Świat
Madagaskar (fot. Shutterstock)
Madagaskar (fot. Shutterstock)

Albert Zięba ma podwójne obywatelstwo: belgijskie i polskie, ale emocjonalnie bliżej mu do Warszawy niż do Brukseli. Jego rodzina wyjechała z kraju, gdy miał siedem lat. Ojciec, dmuchacz szkła artystycznego, znalazł zatrudnienie w prestiżowej belgijskiej hucie Val Saint Lambert.

Albert skończył Akademię Sztuk Pięknych w Liège. Na uczelni zaprzyjaźnił się z wykładowcą Danielem Pogorzelskim, z pochodzenia, jak się można domyślić, Polakiem. Mieli podobny stosunek do życia, ich otwartość i ciekawość zaowocowała szalonym projektem: ponad 20 lat temu polecieli na Madagaskar z myślą, by dorobić się fortuny na wydobyciu szlachetnych kamieni i handlu nimi.

Pomysł rzeczywiście szalony, ale nie bez sensu. Pod koniec lat 90. na Madagaskarze, gdzie od zawsze znajdowano szafiry i rubiny, wybuchła odmiana amerykańskiej gorączki złota. Duzi i mali, indywidualnie i grupowo przekopywali ziemię z nadzieją na odkrycie cennych minerałów.

Madagaskar, piąta co do wielkości wyspa świata, z bardzo niskim dochodem na mieszkańca (180. miejsce na 190 państw), jest krajem niezwykle bogatym w zasoby. W 2019 roku to stąd pochodziło 40 procent światowego wydobycia szafirów. Oprócz tych szlachetnych kamieni skrywa też złoża rubinów, granatów, szmaragdów, topazów, turmalinów… Lista jest długa. Jak dotąd nie znaleziono tylko lapis-lazuli, turkusów, jadeitu i tygrysiego oka.

Albert w pirodze płynie na poszukiwanie Fortu Augusta (fot. Albert Zięba)

Ta do dziś ważna gałąź gospodarki pozostaje w 80 procentach nieopodatkowana. Teoretycznie dwa procent od zawieranych transakcji powinno trafiać do skarbu państwa. Nie trafia tam z powodu korupcji i braku kontroli. Całe wioski żyją z poszukiwania cennych minerałów wygodniej niż z uprawy ryżowych poletek, ale mało kto się wzbogacił. Najlepiej wychodzą na tym spryciarze, którzy rozwijają działalność przy eksploatowanych złożach, zakładając bary, punkty masażu lub doładowania kart telefonicznych, wypożyczalnie narzędzi czy garkuchnie.

Albert i Daniel nie zamierzali angażować się w nic nielegalnego. Dostali pozwolenie na przeszukanie kilku działek i zaczęli je przeszukiwać. Nie natrafili jednak na żadne złoża. Trudno. Surowiec rzecz do nabycia, a oni mieli wizję. Uważali, że traci się na eksporcie nieobrobionych kamieni, więc zatrudnili i wyszkolili krojczych i szlifierzy. Liczyli na to, że wejdą na światowe rynki z gotowymi kamieniami jubilerskimi. W czasach świetności ich biuro w Antananarywie, stolicy Madagaskaru, zajmowało całe piętro.

Plany rozwoju firmy pokrzyżowała polityka. Kryzys parlamentarny po wyborach prezydenckich w 2001 roku sparaliżował Madagaskar. Zablokowany kodeks górnictwa przez osiem miesięcy uniemożliwiał zakup kamieni, ich sprzedaż czy jakikolwiek obrót nimi. A trzeba było opłacać czynsz, media, pracowników. Daniel się zaparł, przetrzymał zapaść i działa w branży z niezłym rezultatem. Albert odkurzył dyplomy artystyczny i pedagogiczny i wskoczył na wolne stanowisko nauczyciela plastyki w renomowanym Liceum Francuskim w Antananarywie.

Jeszcze w czasach prowadzenia firmy poznał Nirinę. Pracowała po sąsiedzku, godzinami rozmawiali na balkonie. Nirina była śliczna, mądra, po studiach ekonomicznych ze specjalnością marketing. Pobrali się w 2000 roku.

Rodzina Ziębów. Od lewej do prawej: Nirina, Emmie, Matis, Albert (fot. Albert Zięba)

Ekran plazmowy w pirodze

Albert Zięba i Arnaud Léonard (żonaty z Polką) zaprzyjaźnili się w Liceum Francuskim, gdzie Arnaud, z wykształcenia historyk, był przez parę lat nauczycielem. Wspólną wyprawę podjęli z dwóch powodów. Pierwszy (i najważniejszy): żeby coś się działo. Drugi: a dlaczego nie zrobić przy okazji czegoś dobrego? Czymś dobrym miało być upamiętnienie Arkadego Fiedlera jego rzeźbą w wiosce, w której mieszkał i którą opisał w książce "Madagaskar. Gorąca wieś Ambinanitelo". Albert wymodelował popiersie z gipsu utwardzonego watą szklaną i ruszyli w drogę.

Wieś Ambinanitelo liczy ponad tysiąc mieszkańców. Nie leży może na końcu świata, ale podróż w te północne rejony ze stolicy wyspy to prawdziwa wyprawa. Przebycie 750 km może zająć pięć dni albo i więcej. Pierwszy odcinek, do miasta Tamatave, Albert i Arnaud pokonali autobusem. Potem sprawy się skomplikowały. Dalszą drogę do miejscowości Sonirangvungina przecinają trzy rzeki, na których nie ma mostów, tylko promy, a one przypływają, jak chcą. Z Sonirangvunginy do następnego etapu udało im się zabrać stateczkiem, który kursuje tylko raz w tygodniu. Potem właściwie było już z górki: 10 km do rzeki pokonali lokalnym busikiem. Na pirogę też nie musieli długo czekać, choć z ich dostępnością różnie bywa. Nie obyło się bez niespodzianek, szczególnie gdy ukradziono im część pieniędzy, ale ostatecznie dotarli na miejsce.

Mieszkańcy Ambinanitelo przyjęli ich serdecznie, oddali im chatę do dyspozycji. Fiedler nie jest znaczącą postacią w pamięci zbiorowej tamtejszej społeczności. Nie opowiada się o nim anegdot, nie przypisuje mu żadnych czynów. Jeszcze żyje staruszek, który poznał go jako dziecko, ale nic z tego nie pamięta. Za to dużym poważaniem cieszyła się zmarła niedawno, w wieku ponad 90 lat, Velomody, malgaska "żona" pisarza, która mieszkała z nim w czasie jego pobytu w Ambinanitelo.

Kiedy porównuje się dzisiejszą wioskę z opisami Arkadego Fiedlera, można odnieść wrażenie, że od jego czasów niewiele się zmieniło. Stoją te same chaty, mieszkańcy nadal pielęgnują swoje ryżowe poletka. Większe dochody osiąga się z upraw wanilii, pieprzu czy goździków. Czasami ktoś się wybije i scentralizuje transport pirogami czy sprzedaż wyrobów żelaznych. Postawienie popiersia Arkadego Fiedlera jawiło się jako atrakcja wychodząca poza codzienność. Tyle że na tę atrakcję trzeba było zapracować.

Odsłonięcie popiersia Arkadego Fiedlera, w wiosce Ambinanitelo, gdzie pisarz mieszkał (fot. Albert Zięba) , Fiesta w wiosce Ambinanitelo po odsłonięciu popiersia Arkadego Fiedlera (fot. Albert Zięba)

Popiersie, które Albert przytargał w bagażu, dobrze zniosło podróż, ale nie miało na czym stanąć. Potrzebne były kamienie i cement do zbudowania postumentu, a tych w buszu jak na lekarstwo. – Zajmiemy się tym, materiały przypłyną za parę dni – obiecał mer Albert Estas. Musieli czekać.

Arkady Fiedler w swojej książce pisał o innym słynnym Polaku, Maurycym Beniowskim, który obwołał się królem Madagaskaru. W polskiej historii zapisał się jako patriota, konfederat barski skazany przez cara na zsyłkę, skąd uciekł w 1771 roku. Na Madagaskarze przebywał dwukrotnie, w latach 1774–1776 i 1785–1786. Nie jest tu osobistością, ale wspomina się o nim w podręcznikach do historii. Budował drogi, karczował lasy, uprawiał bawełnę i trzcinę cukrową. Zamierzał utworzyć na Madagaskarze państwo i nadać mu jakiś rodzaj konstytucji. Jego zabiegi zostały docenione – w dowód uznania naczelnicy plemion obwołali go wodzem-królem. Mimo rozlicznych starań nie udało mu się zapewnić poparcia Francji ani innego mocarstwa. Działał na własną rękę, co nie było dobrze widziane. Skończyło się tym, że stacjonujące na Madagaskarze francuskie wojska potraktowały go jak wroga, wysyłając przeciwko niemu ekspedycję karną. Zginął od francuskiej kuli, co też ma swoje znaczenie.

Fiedler podaje w "Madagaskarze. Gorącej wsi Ambinanitelo" usytuowanie jednej z wzniesionych przez Beniowskiego budowli. Po bezsennej nocy, podnieceni perspektywą dotknięcia historii, Albert i Arnaud udali się na oględziny tego miejsca. W XVIII wieku miał tam stać budynek otoczony fosą i palisadą, szumnie zwany Fortem Augusta. Porównali ukształtowanie terenu ze starymi mapami, do których Arkady Fiedler nie miał dostępu, a których kopie Arnaud znalazł we Francji. Wpatrywali się w nie ze zgrozą, bo nic się nie zgadzało. Pisarz się pomylił. Smutna konstatacja, wielkie rozczarowanie.

Z nieba lał się żar, w głowach też im się gotowało. Dla ochłody wskoczyli do rzeki, gdzie miał miejsce następujący dialog, cokolwiek surrealistyczny:

– Pamiętasz tego gościa, który wysiadł z pirogi, trzymając ekran plazmowy nad głową? – pyta Arnaud. – Jasne, obrazek jak z komiksu – odpowiada Albert. – A pamiętasz, on mówił, że idzie do Valambahoaki? – upewnia się Arnaud. Albert potwierdza, gość z plazmą szedł do Valambahoaki.

To trudne do wymówienia słowo okazało się kluczem do odkrycia archeologicznego. Arnaud przypomniał sobie z "Pamiętników" Beniowskiego, że tak brzmi malgaska nazwa doliny, na obrzeżach której przyszły król zbudował swój Fort Augusta. Ten, co do którego usytuowania Fiedler się pomylił. A może warto przeszukać okolicę? A może szczęście im dopisze i naprawią pomyłkę Fiedlera?

Przygotowanie do wykopków na wzgórzu, gdzie wznosił się Fort Augusta zbudowany przez Beniowskiego (fot. Albert Zięba)

Przez następne dni śmigali pirogami tam i z powrotem, odwiedzając pobliskie wzgórza. Na trzecim stanęli jak wryci. Wedle map z epoki wszystko się zgadzało. To samo ukształtowanie terenu, pejzaż od XVIII wieku się nie zmienił. Znaleźli!

Na poparcie odkrycia brakowało dowodów materialnych. Do czasu. Rok później pokonali tę samą trasę, wracając do Ambinanitelo. Tym razem zamiast popiersia Arkadego Fiedlera przywieźli narzędzia do kopania i przesiewania ziemi. Wykopki archeologiczne prowadzone na głębokości 20–30 cm odsłoniły kule karabinowe, kawałki porcelany, szkła, pozostałości paleniska. Świadectwa życia, które kiedyś toczyło się w tym miejscu. Francuska gazeta "Le Monde" przyklepała sukces, poświęcając ich odkryciu duży artykuł.

POLka na Madagaskarze

Albert 15 lat temu założył polsko-malgaskie stowarzyszenie POLka. Na Madagaskarze jest może 70 Polaków, ich liczba się zmienia. Oficjalne spotkania odbywają się przy okazji świąt narodowych, dwa razy do roku: na 11 listopada i 3 maja. Poza tym pełna dowolność, ktoś się z kimś lubi, ktoś inny mniej.

Polacy na Madagaskarze mają dobrą prasę. Dlaczego? Bo nie są Francuzami, a tym samym kolonizatorami. 60 lat kolonizacji pozostawia uraz. Jeżeli dziadek w czasie powstania w 1947 roku został utopiony w worku w rzece, to wnuk dziedziczy traumę.

Dobrą opinię, jaką cieszą się, Polacy zawdzięczają też POLce. Nie jest klasycznym stowarzyszeniem narodowym, jakie spotyka się na świecie, ale strukturą otwartą, do której należą również Malgasze.

Rękę na pulsie trzyma Albert. I pielęgnuje polskie ślady na wyspie, które najlepiej utrwalać w nazwach ulic. Za czasów kolonii sam Beniowski miał trzy ulice: w Diego Suarez, w Antsirabe i oczywiście w stolicy Antananarywie. Parę lat temu ta ostatnia o mało co nie zniknęła, gdy władze miasta postanowiły zmienić jej nazwę. Biegła przez samo centrum, więc zasługiwała na ważniejszego patrona. POLce udało się te zakusy powstrzymać. Nie dość tego, przed dwoma laty do kolekcji ulic Beniowskiego dołączyła czwarta, w wiosce Mariariano, gdzie w XVIII wieku król próbował rozwijać rolnictwo. Biegnie przez środek wsi, która – choć nieduża – ciągnie się na cztery kilometry.

Spotkanie stowarzyszenia POLka na święto 11 listopada (fot. Albert Zięba)

"Życie musi być przygodą"

Z żoną Albert rozmawia po francusku, z dziećmi Nirina komunikuje się po malgasku, a Albert po polsku. Skutkiem tego wychowali poliglotów. 15-letnia Emmie ma konto na Facebooku, lekceważonym przez tatę, który "żyje realnie, a nie wirtualnie". 17-letni Matis, już wyższy od ojca, po polsku radzi sobie całkiem nieźle. Jest fanem Lewandowskiego i szpanuje w szkole, że ma rodaka celebrytę, a kumple piłkarzem tej klasy nie mogą się pochwalić.

Albert ma słabość, w rodzinie rozpoznaną, i nie chodzi o słabość do Polski, bo tę żona i dzieci podzielają. Mówi: "Życie musi być przygodą. Bez przygody nie ma życia". Teraz nie odstępuje go myśl o Louisburgu, osadzie założonej przez Beniowskiego tuż po przyjeździe na Madagaskar. Ma teorię, gdzie należy jej szukać: w dolinie rzeki Antanambalana, której silne wylewy przykryły ślady osadnictwa. Czeka na wakacje, by wyruszyć na poszukiwania. Z Arnaud, jeżeli uda mu się przyjechać na wyspę, albo z innym kumplem. Najlepsze wyprawy są we dwójkę. Bo samemu nudno.

Irena Wiszniewska. Pisarka, dziennikarka. Autorka książek na tematy żydowskie, między innymi My, Żydzi z Polski i Tajemnica rodzinna z Żydami w tle. Uprawia street art, opowiadając na ulicy historie do słów wybranych przez przechodniów. Robiła to na Podlasiu, w Prowansji, w Odessie i na Madagaskarze.