszkiwali głównie zmarli. Kiedy Neapol pod rządami hiszpańskich wicekrólów wszedł w fazę dynamicznego rozwoju gospodarczego, w poszukiwaniu lepszego życia zaczęła tu ściągać wiejska biedota z całej Kampanii. W efekcie miasto przekroczyło próg 200 tys. mieszkańców, stając się trzecią największą metropolią Europy Zachodniej, po Londynie i Paryżu. Miejska zabudowa zaczęła powoli rozlewać się poza obręb starożytnych murów obronnych, także w kierunku północnym. Tworzące się w dolinie nowe przedmieście zaczęto nazywać Sanità, czyli po włosku "zdrowie", ze względu na rzadsze niż w obrębie starego Neapolu występowanie epidemii. Wiązano to z opiekuńczym wpływem duchów i świętych z miejscowych katakumb, a nie z faktem, że tereny te były wówczas luźno zabudowane, co w realiach sanitarnych tamtej epoki miało istotne znacznie.

Pierwszą ważniejszą budowlą, która pojawiła się w dzielnicy, była wspomniana bazylika Santa Maria della Sanità, powstała na przełomie XVI i XVII wieku. Prawdziwy rozkwit dzielnicy nastąpił w kolejnym stuleciu. Wtedy rezydencje wznosiła tutaj elita królestwa, markizowie i baronowie. Architektonicznymi perłami z tego okresu są dwa bliźniacze pałace: Palazzo dello Spagnolo i Palazzo San Felice. Oba są dziełem wybitnego neapolitańskiego architekta epoki baroku Ferdynanda Sanfelicego. Mają przepiękne klatki schodowe w kształcie "skrzydeł jastrzębia" (tej metafory używają przewodniki), których uroda zwabia turystów z ulicy przynajmniej na jedno zdjęcie.

Palazzo dello Spagnolo (fot. Wikipedia Commons / CC BY-SA 2.0) , Palazzo San Felice (fot. Wojciech Rodak)

Sanità miała prestiżowy status, dopóki wiódł przez nią główny szlak z centrum Neapolu do królewskiego pałacu na szczycie Capodimonte, budowanego od lat 30. XVIII wieku przez następne sto lat. Droga była wąska i stroma. Za panowania Józefa Bonapartego, brata cesarza Napoleona, postanowiono rozwiązać ten problem. Z centrum Sanity wyrósł wysoki na kilka pięter i długi na 118 m wiadukt. Połączył główną arterię miasta, dziś Via Santa Teresa degli Scalzi, z poszerzoną aleją wiodącą do królewskiej rezydencji, obecnie Corso Amedeo Di Savoia. Dzięki temu władcy zyskali wygodny dojazd, ale Sanità bardzo na tym straciła. Stała się odizolowaną od trzonu miejskiej tkanki enklawą, przedmieściem w centrum Neapolu. W XIX wieku stopniowo podupadała, aż przeobraziła się w siedlisko lumpenproletariatu, spośród którego rekrutowały się zastępy guappich, czyli wszelkiej maści kryminalistów. Klany kamorry trzymają się tam mocno do dziś

Ząb za ząb

Od dziesięcioleci Sanità ma reputację szemranego rewiru, getta, do którego lepiej się nie zapuszczać. Dziedziczona bieda, narkomania i bezrobocie, sięgające tutaj w porywach niemal 40 proc., to podstawowe bolączki jej mieszkańców. Brak perspektyw i dobrych wzorców sprawia, że młodzi często wybierają ścieżkę mafijnej kariery, zakorzenioną w miejscowej kulturze, a czasem w rodzinnej tradycji.

W półświatku Sanità jest terenem o znaczeniu strategicznym. Tędy płyną narkotyki z barwnie opisywanych w głośnej książce Roberta Saviano "Gomorra" północnych przedmieść Neapolu do historycznego centrum metropolii. Nic więc dziwnego, że do kontroli nad dzielnicą aspirowało w ubiegłej dekadzie kilka lokalnych klanów. Wciągnęły w porachunki między sobą większych graczy, takich jak organizacja Lo Russo z innej neapolitańskiej dzielnicy Miano.

 

W 2015 roku kilerzy Lo Russo zamordowali Pietra Esposito, szefa jednego z miejscowych klanów, i jego 21-letniego syna Cira. W odpowiedzi krwawą wendetę zaplanowali Addolorata Spina i Antonio Genidoni, czyli żona i pasierb zamordowanego bossa. Jak donosi serwis Voce di Napoli, wieczorem 22 kwietnia 2016 roku sześciu napastników podjechało na skuterach pod bar przy Via della Fontanelle. W otoczeniu świty przebywał tam Giuseppe Vastarella, szef gangu z zachodniej Sanity, sprzymierzonego z Lo Russo. Zamaskowani bandyci obsypali lokal gradem kul i zbiegli z miejsca zdarzenia. W zamachu zginął 42-letni boss i jego szwagier Salvatore Vigna, a trzy osoby zostały ranne. Kilka miesięcy później, w sierpniu, niemal w tym samym miejscu zastrzelono Vittoria Vastarello, starszego brata zamordowanego Giuseppe.  

Potyczki między kamorystami czasem powodują śmierć postronnych osób. Tak było i w przypadku tej wojny. 6 września 2015 roku komando związane z klanem Lo Russo wpadło na Piazza Sanità i oddało 24 strzały w kierunku czterech młodych mężczyzn z konkurencyjnej grupy. Nie trafili żadnego z nich, ale ich kule dosięgły 17-letniego Genny’ego Cesarano. Chłopak zginął na miejscu. Nie był uwikłany w przestępczą działalność, po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Jego śmierć odbiła się szerokim echem w całym kraju, wywołując powszechne oburzenie. Trwają zdjęcia do filmu opartego na tej tragicznej historii.

By powstrzymać falę przemocy, organy ścigania przeprowadziły kampanię aresztowań. W jej wyniku rozbito dwa klany zaangażowane w konflikt – Lo Russo i Esposito – a pozostałe mocno osłabiono. Według najnowszego raportu Direzione Investigativa Antimafia, rządowej agendy do spraw zwalczania przestępczości zorganizowanej, osłabione gangi na razie regenerują siły, szykując się do kolejnej rundy walk. Vastarella panują po zachodniej stronie wiaduktu, a sojusz rodzin Sequino i Savarese po wschodniej, czyli w sercu dzielnicy.

Jednak strzały w Sanicie nie milkną. Tylko w dwóch tegorocznych strzelaninach, ostatniej w środku sierpnia, na głównej ulicy miasta zostało rannych czterech chłopców powiązanych z półświatkiem.

Z Totò w przyszłość

Chociaż uścisk kamorry jest silny, mieszkańcy dzielnicy u podnóża Capodimonte nie poddają się. Od przeszło 20 lat lokalni społecznicy i biznesmeni intensywnie pracują nad tym, by zmienić negatywny wizerunek Sanity i przyciągnąć turystów, a tym samym podnieść poziom życia mieszkańców. Spiritus movens tego ruchu jest ks. Antonio Loffredo z bazyliki Santa Maria della Sanità. Z jego inicjatywy powstała kooperatywa La Paranza zrzeszająca młodzież z dzielnicy. To ona doprowadziła między innymi do odnowienia i otwarcia w 2006 roku dla zwiedzających katakumb św. Januarego. Miejsce stało się jedną z największych atrakcji turystycznych Neapolu. Przed pandemią odwiedzało je rocznie grubo ponad 100 tys. osób.

Twarzą tego renesansu jest Totò, zwany Księciem Śmiechu, który spogląda z murali w różnych punktach dzielnicy. Antonio De Curtis, bo tak naprawdę się nazywał, był ubóstwianym przez Włochów aktorem komediowym, którego szczyt kariery przypadł na lata 40. i 50. XX wieku.

Toto w swoim debiucie filmowym, 'Fermo con le mani' z 1937 roku (fot. Domena publiczna)

Ten nieślubny syn neapolitańskiego markiza i Sycylijki skromnego pochodzenia przyszedł na świat właśnie w Sanicie, dokładnie w domu przy Via Santa Maria Antesaecula pod numerem 107. Mimo że wyjechał stąd do Rzymu jako dwudziestoparolatek, co jakiś czas wracał z sentymentem. Wedle ulicznych opowieści przechadzał się po zaułkach kwartału w nocy, by uniknąć osaczenia przez fanów, i co jakiś czas wsuwał pod drzwi biednych mieszkań banknot o wysokim nominale. Był tak uwielbiany, że gdy zmarł w 1967 roku, urządzono mu aż trzy pogrzeby – jeden w Rzymie, drugi w Neapolu, a trzeci, symboliczny, w Sanicie. Ten ostatni zorganizował lokalny szef kamorry. Przyszły na niego tłumy, mimo że trumna niesiona w kondukcie była już pusta. Autochtoni chcieli osobno oddać hołd swemu najlepszemu synowi.

Nieprzemijające uwielbienie dla aktora widać także w lokalnej gastronomii. Przy Via Sanità 33 znajduje się La Taverna di Totò, która ma w ofercie oryginalne pizze, nazwane od tytułów filmów, w których wystąpił De Curtis. Wieczorami i w weekendy lokalni walą tutaj drzwiami i oknami. Jak się przekonaliśmy, nie bez przyczyny. Neapolitańska specjalność w wykonaniu tutejszego kucharza – zdobywcy trzeciego miejsca na Campionato Mondiale del Pizzaiuolo 2019 – jest naprawdę wyborna. Inną godną polecenia restauracją serwującą ten przysmak jest rekomendowana przez przewodnik Michelina Concettina ai Tre Santi. Od 60 lat prowadzi ją rodzina Oliva w lokalu przy Via Arena alla Sanità 7.

Idąc w górę tej samej ulicy, pod numerem 29 znajdziemy słodki skarb kwartału – cukiernię Poppella. Serwuje ona całą gamę lokalnych słodkości, a ponadto Fiocchi di Neve, czyli Płatki Śniegu, specjalność zakładu. To rozpływające się w ustach delikatne ciastka z kremowym nadzieniem, których nie znajdziecie nigdzie indziej. Poza tym godna polecenia jest także ciastkarnia Alfredo Manfredino przy Via Sanita 133. Tam w bezpretensjonalnej atmosferze, w towarzystwie śmieciarzy i policjantów można zjeść śniadanie składające się z całej gamy neapolitańskich odmian croissantów i pączków, z tzw. bombą nadziewaną kremem na bazie ryżu na czele.

***

Nie żałuję, że przypadek rzucił nas do Sanity. Nie dajcie się zniechęcić opisom wyczynów kamorystów ani wpisom na niektórych blogach czy w przewodnikach odradzającym odwiedzenie tej dzielnicy. Fakt, trzeba tu uważać, ale prawdopodobieństwo, że turystę spotka niemiła przygoda, jest raczej niewielkie. Te ciekawe zabytki, wyśmienita kuchnia i intrygujący teatr scen ulicznych, jakie można tu zaobserwować, są warte odrobiny ryzyka.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Wojciech Rodak. Rocznik 1984. Redaktor i publicysta. Pasjonat szeroko pojętej historii i muzyczny koneser (od DJ Premiera do Jordiego Savalla). W przeszłości związany m.in. z dziennikiem Polska The Times i miesięcznikiem Nasza Historia. Obecnie współpracuje na wielu polach z Ośrodkiem KARTA, a także z Gazetą Wyborczą.