Przyczyny jej frustracji nie były zupełnie nowe. Od początku naszego wspólnego życia przyglądałem się jej wysiłkom, by – tak jak wiele innych kobiet – pogodzić rolę niezależnej, ambitnej profesjonalistki z rolą matki naszych córek, opiekującej się nimi co najmniej równie troskliwie i uważnie, jak Marian opiekowała się nią. Zawsze starałem się wspierać Michelle w karierze i nigdy nie zakładałem, że obowiązki domowe spoczywają wyłącznie na jej barkach.*
Poszczęściło nam się – dzięki dość wysokim zarobkom oraz sieci blisko mieszkających krewnych i przyjaciół mieliśmy możliwości, jakimi wiele rodzin nie dysponowało. To jednak nie wystarczyło, by ocalić Michelle od absurdalnie nierealistycznych i nierzadko sprzecznych oczekiwań, jakie wobec kobiet z dziećmi wysuwają media, znajomi, pracodawcy i, oczywiście, obecni w ich życiu mężczyźni.
Moja kariera polityczna i długie pobyty poza domem jeszcze bardziej utrudniały jej życie. Niejednokrotnie Michelle rezygnowała z jakiejś szansy zawodowej, która jej się podobała, lecz wymagałaby poświęcenia dużej ilości czasu kosztem dziewczynek. Nawet w ostatniej pracy w University of Chicago Medical Center, gdzie miała wspierającą szefową i elastyczne godziny pracy, nigdy do końca nie pozbyła się wrażenia, że ani dzieciom, ani pracy nie poświęca pełnej uwagi. W Chicago ludzie nie interesowali się nią nadmiernie i mogła się przynajmniej mierzyć z codziennymi wyzwaniami na własnych warunkach. Teraz to się zmieniło.
"Z obowiązkami matki zaczęły się wiązać nowe komplikacje"**
Gdy objąłem urząd, została zmuszona do rezygnacji z pracy dającej wymierne efekty na rzecz roli pomyślanej w taki sposób, że jej talenty musiałyby się marnować. Z drugiej strony z obowiązkami matki zaczęły się teraz wiązać nowe komplikacje – tłumaczenie innym rodzicom, dlaczego, zanim Sasha przyjdzie się pobawić z ich dziećmi, agenci Secret Service muszą obejrzeć dom, albo wywieranie presji za pośrednictwem sztabowców na ten czy inny tabloid, by nie publikował zdjęć Malii spędzającej wolny czas z przyjaciółmi w galerii handlowej.
Dodatkowo Michelle nagle znalazła się w roli symbolu nieustannie toczącej się w Ameryce batalii o równouprawnienie kobiet. Każdy wybór, jakiego dokonała, i każde wypowiedziane przez nią słowo były natychmiast interpretowane i oceniane. Kiedy żartobliwie nazwała się „pierwszą mamą”, niektórzy komentatorzy skrytykowali ją za to, że nie korzysta ze swojego stanowiska, aby burzyć stereotypy o miejscu kobiety w świecie. Jednocześnie próby poszerzania granic tego, co wypada pierwszej damie, także obarczone były ryzykiem: Michelle wciąż nie do końca pozbierała się po niektórych szczególnie zjadliwych atakach, jakie przypuszczono na nią podczas kampanii. Wystarczyło zresztą spojrzeć na to, co spotykało Hillary Clinton, by zobaczyć, jak szybko ludzie mogą się odwrócić od pierwszej damy, która ma czelność zająć się czymkolwiek, co przypomina rządzenie.
Otyłość dzieci i rodziny żołnierzy
Dlatego Michelle się nie spieszyła i przez pierwsze miesiące w Białym Domu zastanawiała się, w jaki sposób najlepiej i najskuteczniej wykorzystać swoją nową pozycję. Jednocześnie ostrożnie, strategicznie nadawała ton roli pierwszej damy we własnym wykonaniu. Konsultowała się z Hillary i Laurą Bush. Stworzyła mocny zespół, obsadzając go doświadczonymi fachowcami, których ocenom ufała. W końcu postanowiła zająć się dwoma problemami, które wiele dla niej znaczyły: dziecięcą otyłością oraz żenującym brakiem wsparcia dla rodzin żołnierzy.
Zauważyłem, że obie te sprawy wynikały z rozczarowań i obaw, których sama doświadczała. Epidemia otyłości zwróciła jej uwagę kilka lat wcześniej, kiedy nasz pediatra stwierdził, że indeks masy ciała Malii trochę wzrósł, i przestrzegł nas przed podawaniem jej wysoko przetworzonej żywności reklamowanej jako „dobra dla dzieci”. Potwierdziły się wówczas obawy Michelle, że nasz męczący, przeładowany tryb życia negatywnie wpływa na dziewczynki.
Z kolei zainteresowanie losem rodzin wojskowych zrodziło się u niej pod wpływem prowadzonych podczas kampanii dyskusji przy okrągłym stole ze współmałżonkami wysłanych w misje zagraniczne wojskowych. Opowiadali o poczuciu samotności wymieszanej z dumą, przyznawali, że nie podoba im się rola przypisu do większej sprawy ochrony narodu, lecz jednocześnie rzadko prosili o pomoc, żeby nie zostać posądzonym o egoizm.
"Wiedziałem, że nie lubi przegrywać"
W ich historiach Michelle dostrzegła wątki z własnego życia. Byłem przekonany, że osobiste zaangażowanie pozwoli jej w istotny sposób wpłynąć na oba problemy. Michelle należała do osób, które, gdy do czegoś się wezmą, kierują się odruchem serca, nie umysłu, i punktem wyjścia są dla nich raczej doświadczenia, a nie rozważania. Wiedziałem także, że nie lubi przegrywać. Jeśli nawet miała pewne opory przed nową rolą, była zdeterminowana wypełniać ją dobrze.
Jako rodzina z tygodnia na tydzień przystosowywaliśmy się do nowych okoliczności i zaczynaliśmy się nimi cieszyć. Michelle zwracała się do swojej zawsze opanowanej matki ze wszystkimi troskami; siadały przytulone na sofie w przeszklonej werandzie na trzecim piętrze Białego Domu. Malia z zapałem odrabiała zadania domowe piątoklasistki i wierciła nam dziurę w brzuchu, żebyśmy spełnili złożoną jej podczas kampanii obietnicę, że sprawimy sobie psa. Sasha, która miała dopiero siedem lat, nadal zasypiała z wystrzępionym, towarzyszącym jej od niemowlęctwa szenilowym kocykiem w ramionach i rosła dosłownie z dnia na dzień. Nowa sytuacja mieszkaniowa przynajmniej pod jednym względem pozytywnie nas zaskoczyła: ponieważ mieszkałem, by tak rzec, nad firmą, byłem w domu prawie przez cały czas. Przez większość dni nie musiałem chodzić do pracy – to ona przychodziła do mnie. Jeśli nie wyjeżdżałem w podróż, pilnowałem, by codziennie o osiemnastej trzydzieści przychodzić na rodzinną kolację, nawet jeśli później musiałem znów zejść do Gabinetu Owalnego.
Wielką radością napawało mnie słuchanie Malii i Sashy, które opowiadały o wydarzeniach dnia, przedstawiały dramaty ze świata dziecięcych przyjaźni, gadały o manierach nauczycieli i tępych chłopakach, dzieliły się pierwszymi ciekawymi spostrzeżeniami i nieustannie zadawały pytania. Po posiłku, kiedy dziewczynki szły odrobić zadania i przygotować się do snu, Michelle i ja przez jakiś czas rozmawialiśmy o naszych sprawach – mniej o polityce, więcej o wieściach od starych przyjaciół, filmach, które chcemy obejrzeć, a przede wszystkim o cudzie dorastania naszych córek.
"Dziewczynki stabilizowały nasze życie"
Później czytaliśmy im na dobranoc, ściskaliśmy je czule i układaliśmy do snu w ich bawełnianych piżamkach, pachnące ciepłem i życiem. Przez te półtorej godziny każdego wieczora regenerowałem siły – mój umysł się oczyszczał, a serce leczyło z wszelkich ran, jakie zadały mu całodniowe rozważania skomplikowanych problemów świata.
Dziewczynki i moja teściowa stabilizowały nasze życie w Białym Domu, lecz w pokonaniu stresów tych pierwszych miesięcy pomogli nam także inni ludzie. Sam Kass – młody kucharz, którego zatrudniliśmy na część etatu w Chicago, kiedy kampania się rozpędzała i zaczęliśmy się martwić o nawyki żywieniowe córek – sprowadził się wraz z nami do Waszyngtonu i podjął pracę w Białym Domu już nie tylko jako szef kuchni, lecz także nasz główny ekspert w dziedzinie dziecięcej otyłości. Sam, człowiek muskularny i przystojny, o gładko ogolonej głowie, był synem nauczycielki matematyki w dawnej szkole naszych córek, w koledżu grał w baseball i miał swobodny, ujmujący sposób bycia.
Doskonale znał się na polityce żywieniowej i kompetentnie rozmawiał o takich sprawach jak skutki upraw monokulturowych, zmiana klimatu czy związek między nawykami żywieniowymi a przewlekłymi chorobami. Jego współpraca z Michelle miała się okazać nieoceniona. Właśnie podczas burzy mózgów z jego udziałem Michelle wpadła na pomysł urządzenia ogródka warzywnego na Południowym Trawniku. W osobie Sama dziewczynki zyskały kochającego wujka, a Michelle i ja – świetnego młodszego brata, kogoś, z kim tak jak z Reggiem Love’em mogłem porzucać do kosza albo rozegrać partyjkę bilarda, gdy potrzebowałem chwili relaksu.
Podobnego wsparcia udzielił nam nasz wieloletni trener osobisty Cornell McClellan, były pracownik socjalny i mistrz sztuk walki, właściciel fitness clubu w Chicago. Mimo imponującej postury Cornell był człowiekiem miłym i dobrodusznym, o ile akurat nie torturował nas przysiadami, martwym ciągiem, brzuszkami i wykrokami. Wziął na siebie obowiązek utrzymywania pierwszej rodziny w dobrej kondycji i dzielił swój czas między Waszyngton a Chicago.
Poranne ćwiczenia w małej sali
Każdego ranka od poniedziałku do czwartku Michelle i ja zaczynaliśmy dzień z Cornellem i Samem. Zbieraliśmy się we czworo w małej sali gimnastycznej na trzecim piętrze rezydencji mieszkalnej, gdzie telewizor ścienny nastawiono na program SportsCenter stacji ESPN. Michelle była bezdyskusyjnie pupilką Cornella – w absolutnym skupieniu z werwą wykonywała wszystkie ćwiczenia, podczas gdy Sam i ja poruszaliśmy się znacznie wolniej i robiliśmy dłuższe przerwy między seriami, rozpraszając naszego trenera ożywionymi dyskusjami (Jordan czy Kobe, Tom Hanks czy Denzel Washington?), jeśli tylko wyzwania robiły się dla nas zbyt trudne.
Zarówno dla Michelle, jak i dla mnie ta godzina porannych ćwiczeń stała się chwilą normalności, kiedy przyjaciele wciąż zwracali się do nas po imieniu i kochali nas jak rodzinę, przypominając o istnieniu świata, w którym dawniej żyliśmy, i o cechach naszych charakterów, jakie staraliśmy się w sobie pielęgnować.
*Fragment książki "Ziemia obiecana". Autor: Barack Obama. Tłumaczenie: Dariusz Żukowski
**Śródtytuły pochodzą od redakcji
Książkę można kupić w Kulturalnym Sklepie.
Ebook jest dostępny w Publio.
Barack Obama. Były prezydent Stanów Zjednoczonych.