Świat
Jedna z wysp z terpem, na którym stoi dom (fot. Detlef Haag)
Jedna z wysp z terpem, na którym stoi dom (fot. Detlef Haag)

O drugiej nad ranem Katrin Brogmus zakłada kurtkę i kalosze i wychodzi przed dom. W porywach wieje do 180 km/godz. W świetle latarki jakieś pięć metrów od progu ukazuje się wzburzona woda. Nie jest tak źle. Katrin wraca do środka. Idzie do kuchni, wyjmuje z lodówki masło, żeby nie było za zimne do śniadania, ustawia talerze oraz kubki do kawy. Wszystko to nagrywa ekipa lokalnej telewizji NDR.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Gdy wieje orkan, nie da się za dobrze spać – opowiada przed kamerą Karin, ugniatając ciasto. – Przysypiam na chwilę, ale zaraz się budzę i nasłuchuję, czy dźwięki są inne od tych, które znam. 

Wichury, fale sztormowe i powodzie wpisane są w krajobraz Hallig Hooge, jednej z 14 największych Wsyp Fryzyjskich należących do Niemiec (na Morzu Północnym jest ich w sumie 35). Właśnie dlatego domy 103 mieszkańców wyspy wzniesione są na 10 terpach (niem. Warft), czyli sztucznie usypanych i wysokich na kilka metrów pagórkach. Gdy fala wdziera się na Hallig Hooge, zalewa najpierw łąki i pastwiska wokół tych wzgórz. Pagórki z domami z czerwonej cegły wyglądają wtedy jak samotne statki zagubione na morzu. Albo jak fortece otoczone wzburzoną wodą.

Grobla, która otacza naszą wyspę, ma 1,5 m wysokości, a normalny poziom wody podczas przypływu wynosi 6,34 m – tłumaczy dziennikarzom z NDR Heiner i zapisuje cyfry na kartce. – Gdy dodamy 1,5 m i 6,34 m, otrzymamy 7,84 m. Oznacza to, że jeśli poziom morza podniesie się ponad tę wysokość, nawet o kilka centymetrów, woda zacznie przelewać się przez groblę.

Na najwyższym, pięciometrowym terpie, zwanym Backenwarft, gdzie jest gospodarstwo Katriny i jej męża Heinera, mieszka 15 osób, 20 krów, kilka koni pociągowych, owce i kury (zwierzęta przebywają zazwyczaj na łąkach, poza terpami). Większość domów na wyspie wyposażona jest w specjalny schron pod dachem, którego betonowe wzmocnione ściany wchodzą głęboko w terp. Jeśli woda porwie dom, ten "pokój" się ostanie.

Jeden z terpów na Hallig Hooge (fot. Detlef Haag)

Gdy w Hallig Hooge uderza wiatr z siłą orkanu, można spodziewać się przerw nie tylko w dostawie prądu (został tu podłączony w 1959 roku), ale także wody (wodociąg zbudowano w latach 70. ubiegłego wieku, wcześniej lokalna społeczność była skazana na deszczówkę). Dlatego mieszkańcy, gdy tylko nadejdzie ostrzeżenie o zbliżającej się wichurze, napełniają zbiorniki, bo przecież i oni, i zwierzęta muszą coś pić.

– Żyjemy tu, nie wiedząc, kiedy woda podejdzie, na jak długo ani jak będzie wysoka – mówi dziennikarzom Katrin. – Wiemy za to na pewno, że pojawia się co roku i że w końcu stąd odchodzi. Zazwyczaj po jednym, dwóch dniach. Tylko raz zdarzyło się za mojego życia na wyspie, by została tu na 10 dni. 

Kamera na żywo z Hallig Hooge.

"Na naszej wyspie jest sporo Polaków"

Po sztormach pierwsze wracają ptaki. Potem przypływają statki. A gdy mija zima, wraz z nastaniem wiosny na Hallig Hooge przybywają turyści – co roku wyspę odwiedza około 90 tys. osób. Mogą ją obejść w dwie godziny, wędrując groblą, lub objechać w 30 minut na wypożyczonym rowerze. W porcie czekają także bryczki konne. Na rozrzuconych na 578 ha terpach jest XVII-wieczny kościół z cmentarzem, szkoła podstawowa i powszechna, gdzie 13 dzieci uczy zatrudniona tu na stałe nauczycielka, sklep spożywczy, punkt medyczny z dwoma pielęgniarzami (lekarza na wyspie brak), dwa muzea, kawiarnia i trzy restauracje.

Połów w pobliżu Hallig Hooge (fot. Detlef Haag)

– Jesteś z Polski? – zagaduje mnie kelnerka, przyjmując zamówienie na lokalny przysmak – Labskaus (danie z wołowiny, ziemniaków, buraków, cebuli podawane z jajkiem sadzonym, ogórkiem kiszonym i rolmopsem). – A wiesz, że na naszej wyspie jest sporo Polaków? Jedna Polka prowadzi restaurację, inna ma pokoje na wynajem. Chodzi o to, że mieszkańcy Hallig Hooge nie zawierają małżeństw między sobą. No i gdy ktoś przyjeżdża tu do pracy w sezonie, czasem zostaje na stałe. (śmiech) Poza tym dorabiają u nas polscy studenci.

"Daaarek!", krzyczy kelnerka i z kuchni wyłania się uśmiechnięty chłopak.

– Pracę na Hallig Hooge znaleźliśmy z moją dziewczyną przez ogłoszenie opublikowane po polsku w internecie – opowiada chwilę później 19-letni Darek, student fizjoterapii z Ostrowi Mazowieckiej. – Przyjechaliśmy tu z Polski samochodem, tylko ostatni odcinek podróży przepłynęliśmy statkiem. Co prawda auto nie za bardzo nam się tu przydaje, bo przecież jeździć nie ma gdzie (śmiech), tym bardziej że pracuję od świtu do nocy, w knajpie i w ogrodzie. Tak, świetnie się tu czuję! Odpowiada mi ta niezwykła cisza i spokój. Czasem mam wrażenie, że jestem na dalekiej Północy. I zobacz, tak jak tam, nie ma tu prawie żadnych drzew! A najbardziej podoba mi się, gdy w kompletnej ciemności przemierzam trasę z pracy do domu na rowerze. Widok Drogi Mlecznej nocą zapiera mi dech. Czy chciałbym tu zostać na stałe? Nie, myślę raczej, że po studiach wyprowadzę się do Szwajcarii.

Ale nawet gdyby Darkowi zamarzyło się osiedlenie na Hallig Hooge, nie byłoby to pewnie możliwe. Ze względu na zmiany klimatyczne i podnoszący się poziom wód banki nie chcą udzielać kredytów na budowę nowych domów na wyspie. A ze starymi budynkami też jest kłopot.

Dawno już powinniśmy podwyższyć nasze terpy – wzdycha jeden z mieszkańców Hallig Hooge. – Ale urzędnicy twierdzą, że będzie to możliwe dopiero za kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat. Nie wiem, czy udają, czy naprawdę nie rozumieją, że zegar tyka. Przecież do tego czasu to my się tu wszyscy potopimy!

Owce na Nordstrand (fot. Detlef Haag)

Wpław do Helgolandu

Na plaży w Sankt Peter-Ording (na półwyspie Eiderstedt, 30 km w linii prostej na południowy wschód od Hallig Hooge) trwa poruszenie, choć wybiła już północ. Ludzie chcą zobaczyć, jak André Wiersig, niemiecki pływak ekstremalny, zwany Reinholdem Messnerem mórz, zanurza się w wodzie. Bo właśnie stąd postanowił wyruszyć w swoją najnowszą, ponad 48-kilometrową trasę wiodącą w głąb Morza Północnego. 

Byłem kiedyś na wyspie Helgoland i zabrałem stamtąd ten oto kamyk – mówi Wiersig dziennikarzom NDR. – Obiecałem mu, że tam wróci, dlatego płyniemy dziś razem.

Kamyk ląduje za paskiem kąpielówek Wiersiga, pływak naciąga czepek, zakłada okularki i znika w czeluściach morza. Niebieskie migające światełko lampki umieszczonej z tyłu jego głowy oddala się od brzegu w szybkim tempie.

Pierwszy raz odwiedza naszą wyspę ktoś, kto wynurza się ot tak z morza – cieszy się 18 godzin później burmistrz Helgolandu, witając zmęczonego Wiersiga przed kamerami. – Dotychczas nasi goście przybywali jedynie statkami bądź samolotami. 

Białe kosze na plaży w Sankt Peter-Ording (fot. Detlef Haag)

Płynąc z Sankt Peter-Ording, André Wiersig nie mógł Helgolandu przeoczyć. Czerwone piaskowe skały wystają z wód morza na wysokość 61 m.

Nasza wyspa przez lata służyła jako schronienie dla piratów, forteca, baza dla lotników i marynarki wojennej – opowiada przewodnik w lokalnym muzeum. – Od 1714 roku należała do Duńczyków, od 1807 do Brytyjczyków, a od 1890 do Niemców. Po II wojnie światowej Królewskie Siły Powietrzne Wielkiej Brytanii użyły 6700 ton materiałów wybuchowych - 4 tys. torped, 9 tys. min głębinowych, 91 tys. granatów - by wysadzić ją w powietrze. W 1952 roku to, co z niej zostało, zwrócono Republice Federalnej Niemiec. I wtedy życie, kierując się swoimi regułami, zaczęło na wyspę wracać.

Dziś mieszka tu na stałe 1,5 tys. osób, a od połowy kwietnia do połowy października na ląd schodzi dzień w dzień około 4,5 tys. turystów. Ci, którzy przybywają tylko na parę godzin, stają przed różnymi dylematami. Wspiąć się z dolnej części wyspy na górną po 184 stopniach czy skorzystać z wyciągu krzesełkowego? Pójść na trzykilometrowy spacer wśród wysokich skał, by pooglądać głuptaki i nurzyki, czy raczej udać się na plażę na sąsiednią wyspę Düne, gdzie wylegują się szarytki morskie i foki pospolite? A może tak skoczyć na homara, którego podają w lokalnych restauracjach?

Helgoland słynie też ze spektakularnych skoków do wody pisklaków nurzyków. Co roku w czerwcu, po przyjściu na świat, te ptaki z rodziny alk, zanim nauczą się latać, muszą rzucić się z 40-metrowej skały do morza, bo to tam czekają na nich z pokarmem rodzice. Towarzyszą im okrzyki zachwyconych, a czasem i przerażonych turystów oraz dźwięki migawek aparatów fotograficznych.

 

André Wiersig po dniu odpoczynku opuszcza Helgoland. Tak, będzie planował kolejną wyprawę, ale przede wszystkim chce działać na rzecz otwartych wód mórz i oceanów. "Wstydzę się za nas wszystkich" – powie i powoła się na dane organizacji WWF, z których wynika, że co roku w morzach i oceanach ląduje 12,7 mln ton plastikowych odpadów. Nieraz zdarzyło mu się zaplątać w wielką folię czy zderzyć z dryfującą w wodzie paletą. "Jeśli natychmiast nie zmienimy naszego stosunku do natury, nie będzie czego ratować" – wzdycha pływak.

Wśród spalin w Sankt Peter-Ording

O 7.30 rano młodzi ludzie ubrani w niebieskie koszulki z napisem "Parkingowy" pobierają 8 euro opłaty i wpuszczają kampery oraz samochody osobowe na parking plażowy. Ten, kto nie odjedzie stąd do 22.30, nie tylko zapłaci 100 euro kary, ale przede wszystkim może mieć kłopoty z dotarciem do pojazdu przez wezbraną wodę, która pojawi się tu wieczorem wraz z przypływem.

Parking w Sankt Peter-Ording (fot. Detlef Haag)

Parking ma na oko 500 m długości i tyle samo szerokości. Niektórzy już tu moszczą się na leżakach, słuchając muzyki i popijając drinki. Inni maszerują dalej. A jest gdzie iść – biała plaża, zaliczana do największych w Europie, ma 12 km długości i 2 km szerokości. I jak to w Niemczech – przestrzeń jest dokładnie zaplanowana: obok części do puszczania latawców jest plac zabaw dla dzieci, boisko do gry w piłkę plażową, bliżej morza stoją białe kosze z niebieskimi siedziskami dla nudystów, a troszkę dalej takie same dla rodzin z dziećmi. Ci, którzy szukają spokoju, odchodzą dalej. Co kilkaset metrów stoją na drewnianych palach przestronne restauracje z przeszklonymi tarasami, a także duże toalety z podjazdami dla osób z niepełnosprawnościami.

Zobacz wideo

Poranny odpływ odsłania dno morza. Zacumowany jacht w małej zatoce wygląda jak ryba wyrzucona na piach. Biegusy i mewy przemierzają odkryte równiny pływowe w poszukiwaniu małż, krabów, narybku i piaskówek. Zwolennicy pieszych wędrówek zaś zapuszczają się w głąb morza, zwanego tu Morzem Wattowym. Z daleka wyglądają, jakby szli po wodzie. Taki horyzont kusi. Może dlatego niektórzy nie potrafią zawrócić w porę.

Jak wtedy, gdy lokalna policja dostała wezwanie z prośbą o pomoc od turystki, która straciła poczucie czasu i zawędrowała dobrych kilka kilometrów od wybrzeża. Była godzina 21.Gdy rozpoczął się przypływ, kobieta zapadła się po kolana w mokry już piach, a każdy jej ruch sprawiał, że osuwała się głębiej. Tymczasem poziom wody nieustannie się podnosił. Samochód policyjny popędził na sygnale w kierunku miejsca zdarzenia, za nim straż pożarna, karetka pogotowia i czterej ratownicy na pojazdach przypominających pontony, które mogą poruszać się zarówno po piachu, jak i po wodzie. Akcja zakończyła się sukcesem i kobieta wróciła cała i zdrowa na brzeg.

Odpływ na Morzu Północnym (fot. Detlef Haag) , Buty wyłowione z morza (fot. Detlef Haag)

Wielka cisza na Neuwerk?

Dla takich jak ona – turystów, którzy podczas wędrówki stracą głowę – na drodze z Cuxhaven-Sahlenburg do Neuwerk, jedynej zamieszkanej wyspy w Parku Narodowym Hamburskiego Morza Wattowego, rozstawiono wysokie wieże ze stali. Można się na nie wdrapać po schodach i przeczekać kilkugodzinny przypływ. Lub wezwać pomoc, ale to słono kosztuje - od kilkuset do kilku tysięcy euro, jeśli do przeprowadzenia akcji ratunkowej konieczny jest helikopter. Najlepiej jednak na taką wędrówkę wybrać się z doświadczonym przewodnikiem.

Ta ponad 10-kilometrowa przeprawa po dnie morza w niczym nie przypomina pełnego zadumy, cichego spaceru. Ruch panuje tu niemalże jak na Marszałkowskiej w Warszawie w godzinach szczytu. W obydwie strony jadą zaprzężone w konie wysokie żółto-czerwone wozy z turystami, pyrkoczą traktory z przyczepami z zaopatrzeniem, pocztą, lekami, wędrują piechurzy, a nawet galopują jeźdźcy konni. Mniej więcej w połowie drogi czekają rozstawiane codziennie przez mieszkańców Neuwerk toalety i bar Oaza z napojami.

Najwięcej emocji jest przy przekraczaniu głębokiego naturalnego cieku wodnego – koniom woda sięga do brzucha, a są dni, że nawet i do szyi. Turyści milkną tu na chwilę, a piesi odchodzą w bok, by przebrnąć przez ten tak zwany priel w wyznaczonym dla wędrowców miejscu.

Po trzech godzinach marszu lub ponadgodzinnej jeździe wozem podróżnym oczom ukazuje się zielona trawa, drzewa, rozległe łąki, grobla, kilka domów i wieża XIV-wiecznej latarni (choć tę widać już z daleka – ma 45 m). Na trzech kilometrach kwadratowych wyspy należącej do wolnego miasta Hamburg mieszka w tej chwili 25 osób. Gdy kilka miesięcy temu z Neuwerk wyprowadziła się rodzina z trójką dzieci, niemieckie media obiegła hiobowa wieść, że wyspa wymiera. Tematem zajęły się "Der Spiegel", "Die Zeit", a nawet "Bild".

Szkoła na Hallig Hooge (fot. Detlef Haag)

– Gdy chodziłam tu do szkoły, było nas dziewięcioro uczniów i jedna nauczycielka – powie dziennikarzom tabloidu 22-letnia Lea Sophie Griebel, która mieszka już na lądzie stałym – Dziś szkoła jest zamknięta na głucho, gdyż dzieci i młodzieży brak. Przecież dla młodych perspektyw tu nie ma, a praca jest jedynie w gastronomii.

A Christian Griebel, właściciel hotelu i restauracji na wyspie poprzez media zaapeluje do ludzi, którzy szukają pracy i nowego miejsca zamieszkania :– W ciągu 30 lat ubyło nas o połowę. Owszem, z życiem na Neuwerk wiążą się pewne ograniczenia: nie skoczymy wieczorem do kina, mamy też problemy z transportem przez pogłębiający się ciek wodny, ale wywalczyliśmy i na jesieni przyszłego roku powstanie nowa, lepsza droga. A robota jest. Szukam kucharza i pracowników do hotelu – ktoś przecież musi obsłużyć 120 tys. turystów, którzy przybywają tu rok w rok.

A jednak coś ludzi powstrzymuje i chętnych do przeprowadzki nie ma.

Myślę, że większość osób boi się samotności – mówi mi 37-letnia Ute, która wyspę odwiedza regularnie od lat. – Im więcej turystów pojawi się za dnia, tym większa panuje tu później cisza. Nie każdy jest w stanie ją znieść. 

Spoglądam na statki morskie, które mijają Neuwerk w drodze do Hamburga lub wielkiego świata. Na łąki, z których odleciały już dzikie gęsi. Na pusty dom, który niedawno opuściła wielodzietna rodzina. I na zegarek, by nie przegapić mojego powrotu na stały ląd.

 

Milczenie owiec na Nordstrand

Nie popłynę dziś z Nordstrand na wyspy Amrum i Sylt, które słyną z pięknych plaż i rezydencji celebrytów. Z powodu sztormu rejsy zostały odwołane. Na duchu podnosi mnie właściciel lokalnego baru portowego, który serwując kanapkę z krabem, mówi: "Lepiej być brzydkim i biednym na Nordstrand niż ładnym i bogatym na Sylt".

– Też wolę tutejszą okolicę, a ta pogoda wcale mi nie przeszkadza – włącza się do rozmowy jeden z klientów. – Gdy przyjechałem tu za pierwszym razem, wypożyczyłem samochód z otwieranym dachem. Nie pamiętam, bym go chociaż raz użył. Ciągle tylko wiało i lało. A jednak wracam na Nordstrand rok w rok. Dla tego spokoju, oddechu i bezpretensjonalności, która tu się uchowała.

Wśród pobekiwania owiec wspinam się na groblę wyższą niż okoliczne piętrowe ceglane domy ze spadzistym dachem z gontu. Chcę przed odjazdem zobaczyć morze. Zapomniałam, że to czas odpływu, i gdy docieram na górę, ukazuje mi się tylko czarne błoto. Odpływ odsłonił muliste i pełne kamieni dno. Plażowe kosze stoją tu na zielonej trawie. Między linią brzegową a groblą do portu wiedzie asfaltowa droga. Ludzi dziś na niej nie ma, za to wokół leżą i przeżuwają trawę tysiące owiec, które słyszałam tu idąc.

Okiennice zamkniętego na cztery spusty hotelu skrzypią, kołysząc się na wietrze. Pobliska restauracja ma do późnego popołudnia przerwę obiadową. Przez portal podróżniczy znajduję tylko jedno wolne miejsce noclegowe, za 100 euro za noc. Opuszczam więc Nordstrand i jadę groblą na ląd.

Zatrzymuję się dopiero we Friedrichstadt, zwanym małym Amsterdamem – tyle tu kanałów,  mostków i wąskich, niewysokich kamienic. Na środku położonego nieco z boku placu natykam się na niewielki, ale wypełniony kwiatami i śpiewem ptaków cmentarz. Wprost na niego wychodzą okna i obrośnięte malwami drzwi otaczających plac i przylegających do siebie mieszkalnych domów. Ktoś gotuje, ktoś słucha muzyki, ktoś spogląda na groby rybaków i marynarzy przez otwarte okno.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

***

Nordstrand był kiedyś – tak jak Hallig Hooge – częścią wielkiej wyspy Strand. Ta jednak została zniszczona podczas powodzi w 1634 roku i podzielona na wysepki. Dzięki  wybudowanej w 1937 roku grobli Nordstrand połączono z lądem stałym, a za sprawą polderów 25 lat temu stała się półwyspem. Na powierzchni 57,21 km kw. mieszka dziś 2237 osób. Z Nordstrand odchodzą statki między innymi na Hallig Hooge, Helgoland i Amrum: https://www.nordstrand.de/schiffe-faehren.  

Helgoland – z Nordstrand statek na Helgoland wypływa o godzinie 9.15; podróż trwa niecałe cztery godziny, powrót z Helgolandu o 16.15. Koszt biletu w dwie strony wynosi około 100 euro: https://www.adler-schiffe.de/ab-nordstrand/insel_helgoland.ph.p. Na wyspę pływają także szybkie katamarany, między innymi z Hamburga i Cuxhaven, dzienny bilet kosztuje około 60 euro: https://www.frs-helgoline.de/.

Hallig Hooge – na wyspie czeka na turystów 479 łóżek noclegowych. W pensjonacie Katriny i Heinera Brogmos pokój dwuosobowy z łazienką, WC oraz ze śniadaniem kosztuje 75 euro za noc (jeśli zostaniemy na więcej niż cztery noce, a jeśli krócej, to pobierana jest dodatkowa opłata 6 euro od osoby): https://hus-halligblick.de/.

Neuwerk – położona jest pomiędzy ujściami Łaby i Wezery. Do centrum Hamburga wzdłuż Łaby jest stąd około 100 km. Wyspa leży na terenie Parku Narodowego Hamburskiego Morza Wattowego, który jest najmniejszym rezerwatem biosfery w Niemczech. W 2011 roku hanzeatyckie równiny pływowe zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa przyrodniczego UNESCO. Wiosną i jesienią na słonych łąkach wyspy odpoczywają podczas podróży na północ lub z północy rzadko spotykanie gatunki dzikich gęsi, między innymi bernikle białolice i bernikle obrożne. Koszt wędrówki z doświadczonym przewodnikiem z Cuxhaven Döse, Duhnen lub Sahlenburg do Neuwerk wynosi 20 euro w jedną stronę, powrót statkiem również kosztuje 20 euro: https://www.wattwandernneuwerk.de/.

Źródła:

https://halligen.de/halligwelt/halligen-erleben/hallig-hooge
https://andre-wiersig.com/
https://www.helgoland.de/
https://www.nonstopnews.de/meldung/34032

Niektóre cytaty pochodzą z materiałów stacji NDR: "Land unter auf Hallig Hooge" (reż. Jess Hansen), "Extremschwimmer Andre Wiersig erreicht Helgoland", "Andre Wiersig –Marathonmann der Meere" (autor Andreas Bellinger), "Neuwerk – Hamburgs Handvoll Insulaner" (reż. Uli Patzwahl).

Joanna Strzałko. Absolwentka filologii szwedzkiej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie oraz Polskiej Szkoły Reportażu w Warszawie. Reporterka i tłumaczka. Współpracuje z "Gazetą Wyborczą", "Dużym Formatem", "Charakterami", portalem weekend.gazeta.pl i "Magazynem" Goethe Institut. Publikowała również w "Tygodniku Powszechnym", "Twoim Stylu", "Newsweek Historia", "Polityce". Stypendystka Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Finalistka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego w 2019 i 2021 r. Mieszka w Niemczech.

Oto Niemcy

Gazeta.pl i Goethe-Institut publikują cykl reportaży "Oto Niemcy". W ramach tego projektu polscy reporterzy i reporterki przyglądają się życiu codziennemu za naszą zachodnią granicą. Przygotowali już materiały o pracy złotych rączek, stosunku Niemców do samochodów, emerytur, mitycznym niemieckim porządku czy o tym, jak mieszkają nasi sąsiedzi.

Magazyn Goethe-Institut