Świat
Roxana z mamą. Lata 90. (fot. archiwum prywatne)
Roxana z mamą. Lata 90. (fot. archiwum prywatne)

Kiedy 9 listopada 1989 roku w Berlinie upada mur, w Bremie na świat przychodzi dziewczynka. Zburzony mur łączy podzieloną Europę, tak jak dziecko łączy polską mamę i niemieckiego tatę. Przynajmniej tak o tym zdarzeniu opowiedzą dziewczynce rodzice. Mama nie chce, by życie dziecka upłynęło na literowaniu trudnego do wymówienia imienia, bo sama ciągle literuje polskie nazwisko. Rodzice decydują się na Roxanę przez „x". Ich zdaniem taka Roxana wszędzie będzie u siebie. W Polsce od razu wiadomo, że nie jest stąd. 

Mama Roxany jest skrzypaczką. Na początku lat 80. za pośrednictwem PRL-owskiej agencji artystycznej Pagart wyjeżdża, by pracować w orkiestrze w Bremerhaven w północnych Niemczech. Nie zna języka, więc przez pierwsze miesiące ze słownikiem w ręku wertuje kolorowe magazyny o życiu gwiazd.  

– Chyba dobrze czuła się w tej nowej rzeczywistości, wolna od gorsetu polskiego katolicyzmu, którym mimo laickości PRL-u przesiąknięta była jej rodzina – komentuje Roxana. – Pewnego dnia mamie zepsuły się skrzypce i ktoś polecił jej lutnika z Bremy, mojego ojca. 

Mała Roxana słyszy, że rodzice rozmawiają ze sobą po niemiecku, ale do Roxany mama zwraca się tylko po polsku. 

– Mama, komm! – prosi Roxana, ale matka zmywa naczynia. Roxana próbuje jeszcze raz, ciągle nic się nie dzieje, potem prosi: – Mama, chodź! Matka odwraca głowę: – Za chwilę przyjdę, kochanie. 

Roxanie przez długi czas wydaje się, że kiedy mówi po polsku, nikt oprócz mamy jej nie rozumie. Polski to ich tajemny szyfr.  

Pewnego razu w poczekalni u lekarza siedzą 6-letnia Roxana, jej mama i nieznajomy mężczyzna. Roxana głośno komentuje: – Mamo, ten pan okropnie pachnie. Zanim matka zdąży coś odpowiedzieć, mężczyzna przytakuje: – Rzeczywiście, niezbyt ładnie

Przez długi czas Polska wygląda dla Roxany jak Boże Narodzenie ze stołem uginającym się od jedzenia, z wujkiem przebranym za Świętego Mikołaja, kuzynami i babcią, która mimo protestów mamy co roku prowadzi Roxanę do kościoła. 

Przez długi czas Polska wygląda dla Roxany jak Boże Narodzenie (fot. pixabay.com)

– To była taka baśniowa kraina pełna dziwnych rytuałów i rodzinnych zobowiązań: robisz coś nie dlatego, że chcesz, ale żeby komuś nie było przykro. Dopiero po studiach zaczęłam sobie zadawać pytanie: czy łączy mnie z tym miejscem coś oprócz rodziny? Akurat wtedy polska reżyserka studiująca w tej samej berlińskiej szkole filmowej co ja zapytała, czy chciałabym wyprodukować jej dyplomową etiudę. Film miał być kręcony w Polsce. Zgodziłam się – opowiada Roxana. 

Początki są trudne. W Łodzi wszyscy traktują ją jak bogatą Niemkę, która rozdaje pieniądze, a ona przyjechała zdobywać fundusze na film. Szybko orientuje się, że nie powinna negocjować ceny za wynajem miejsc potrzebnych do kręcenia scen. Jej niemiecki akcent na dzień dobry podnosi stawkę za lokum. Roxanę boli, że ludzie postrzegają ją stereotypowo. Z drugiej strony ona traktuje ich schematycznie: wszędzie widzi chaos i bałagan. Polscy współpracownicy wytykają jej wprowadzanie niemieckiej dyscypliny. Roxana nie rozumie, o co im chodzi. W niemieckiej szkole uczono ją, że każdy szczegół trzeba przewidzieć i zaplanować na sto procent, zanim w ogóle rozpocznie się kręcenie filmu. Tymczasem dwa tygodnie przed pierwszym filmowym klapsem reżyserka dodaje do scenariusza dodatkową scenę. –  Oszalałaś? Mamy za mało czasu – denerwuje się Roxana, ale od polskich współpracowniczek słyszy: – Ależ nie ma najmniejszego problemu! Damy radę! 

– W Niemczech w ciągu dwóch tygodni nikt nie podpisałby żadnej umowy. I coś takiego po prostu nie byłoby możliwe. W Polsce jest dużo więcej spontaniczności, a mniej długoterminowego planowania – przyznaje. – Przez pierwsze kilka tygodni w Łodzi miałam kryzys. Wciąż zadawałam sobie pytanie, kim ja właściwie jestem, ale po trzech miesiącach zobaczyłam, że tak naprawdę nie jest ważne, czy jestem Polką, czy Niemką, ważne jest, co udało mi się dzięki tej polsko-niemieckiej tożsamości zrobić. 

Roxana, lata 90 (fot. archiwum prywatne)

Tak naprawdę nie wiadomo, ile dokładnie jest dzieci takich jak Roxana. Federalny Urząd Statystyczny w Wiesbaden podaje, że w latach 1960–2020 polskie matki urodziły w Niemczech 245 420 dzieci. Polscy ojcowie w ciągu ostatnich 30 lat – instytucja zainteresowała się nimi dopiero w roku 1991 – mieli 100 298 potomków. To ponad dwa razy mniej niż polskie matki w tym samym czasie (219 426)*. Taka dysproporcja nie jest niczym dziwnym, skoro przypadek rodziców Roxany, w którym Niemiec zdecydował się na ślub z Polką, występuje niemal cztery razy częściej niż sytuacja, gdy Niemka wybiera na męża Polaka**. 

Liczba polsko-niemieckich małżeństw wzrasta w latach 80., kiedy Polacy uciekają przed stanem wojennym albo tak jak mama Roxany wyjeżdżają do pracy. W latach 90., gdy granice są już otwarte, tego typu związków jest ponad cztery razy więcej niż wcześniej, ale gdy w 2004 roku Polska staje się częścią Unii Europejskiej, a granice przestają istnieć, trend się odwraca. Małżeństw jest mniej, choć liczba dzieci urodzonych w Niemczech z polskiej matki bądź ojca rośnie. 

Dla polskiego Głównego Urzędu Statystycznego dzieci takie jak Roxana w ogóle nie istnieją. Wiadomo, że w 2019 roku w Polsce sformalizowano jedynie 393 małżeństwa polsko-niemieckie. Dla porównania w Niemczech w 2017 roku*** zawarto ich 4505. Prawdopodobnie większość dzieci urodzonych w związkach polsko-niemieckich tak jak Roxana wychowuje się w Niemczech. 

Wbrew statystyce 

– Mój lampionek jasno świeci – śpiewa po niemiecku dwuletni Filip, chodząc po parku Szczęśliwickim w Warszawie. W ręku trzyma długi kijek, na którym kołysze się tekturowy lampion. Kiedy Roman, tata Filipa, był mały, każdego 11 listopada szedł ulicami Hamburga z podobnie kolorowym lampionem. W pochodzie dzieci podążał za mężczyzną na koniu, inscenizowali legendę, według której święty Marcin odnalazł w ciemnościach zmarzniętego biedaka i oddał mu połowę swojego płaszcza. 

W parku Szczęśliwickim zamiast tłumu są trzy niemiecko-polskie rodziny. Mężczyznę na koniu trzeba sobie wyobrazić. Poza tym jest 15, a nie 11 listopada. Dorośli zgodnie uznali, że śpiewanie niemieckich piosenek w dniu, w którym przez Warszawę przetacza się tłum narodowców, może nie być najszczęśliwszym pomysłem. Dzieci i tak są zachwycone. 

– Filip urodził się w Polsce, a ja wychowałem się w Niemczech, muszę zbudować wspólny horyzont dla naszych wyobraźni: puszczam mu stare niemieckie dobranocki, czytam bajki, pokazuję zwyczaje. W tym roku też wytniemy z tektury lampion – zapowiada Roman.

W Polsce zamieszkał na stałe dziewięć lat temu. Nie chciał, by ekspres Warszawa–Berlin był jego trzecim domem.  

Pierwszy raz do Warszawy przyjechał na dłużej w 2010 roku, na wymianę studencką. Starsza o dwa lata siostra pojechała do Australii, a potem do Portugalii. Romanowi przemknęło przez myśl, że w CV pobyt naukowy w Australii wyglądałby lepiej niż pobyt w Polsce, ale tutaj wciąż żyli dziadkowie, a po pół roku okazało się, że mieszka tu też przyszła żona Romana – to do niej, podróżując w tę i z powrotem, przez kilka lat pomieszkiwał w pociągu. 

– W Polsce życie jest mniej sformalizowane niż w Niemczech, mniej pod linijkę. Trzeba wypracować własne strategie radzenia sobie w codzienności. To mi odpowiada – przyznaje Roman. – Ale brakuje mi umiaru w podejściu do różnych spraw. Weźmy kwestię niemiecką: są ludzie, którzy nie znoszą Niemców, choć nie mieli z nimi za wiele do czynienia, ale spotkałem i takich, co bez końca narzekają na Polskę, jakby tu było piekło na ziemi, a Niemcy wychwalają pod niebiosa niczym raj. To bywa męczące – dodaje.

Hamburg (fot. pixabay.com)

Trzydzieści kilka lat przed Romanem w Polsce chciała zamieszkać jego mama. Przeciwni byli nie tylko jej niemieccy rodzice, przyjaciele, ale i polski ukochany. Roman rzadko wyobraża sobie, jak wyglądało ich pierwsze spotkanie. Waha się, czy było lato, czy na pewno pierwsza scena rozegrała się na krakowskim rynku i czy był to koniec lat 70., czy już rok 1980. Mama przyjechała ze swoimi uczniami z Hamburga na wycieczkę. Ojciec studiował germanistykę i dorabiał, sprzedając turystom pamiątki własnej roboty. Ona była o dziewięć lat od niego starsza. Jakiś czas ze sobą korespondowali. 

– W końcu ojciec uciekł do mamy do Hamburga. Mama należała do pokolenia 68’. Jak wielu wtedy buntowała się przeciw władzy, ale przede wszystkim zadawała rodzicom niewygodne pytania o wojnę. Mój niemiecki dziadek pochodzi ze Śląska. W czasie wojny służył w Wehrmachcie, potem wraz z żoną został przesiedlony do Monachium. Nie wiem, czy mama tą przeprowadzką do Polski chciała dziadkowi zrobić na złość, na pewno chciała być żywym przykładem pojednania. Ojciec jakoś zdołał ją przekonać, by osiedlili się w Niemczech – opowiada Roman. – Już w Hamburgu ona doskonale nauczyła się polskiego, tak, że gdy urodziła się moja siostra, rodzice mówili do niej wyłącznie po polsku, co dla siostry skończyło się traumą, bo w piaskownicy nikt jej nie rozumiał. Na jakiś czas w ogóle przestała mówić. Ze mną na szczęście postępowali już mniej konsekwentnie – dodaje

Roman ma podwójne obywatelstwo i tak też się czuje: podwójnie. W Polsce zdradza go akcent, w Niemczech zdradzało nazwisko. Od dziecka wiedział, że w niemieckich urzędach, taksówkach czy u lekarza, zamiast mówić, jak się nazywa, musi od razu literować: „S" jak Sygfryd, „T" jak Teodor, „A" jak Anton… Teraz, gdy myśli o tym, jak obco się wtedy czuł, wspomina mamę, która zmarła, gdy miał 15 lat. 

– Ona tak jak siostra i ja nosiła nazwisko mojego ojca. Najpierw głośno wypowiadała to do niczego niepasujące słowo, a gdy rozmówca nabierał przekonania, że ma do czynienia z kimś obcym, literowała je piękną niemiecczyzną. Myślę, że sprawiało jej to przyjemność – mówi Roman. 

Polski Niemiec 

„Dziadek był na wojnie". Dorocie, odkąd pamięta, to zdanie do niczego nie pasuje. Nie jest początkiem żadnej opowieści powtarzanej przy świątecznym stole ani opisem czarno-białego zdjęcia w starym rodzinnym albumie. Jest informacją, którą należy przyjąć bez zbędnych pytań.  

Dziadek umiera w Wielkanoc, gdy Dorota ma dwa lata. Zostawia po sobie niemiecko brzmiące nazwisko i możliwość innego życia: jeśli kiedyś Dorota zechce – mówi jej ojciec – będzie mogła wyjechać do Niemiec i w tamtejszym urzędzie otrzyma niemieckie dokumenty. 

Pierwszy raz wyjeżdża, jeszcze zanim pojawi się chęć – kiedy ma siedem lat, jej starszy o cztery lata brat wpada w rodzinnym Toruniu pod tramwaj i traci nogę. Kilka miesięcy przed stanem wojennym ojcu udaje się załatwić, by na dalsze leczenie i rehabilitację cała rodzina przeniosła się do Koblencji w zachodnich Niemczech. Języka nie zna ani mama, ani brat, ani Dorota, a tym bardziej dwuletnia siostrzyczka. Ojciec – owszem. 

Jak to możliwe, skoro nigdy wcześniej nie mieszkał w Niemczech? – dziwi się Dorota. Ojciec wyjaśnia, że po niemiecku rozmawiał z dziadkiem w domu, ale w powojennej Polsce nie bardzo chciał się tą dwujęzycznością chwalić. Dorota rozumie dlaczego. W Toruniu też czasem słyszała, jak za plecami ludzie szeptali o nich „ci Niemcy", i za każdym razem czuła, że to zarzut. Za to w Koblencji ciągle słyszy „ci Polacy", tyle że na osiedlu, na którym mieszka, prawie każdy jest skądś i nikogo to nie dziwi.  

Rodzina Doroty mieszkała w Toruniu (fot. pixabay.com)

Dorotę w nowym kraju najbardziej dziwią zapachy. W drodze ze szkoły do domu mija restaurację indyjską, turecki kebab i włoską pizzerię. Każde miejsce pachnie innym światem. Dziwią ją też zwyczaje: kiedy w Toruniu umiera babcia, mama Doroty nie może jechać na pogrzeb. Rodzina nie wróciła do kraju w wyznaczonym terminie. Dla polskich władz są uciekinierami. Dlatego zamiast do Polski w dniu pogrzebu całą rodziną idą na pobliski cmentarz. Mama Doroty chociaż duchowo chce połączyć się z żałobnikami. Dorota przysiada przy pierwszym grobie. Jest niewielki, na płycie stoją kwiaty. Tylko dlaczego z nagrobka zerka wykuty w kamieniu pies? Dorota się rozgląda. Oprócz psów są jeszcze kamienne koty.

– Pogrzeb babci spędziliśmy na cmentarzu dla zwierząt – wspomina. – Ale nie to było powodem powrotu do Polski – śmieje się. – Kiedy ukończyłam podstawówkę, niemieccy nauczyciele skierowali mnie do zawodówki. Rodzice nie chcieli się na to zgodzić, więc wróciliśmy do Torunia. 

Po raz drugi, tym razem na zawsze, Dorota wyjeżdża do Niemiec po maturze. Tym razem zamiast rodziców decyduje los. Latem zamierza odwiedzić koleżankę, która wyemigrowała do Stanów. Kupuje bilet z Frankfurtu, bo wcześniej chce spędzić tydzień w Trevirze z bratem ojca i jego rodziną. Na basenie poznaje chłopaka. Bilet przepada, a Dorota dopiero jesienią wraca do Torunia po rzeczy. W międzyczasie zrzeka się polskiego obywatelstwa – w połowie lat 90. jeszcze trzeba wybierać, a ona chce studiować w Niemczech. Dziś jest Niemką dłużej niż Polką – prawie 27 lat, z 20-letnim stażem w uczeniu niemieckiego obcokrajowców.  

W Polsce dawne koleżanki pytają, dlaczego nie ma dzieci, może jest na coś chora, a może z partnerem coś jest nie w porządku. Nie wierzą, że bezdzietność to wybór Doroty. W Niemczech nawet bliscy znajomi nigdy jej o to nie zapytali, bo tylko ona mogłaby im o tym opowiedzieć.  

– Podczas ostatniego urlopu w Polsce taksówkarz zwierzał mi się ze swoich problemów z teściową. Kiedy w końcu wysiadłam, mój niemiecki partner, który ze mną podróżował, mówi: „Całkiem miły ten twój znajomy. Kiedy znowu go spotkamy?". Niemcy, których znam, boją się wchodzić z butami w cudze życie – tłumaczy Dorota. – Ale każdy kij ma dwa końce. Kiedy koleżanka z pracy chorowała na anoreksję, to wciąż nikt nie chciał wtrącać się w jej życie, więc pewnego dnia zamiast w pracy wylądowała w szpitalu. 

Dziś o zdaniu „dziadek był na wojnie" wie tyle, że dziadek walczył po stronie niemieckiej. Gdy pyta o szczegóły, ojciec pyta o pogodę w Hanowerze, gdzie teraz mieszka Dorota. 

Z powrotem do Berlina 

– To tak ładnie, jak ci opowiedziałem! – pisze Jan do przyszłej żony.

 Jan, „tak ładnie" brzmi cudnie, ale chodziło ci chyba o „dokładnie" – odpisuje Paulina. 

Ona mieszka w Suwałkach, on studiuje w Giessen, niedaleko Frankfurtu nad Menem. Przez pierwsze cztery lata dzieli ich 1318 km, łączy przewoźnik, który akurat na tej trasie ma promocję: w tę i z powrotem podróż kosztuje 25 euro, w sumie ponad 24 godziny jazdy raz na dwa miesiące. Poza tym są jeszcze telefony i maile. Jan dopiero przy Paulinie uczy się pisać po polsku. 

Wcześniej nauka polskiego dla Jana kończy się tak: ma może pięć, a może sześć lat, ze starszą o dwa lata siostrą chodzą dwa razy w tygodniu do polskiej szkoły. Na koniec roku każdy z uczniów wybiera wiersz o ulubionym zwierzęciu. Mały Jan lubi małpy, uczy się na pamięć wierszyka Brzechwy. Pamięta, że na scenie Instytutu Kultury Polskiej w Berlinie dzieci stoją w rzędzie i każde po kolei recytuje wyuczony tekst. Jan jest ostatni. – Małpy skaczą… – zaczyna dość pewnie. – Skaczą… małpy skaczą… – powtarza i milknie. Ciszę przerywa głośny płacz. Jan zapomniał słowa „niedościgle".  

Berlin. Tu wychował się Jan (fot. pixabay.com)

Dziś nie pamięta, czy ze sceny schodzi sam, czy zabiera go mama. Na lekcjach polskiego więcej się nie pojawia. Polski ćwiczy z mamą, z tatą i siostrą rozmawia po niemiecku. Mieszkają w Berlinie, do którego mama przeniosła się w latach 80. Ćwiczy też podczas wakacji u dziadków na działce pod Lublinem. 

– Każdy dzień zaczyna się koszmarem: dziadek każe pić mleko prosto od krowy. Potem włóczymy się z siostrą i kuzynami po łąkach. Nie czuję się obcy, biegle operuję zwrotami typu: „babciu, usmaż naleśnika", „wujku, chodźmy na ryby", wtedy to wystarcza – tłumaczy Jan. 

Po śmierci dziadka wizyty stają się rzadsze. Jest koniec lat 90., po obu stronach granicy kwitną żarty na temat sąsiadów. „Przyjedź do Polski, twój samochód już tam na ciebie czeka" – słyszy Jan i postanawia nie zdradzać kolegom, że jest pół-Polakiem. – Czy czułem wstyd? Nie pamiętam, chyba chodziło o coś innego: w Niemczech był wtedy szał na amerykańską popkulturę, a ja przez dwa lata mieszkałem z rodzicami w Stanach i o tym wolałem mówić, to było fajniejsze niż Polska – opowiada. 

Dekadę później Jan patrzy na łąki i las otaczające drogę ze wsi Jonkowo koło Olsztyna do wsi Węgajty i myśli: moja szkoła jeszcze mi płaci za takie widoki. W Niemczech studiuje reżyserię teatralną i dzięki stypendium przez trzy miesiące jeździ po Polsce w poszukiwaniu teatrów alternatywnych. We wsi Węgajty od połowy lat 80. działa wiejski teatr założony przez polsko-niemieckie małżeństwo Sobaczków. Akurat gdy Jan maszeruje polną drogą, w Węgajtach trwa festiwal. 

Kiedy dociera na miejsce, w stodole odbywa się spektakl. To, co ogląda, nie jest tym, co zna. Właściwie narasta w nim złość: najpierw pies włazi na scenę i szczeka, potem dzwoni komórka i ktoś z widowni zaczyna na cały regulator opowiadać, gdzie jest i co robi. Nikt nie zwraca mu uwagi. Aktorzy sami zagadują widownię. 

– Wszystko się przenika, ale ja tego nie rozumiem i jestem rozczarowany. Wieczorem przy ognisku słyszę śpiew – nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem. Śpiewa Paulina – zaznacza Jan, a po chwili dodaje: – Przez te wszystkie lata nie czułem, że chcę jej coś powiedzieć, ale nie wiem jak. Tym moim nieporadnym polskim zacząłem dla niej pisać wiersze. 

Co roku Jan i Paulina spotykają w Węgajtach grupy teatralne z całego świata. Jana nie denerwuje już węgajtowy chaos, wie, że rządzi nim reguła łączenia ze sobą kultur, ludzi i różnych spojrzeń na świat, a każdy może pozostać sobą. Dostrzega w tym własną drogę poszukiwania tożsamości pomiędzy Niemcami a Polską. Przez dwa lata prowadzi w Poznaniu teatr obywatelski, w którym aktorami są mieszkańcy dzielnicy Jeżyce. 

Kiedy rodzi się dziecko, Jan i Paulina przenoszą się do Berlina – nie tylko dlatego, że ich zdaniem to najlepsze miejsce, by je wychować. Powodem jest też zmieniający się w Polsce klimat polityczny. Łączenie kultur bywa coraz trudniejsze. – Niemcy są wciąż znacznie bardziej zainteresowani tym, co dzieje się we Francji, w Holandii czy Danii niż u ich wschodniego sąsiada, ale też klimat polityczny w Polsce tylko wzmacnia tę obojętność i podział, jaki wciąż funkcjonuje w głowach wielu Niemców – na Zachód i Wschód – tłumaczy Jan. – Mnie ten podział dotyka podwójnie, bo w Niemczech jestem Polakiem, w Polsce – Niemcem. 

Przyszłość jest kobietą 

Tego lata Hania skończyła 18 lat. Na szyi nosi wisiorek z błyskawicą. Kupiła go w Lindau, niemieckim miasteczku nad Jeziorem Bodeńskim, gdzie mieszka z bratem, siostrą, polską mamą i niemieckim tatą.

Hania (fot. archiwum prywatne)

Kiedy kobiety wyszły na ulice polskich miast i wsi, Hania na lekcji z wiedzy o społeczeństwie tłumaczyła niemieckim kolegom i koleżankom, że zrobiły to, bo odmówiono im prawa do decydowania o sobie, pokazywała zdjęcia z gazet, jak policja brutalnie tłumiła protesty. 

– Nikt się nie odzywał. Widziałam, że niektórzy byli smutni. Na koniec większość przyznała, że nic o tych zdarzeniach nie wiedziała – wspomina Hania. – Błyskawicę noszę na szyi, bo mi się podoba. Tutaj, w Lindau, to zwyczajny wisiorek, ale kiedy ktoś pyta, mówię, czego jest symbolem. 

Pod koniec września Hani urodzi się druga polsko-niemiecka siostra.

*Trzeba pamiętać, że liczby te uwzględniają także dzieci urodzone w polskich rodzinach osiadłych w Niemczech oraz dzieci ze związków, w których Polak bądź Polka związali się z obcokrajowcem także zamieszkałym w Niemczech.  

**Od 1960 roku do 2017 roku zawarto 147 848 małżeństw pomiędzy Niemcem a Polką i 40 047 pomiędzy Niemką i Polakiem.  

***Ostatnie dane pochodzą z 2017 roku. 

****Imię na prośbę bohaterki zostało zmienione. 

Magda Roszkowska. Dziennikarka i reporterka. 

Oto Niemcy

Gazeta.pl i Instytut Goethego publikują cykl reportaży "Oto Niemcy". W ramach tego projektu polscy reporterzy i reporterki przyglądają się życiu codziennemu za naszą zachodnią granicą. Przygotowali już materiały o pracy złotych rączek, stosunku Niemców do samochodów, emerytur, mitycznym niemieckim porządku czy o tym, jak mieszkają nasi sąsiedzi

Więcej tekstów